Syria – gościnny kraj

Amfiteatr w syryjskim mieście Bosra.
Amfiteatr w syryjskim mieście Bosra. Fot. Andrzej Zarzecki

-Zapraszam do mojego sadu. Zerwiecie sobie mandarynki i granaty prosto z drzewa, żona zrobi kawę i herbatę – mówił z uśmiechem napotkany przypadkiem w syryjskiej wsi starszy mężczyzna. – Widzisz, mówiłem ci, że Syryjczycy są nadzwyczaj gościnni – z satysfakcją skomentował zdarzenie mój kolega Abdul.

O syryjskiej gościnności mogłam przekonać się podczas dwutygodniowego pobytu w Syrii niemal codziennie i gdyby nie fakt, że podróżowałam z grupą, która miała opracowany konkretny program, mogłabym bez trudu zdobyć darmowy nocleg, poczęstunek czy transport. I choć początek wycieczki nie był zbyt przyjemny, potem spotykały nas już wyłącznie miłe niespodzianki.

Mimo iż we wszystkich przewodnikach jest napisane, że Syryjczycy nie wpuszczają do swego kraju turystów, w których paszportach są ślady pobytu w Izraelu, ja i moi przyjaciele dziennikarze, sądziliśmy, iż to tylko kolejny przepis, który z łatwością można obejść. Lecieliśmy do Syrii przez Cypr. Na lotnisku w Larnace urzędniczka syryjskich linii lotniczych obejrzawszy nasze paszporty powiedziała zdecydowanie: – Ci, którzy mają izraelskie pieczątki, nie polecą do mojego kraju. Nie pomagały przekonywania, że jesteśmy dziennikarzami zwiedzającymi cały świat i to pod kątem atrakcji turystycznych, a nie sensacji politycznych. Urzędniczka, jej szef i pomocnicy byli niewzruszeni. Liczyłam się już z szybkim powrotem do Polski, gdy z pomocą przyszedł podróżujący z nami Abdul Wahhab Al Wahab przewodniczący Arabskiego Stowarzyszenia Syryjczyków w Polsce. Nie wiem, jakich argumentów użył, najważniejszy był efekt – po kilkunastu minutach już siedzieliśmy w samolocie lecącym do Damaszku.

W Damaszku wylądowaliśmy wieczorem. Miasto z lotu ptaka wygląda jak bożonarodzeniowa, ogromna dekoracja. Podobnie zresztą z poziomu autobusu – na ulicach co chwilę pojawiają się zielone neony na wysokich wieżach. To minarety meczetów, z których pięć razy dziennie muezini nawołują wiernych do modlitwy. O tym, jak wiele ich jest, najlepiej przekonać się wyjechawszy na punkt widokowy ulokowany na okalających Damaszek wzgórza. Wśród oświetlonych osiedli, ulic i placów zauważamy setki zielonych wież. Nic dziwnego, Syria to kraj muzułmański, choć w wielu miejscach można znaleźć kościoły chrześcijańskie, klasztory i synagogi. Ta różnorodność sakralnych budowli nie dziwi – wszak Syria uważana jest za kolebkę chrześcijaństwa, a Damaszek – za miejscem, z którego rozpoczął swą wędrówkę święty Paweł. Aż trudno uwierzyć, że są jeszcze miejscowości, gdzie używa się języka aramejskiego – języka Jezusa Chrystusa. To Malula i kilka wiosek w jej pobliżu oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów od Damaszku.

Stolica Syrii tętni życiem przez całą dobę, no może oprócz kilku godzin południowych, kiedy to wszyscy udają się na sjestę. Zamykane są wtedy biura, banki, sklepy i urzędy. – Wszyscy idą spać, bo jest bardzo gorąco i naprawdę nie można pracować. Dlatego późnym wieczorem i w nocy mają siłę na długie kolacje, nocne spacery czy spotkania towarzyskie – opowiada nam wywodzący się spod włoszczowskiego Rząbca sekretarz Ambasady RP Waldemar Dudek. – I, co ciekawe, nikt się tu nie boi wychodzić nocą, bo jest po prostu bardzo bezpiecznie – dodaje jego żona.

Jednym z najpiękniejszych na świecie meczetów jest niewątpliwie meczet Umajjadów w Damaszku. Wszystkie kobiety ubrane niestosownie (odkryte ramiona, nogi, dekolty) otrzymują przy wejściu mało twarzowe brązowe „habity” z kapturami. Zdejmujemy buty, robimy sobie wspólną fotkę i wchodzimy na ogromny dziedziniec. Meczet robi wrażenie. Kiedyś wszystkie wewnętrzne jego ściany były pokryte złoto – zieloną mozaiką. Liczne kataklizmy, z największym pożarem, jaki tu wybuchł pod koniec XIX wieku, zniszczyły większość z nich. Te, które pozostały, dają jako takie wyobrażenie o wyglądzie całości. W salach meczetu, na dywanach modlą się wierni, rozmawiają ze sobą, a nawet leżą i śpią.

Tylko kilka kroków dzieli meczet od największego suku w mieście – bazaru, na którym można kupić wszystko od warzyw, środków czystości po najpiękniejsze jedwabne czy adamaszkowe tkaniny. Podoba mi się, bo sprzedawcy, w odróżnienieniu od innych z krajów arabskich, nie są nachalni. A ich gościnność wręcz nie zna granic. W kilku sklepikach zanim cokolwiek obejrzałam, zostałam poczęstowana herbatą, kawą, ciasteczkami, orzeszkami. Nawet gdy niczego nie kupiłam, sprzedawca serdecznie się uśmiechał i zapraszał do ponownej wizyty.

Jeszcze ciekawszy suk znalazłam w drugim co do wielkości mieście Syrii – Aleppo inaczej zwanym Halab. W metropolii zamieszkałej przez 2,5-3 milionów mieszkańców, w centralnym punkcie widnieje ogromna cytadela. Tuż koło niej znajdziemy wejście do labiryntu maleńkich uliczek, przy których zlokalizowano setki straganów z tkaninami, naczyniami miedzianymi, obrusami, przyprawami, słodyczami i przepiękną złotą biżuterią. Wędrówka pośród sklepików, wybieranie, przebieranie i targowanie o każdy funt syryjski to wspaniała frajda.

Nasz przyjaciel Abdul zgotował nam wiele miłych niespodzianek. Do jednej z największych należał wybór hotelu w Aleppo. Trudno sobie wyobrazić lepszy hotel w tym wiekowym mieście niż „Divan Rasmy”, do którego dochodzi się od cytadeli wąskimi, krętymi uliczkami, by wreszcie wejść w niepozorną bramę, za którą znajduje się orientalny dziedziniec z fontanną. Ja miałam chyba szczególne względy, bo dostałam pokój …w piwnicy. Leżąc na łóżku pośród kamiennych łuków wyobrażałam sobie, że przed laty zamiast mebli stały tu zapewne beczułki z najlepszymi trunkami.

Gdyby ktoś pomyślał, że Syria to tylko meczety, bazary i duże miasta, popełniłby wielki błąd. To, co sprowadza do kraju zagranicznych turystów, to przede wszystkim obiekty historyczne, z których wiele liczy sobie po kilka tysięcy lat. Do takich należy odkopany zaledwie kilkadziesiąt lat temu Ugarit położony niedaleko od największego nadmorskiego miasta Latakia. Wiadomo, że w mieszkańcy Ugaritu prowadzili handel z Egiptem, Cyprem, Mezopotamią już w XVI wieku p.n.e. To tu znaleziono tabliczki z pismem zwanym ugaryckim, uważanym za najstarszy znany alfabet, który później przejęli Grecy, a po nich Rzymianie, dzięki czemu stał się pierwowzorem wszystkich europejskich alfabetów.

Miłośnicy architektonicznej sztuki rzymskiej zwiedzający Syrię, z pewnością nie będą zawiedzeni. Wszak Syria była kiedyś częścią imperium rzymskiego, czego ślady można oglądać w wielu miejscach kraju. Niedaleko Damaszku, w miejscowości Basra na przykład znajduje się jeden z najlepiej zachowanych amfiteatrów rzymskich w świecie. Budowla, w której mieściło się około 15 tysięcy widzów, jest dość nietypowa, ponieważ wyjątkowo, jak na rzymską architekturę, amfiteatr nie został wykuty w zboczu wzgórza lecz stoi wolno.

Zdecydowanie jednak „Perłą Syrii” nazywana jest Palmyra – jeden z najważniejszych w świecie kompleksów wykopalisk. Miasto powstałe w II w. n.e. zbudowano w oazie na pustyni. Było ono przed wiekami miejscem postoju dla karawan i ważnym ogniwem na starym Szlaku Jedwabnym z Chin do Europy. Ruiny miasta rozciągające się na powierzchni około 50 ha to kolumny świątyń, grobowce, teatr, łuki, bramy. A wszystko zbudowane z kamienia o piaskowym kolorze, co na tle błękitnego pustynnego nieba wygląda bajecznie.

Prawdziwą krainą marzeń, idealną do snucia wspaniałych opowieści o potyczkach, bitwach, bohaterstwie, zdradzie i podstępie była dla mnie ta część Syrii, gdzie na wzgórzach dumnie stoją zamki – twierdze z najpiękniejszymi: Krak des Chevaliers i Cytadelą Saladyna. Obydwie budowle wyłaniają się z krajobrazu niespodziewanie, wprawiając w osłupienie podróżujących po krętych górskich drogach. Zwane zamkami krzyżowców, mimo iż należały wcześniej i później także do innych właścicieli, mają swoją bogatą historię, którą barwnie opowiadają miejscowi przewodnicy. Spacerując po częściowo całkiem nieźle zachowanych wnętrzach, z podziwem patrzyłam na różnego rodzaju tajemne przejścia, korytarze czy szyby o pod 100-metrowej długości, przez które, w razie niebezpieczeństwa, mogli uciekać najważniejsi mieszkańcy twierdz.

W drodze do Cytadeli Saladyna zatrzymaliśmy się przy maleńkim sklepie w jednej z wiosek. Natychmiast do naszej grupy podeszły dzieciaki i inni mieszkańcy miejscowości. Z grupą młodzieży szkolnej ubranej w jednakowe mundurki przypominające odzież wojskową, bez problemu można było porozumieć się po angielsku. Ze starszymi rozmawialiśmy na migi lub poprzez naszych przyjaciół Syryjczyków. Jakież było nasze zdziwienie, gdy podszedł do nas starszy mężczyzna i zaprosił całą grupę do swego gospodarstwa. -Zapraszam do mojego sadu. Zerwiecie sobie mandarynki i granaty prosto z drzewa, żona zrobi kawę i herbatę – mówił z uśmiechem napotkany przypadkiem w syryjskiej wsi starszy mężczyzna. – Widzisz, mówiłem ci, że Syryjczycy są nadzwyczaj gościnni – z satysfakcją skomentował zdarzenie mój kolega Abdul.

Abdul miał rację. Na podwórku skromnego domku przysiedliśmy na ławkach, by po chwili z jednej czarki pić nalewaną z ładnego dzbanka bardzo mocną kawę. Zrywane prosto z drzewa mandarynki smakowały wyśmienicie, a rozmowa między nami a gospodarzami, chociaż w dwóch różnych językach, toczyła się bardzo żywo.

Komentarze

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top