BEZDROŻA: CHINY NIEZNANE

 
 
Chiny, jeden z najciekawszych krajów świata, pełen zabytków, wspaniałych krajobrazów, ciekawych obyczajów – w tym mniejszości narodowych i etnicznych, przepysznej kuchni i wielu innych atrakcji, jest coraz popularniejszy jako cel podróży turystycznych.
 
Nie tylko gości zagranicznych, ale rozwijającego się w skali niewyobrażalnej dla ludzi zachodu, ruchu krajowego. Już nie miliony, ale setki milionów obywateli Państwa Środka wyruszają poza miejsce stałego zamieszkania, zwłaszcza w okresach dwu wolnych od pracy „długich tygodni” – we wrześniu oraz z okazji chińskiego Nowego Roku, aby poznawać swój kraj.
 
Cudzoziemcy podróżują głównie w grupach turystycznych, gdyż do ruchu indywidualnego państwo to jest jeszcze mało przygotowane. A bariera językowa – angielski w stopniu zadowalającym znają ciągle tylko nieliczni Chińczycy – stanowi skuteczną przeszkodę w poruszaniu się, załatwianiu noclegów, kontaktów z ludźmi itp.
 
Korzystają więc z „klasycznych” programów: Pekin i Wielki Mur, ew. pobliski Luoyang z królewskimi grobowcami Mingów. Xi’an – stara stolica, w średniowieczu jedno z najważniejszych miast Wielkiego Jedwabnego Szlaku. Ewentualnie także klasztor Szaolin, Groty Longmen, „Wenecja Wschodu” – Suzhou. Obowiązkowo Szanghaj, często rejsy po rzece Jangcy, rzadziej po nie mniej, chociaż inaczej, malowniczej rzece Li od Guilin do Yangshuo. Na której można też obserwować połowy ryb z pomocą wytrenowanych kormoranów. Ewentualnie również odbyć stamtąd wycieczkę na budowane przez stulecia tarasy ryżowe Longij Titan.
 
Raczej wyjątkowo Kanton czy Nankin, czasami coś jeszcze w Syczuanie lub Junanie. Hongkong, Makau, Tybet, nie mówiąc już o Tajwanie, to przeważnie cele odrębnych wyjazdów. W wymienionych i jeszcze kilku, może kilkunastu innych miejscowościach znajdują się rzeczywiście najważniejsze zabytki, inne ciekawe obiekty oraz główne turystyczne atrakcje Chin. Ale poza programami biur podróży znajduje się… większość obszaru tego kraju. Z również niezwykłymi, szalenie ciekawymi miejscowościami, zabytkami, ludźmi i ich, noszonymi nierzadko nadal na co dzień strojami, tradycjami, zwyczajami itp.
 
Jak bardzo interesującymi, można przekonać się czytając wydaną właśnie relację Anny Jaklewicz z kilkumiesięcznej samotnej podróży po chińskich południowych prowincjach, miasteczkach i wioskach – z dala od wielkich miast. Jest to książka napisana świetnie, przy czym bogato ilustrowana zdjęciami autorki, które wielokrotnie mówią więcej niż słowa. Czytałem ją z tym większym zainteresowaniem, że również byłem, niestety, tylko w nielicznych, opisywanych miejscach.
 
W punkcie wypadowym jakim dla autorki był Hongkong, w baśniowych krajobrazach rzeki Li, na gigantycznych tarasach ryżowych, chociaż innych. Zaś stroje i niektóre zwyczaje mniejszości etnicznych opisywanych w tej książce poznałem w sąsiednich krajach: Birmie, Laosie, Tajlandii, gdyż żyją one i tam w górskich, przygranicznych regionach. I ich gościnność, życzliwość dla obcych, zainteresowanie nimi i światem. Tak ciepło, chyba tylko z jednym wyjątkiem, opisanych w „Niebie w kolorze indygo”.
 
Powtórzę: świetnie opisanych. Z dziesiątkami znakomitych obserwacji, informacji o lokalnych – i nie tylko – przesądach i wierzeniach, zabytkach, wioskach i domach zwykłych ludzi, ich strojach, życiu, potrawachoraz w ogóle kuchni. Lokalnych hotelikach, wiejskich czy miasteczkowych targach, obchodach świąt bądź ważnych wydarzeń rodzinnych: ślubów i wesel, pogrzebów. Jakże różnych u poszczególnych mniejszości etnicznych. Oto parę przykładów opisanych w tej książce mniej znanych u nas chińskich przesądów.
 
Ponieważ cyfra „4” brzmi w wymowie podobnie jak śmierć, w domach, hotelach itp. nie ma IV piętra. A jeżeli jest, to oczywiście nazywa się „3A”, następne zaś „5”. To zresztą nie jedyna w Chinach „zła” lub „dobra” cyfra. Gdy to czytałem przypomniał mi się zabytkowy Xi’an, była historyczna stolica cesarstwa i tamtejszy średniowieczny Wielki Meczet. Najbardziej niezwykły wśród setek, a może już tysięcy świątyń i świętych miejsc islamu, jakie zdążyłem poznać między Atlantykiem i Morzem Wschodniochińskim oraz Bałtykiem, Przylądkiem Dobrej Nadziei i Pacyfikiem.
 
Stoi on w przepięknie utrzymanym ogrodzie, ma kształt wzorowany na… chińskich pagodach i dwa wolno stojące minarety – masywne, kamienne wieże w stylu lokalnej architektury. Ale nie to zaskoczyło mnie tam najbardziej. Lecz wysokie na 40 cm progi do głównej sali modłów oraz pawilonów. Podobne jak w domach i budowlach chińskich „aby złe duchy nie mogły do nich wpełznąć”. A wiadomo przecież, że takich wysokości pokonać one nie mogą. I długi na kilkadziesiąt oraz wysoki na kilka metrów kamienny mur vis a vis głównego wejścia do meczetowego ogrodu, też chroniący przed „złymi mocami”.
 
Piękny przykład jak głęboko przenikają miejscowe zwyczaje i przesądy. Nawet do, wydawałoby się, nie podlegającego obcym wpływom islamu. Z licznych ciekawostek, które zwracają uwagę tej książce, to oryginalny, zupełnie inny niż ten, który znamy, sposób pokazywania liczb na palcach. „10” to np. skrzyżowane palce wskazujące obu dłoni. Uznawani za myśliwych szczurołapi sprzedający złowione szczury jako przysmaki na świąteczne stoły. Opalanie ogniem szczurów i psów z sierści. Zaś gęsi i kaczek pozbawianie piór w gorącej wodzie, w maszynach typu zapomnianej już na ogół u nas mechanicznej pralki Frania. Oczywiście na oczach klientów.
 
Święto Bydła – jeden ze zwyczajów ludu Dong w Lusheng „aby mu podziękować za wysiłek na rzecz ludzi”. Czy rzucanie w Langde (chociaż wiadmo, że nie tylko tam) pałeczkami przed rozpoczęciem posiłku odrobiny jedzenia pod stół „dla duchów przodków”. Ciekawe opisy, wzbogacone dobrymi zdjęciami, strojów i ozdób kobiet poszczególnych mniejszości etnicznych. Ale i problemy synów – jedynaków. Jak wiadomo, w Chińskiej Republice Ludowej obowiązuje, aby uniknąć przeludnienia, prawo do posiadania, z nielicznymi wyjątkami dla mniejszości etnicznych, tylko jednego dziecka.
 
Rodzi to ogromne problemy – nie miejsce tu aby je przedstawiać – m.in. aborcje płodów płci żeńskiej, pozbywanie się, także do adopcji przez cudzoziemców, dziewczynek oraz narastający brak przyszłych żon dla mężczyzn. A z drugiej strony stresy, niekiedy z dramatycznymi finałami, wymarzonych i rozpieszczanych – to do nich przecież w przyszłości należeć będzie utrzymanie rodziców, a nawet dziadków, w społeczeństwie bez systemu emerytalnego – jedynaków, którym nie udaje się spełniać rodzicielskich oczekiwań.
 
Są w tej książce bardzo interesujące opisy lokalnych, ale wysokiej rangi zabytków. Np. drewnianego mostu w Chengyang ze znajdującymi się na nim pięcioma „pawilonami wiatru i deszczu” nie tylko chroniącymi przed nimi, ale będącymi również wiejskimi świetlicami. Z TV, w zimie pomieszczeniami z ogniskami, miejscami amatorskich występów artystycznych itp. Czy niezwykłych, ogromnych kilkupiętrowych domów mieszkalnych dla całych klanów w Cuxi.
 
Chyba największych w kraju tarasów ryżowych w okolicach Yuanyang, budowanych i wspólnie uprawianych od około 1300 lat (!). Dziś zajmujących ponad 130 km² na zboczach gór od wysokości 144 do 3.000 m n.p.m. Jest ich około 3.700 jeden nad drugim, ze specjalnym systemem nawadniania w okresie sadzenia ryżu i osuszania w porze żniw. Trudno nie zgodzić się z autorką, że „Tarasy ryżowe są widokiem, bez którego nie można wyjechać z Azji”. Chociaż dodałbym do tego jeszcze przynajmniej plantacje herbaty, także na zboczach gór.
 
Autorka opisując to co przeżyła, zobaczyła i poznała, zwraca też uwagę na zjawiska negatywne. Niszczące niekiedy (tłumy, hałas, brud i smród oraz „cepeliada” zamiast autentycznego folkloru) skutki szybko rozwijającej się turystyki. Zwłaszcza krajowej i jej niewyobrażalnej koncentracji w okresach wspomnianych dwu tygodni w roku – „Złotego” w połowie września i noworocznego na wiosnę – z ogromnym wówczas skokiem cen hoteli, brakiem miejsc w środkach transportu itd. Można przeczytać m.in. o stworzonej dla turystów legendzie o rzekomej wolności seksualnej kobiet ludu Mosuo.
 
Ale i  o rodzącej się, nieznanej wcześniej w Chinach, indywidualnej turystyce z autorskimi programami poznawania własnego kraju – także pozornie „zapyziałych dziur”. Czy opisy, nierzadko niezwykle trudnych, warunków podróży autorki dostępnymi środkami transportu. To tylko kolejne przykłady tego, o czym jest ta książka. Wartych poznania treści jest w niej o wiele więcej. Zachęcam więc do jej lektury, a nie tylko tej recenzji. Dodam, że pełna jest ona odsyłaczy do źródeł informacji, głównie na strony internetowe, w miejscach, które autorka i wydawca uznali za wskazane.
 
Książka została bowiem wydana nie tylko pięknie, ale i starannie. Nie natrafiłem w niej ba błędy korektorskie, czyli popularne literówki. Tym bardziej na potknięcia merytoryczne – poza dwiema nieścisłościami, może nawet tylko niedopowiedzeniami. Wspominając o Xi’anie, którego zresztą autorka nie opisuje, gdyż podczas tej podróży w nim nie była, dodaje tylko, że jest on sławny z Armii Terakotowej. A jest to przede wszystkim jedno z najstarszych miast chińskich z metryką od III w. p.n.e. i przez wieki stolica kraju, pełna także innych cennych zabytków.
 
Drugie pominięcie znalazłem w informacji o dalszym, po opuszczeniu przez nią obszaru Chin, biegu wielkiej rzeki Mekong. Wspominając o Birmie i Laosie, autorka zapomniała o Tajlandii. A przecież styk nad nią tych trzech wspomnianych krajów to Złoty Trójkąt, w przeszłości (?) ważne światowe centrum produkcji i przemytu opium. Obok jej Delty, najsławniejszy fragment Mekongu. To jednak w tej książce kwestie marginesowe.
 
„…jest (ona) inna niż wszystkie, – czytam na tylniej okładce – które dotychczas ukazały się w Polsce. Czytelnik nie znajdzie w niej typowych tematów kojarzących się z Chinami. Autorka nawiązuje do nich, jeśli wymaga tego kontekst, jednak na ogół skupia się na tych aspektach życia w Państwie Środka, które przeważnie pomija Wielka Historia – na codzienności ludzi zamieszkujących chińskie wioski i miasteczka”.
 
Przy czym, dodam, tylko na skrawkach południa tego wielkiego kraju. Wartego dogłębnego poznawania. Przecież za kilkanaście, góra kilkadziesiąt lat, Chiny będą nie tylko krajem najliczniejszym, bo są nim od dawna, ale i największą potęgą gospodarczą świata. A już, od paru dziesięcioleci, zmieniają się w sposób bez analogii historycznych. Dlatego nie zgadzam się z innym stwierdzeniem zawartym na tylniej okładce: „Pierwsza wizyta w Chinach może zniechęcić do powrotu do Państwa Środka. Męczą gigantyczne miasta, przerażają miliony osób na ulicach i smog unoszący się w powietrzu”.
 
To oczywiście prawda. Ale to samo można powiedzieć o Cuidad Mexico, Kairze, Sao Paulo i wielu innych wielkich metropoliach. Także europejskich, chociażby o Moskwie. Po powrocie z podróży po Chinach żartowałem, że gdy nie miałem tam w zasięgu wzroku przynajmniej 10.000 ludzi, czułem się samotny.  Niestety zdołałem dotychczas tylko „liznąć” ten kraj. Chociaż jego kawał: od Wielkiego Muru i Pekinu na północy, poprzez najważniejsze miasta, miejsca i zabytki Centrum, Wschodu i Południa, aż po Tybet, Hongkong i Makau, a w innej podróży również trochę Tajwan.
Przy czym w towarzystwie sinologa świetnie władającego w mowie i piśmie oboma językami chińskimi: mandaryńskim z jego uproszczoną wersją „dla ludu” i kantońskim. Do tego bardzo dobrze znającego ten kraj. Co, oczywiście, pozwalało mi lepiej poznawać i rozumieć to co widziałem oraz słyszałem. I stanowiło zachętę, aby przy najbliższej możliwości wybrać się tam ponownie. Także w inne regiony i miejsca Państwa Środka.
 
Bo pomimo wymienionych na okładce książki jego mankamentów i wielu innych problemów z jakimi spotyka się tam cudzoziemiec, naprawdę warto. Książka Anny Jaklewicz, chociaż poświęcona tylko dosyć głębokiej chińskiej prowincji, także zachęca do takich podróży. Co stanowi jej dodatkowy walor.
 
NIEBO W KOLORZE INDYGO. CHINY Z DALA OD WIELKIEGO MIASTA. Anna Jaklewicz. Bezdroża, wydawnictwo Helion, Gliwice 2013, str. 256, cena 39,90 zł.

Komentarze

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top