Na Pępku Świata

Wyspa Wielkanocna -posągi moais
Posągi moais na Wyspie Wielkanocnej. Fot. Andrzej Zarzecki

Pępek Świata jest idealnie wytoczoną kamienną kulą, osadzoną nad brzegiem morza. Meteoryt? Współczesna rzeźba? Wokół niego symetrycznie rozstawione cztery mniejsze kule, na których można spocząć, jak przy biwakowym stoliku. Wzburzone fale rozbryzgują się o skały, zacina deszcz.

30 tysięcy turystów przemierza w ciągu roku tę ziemię, ale mało kto bez pomocy miejscowego przewodnika trafi do Pępka Świata (Te Pito o Te Henua). A przecież właśnie od niego bierze nazwę cała wyspa, uznawana za najbardziej samotną na świecie. Zagubiona na Pacyfiku, 3 tysiące 700 kilometrów od kontynentalnego Chile i 4 tys. 50 km od Tahiti, nosi więcej poetyckich imion: Granica Nieba, Wyspa Patrząca w Niebo. Polinezyjczycy zwą ją Rapa Nui. Na świecie najczęściej kojarzą jako Wyspę Wielkanocną (Isla de Pascua). Dzięki holenderskiej wyprawie admirała Jacoba Roggenvena, pierwszego Europejczyka, który wylądował tam zaledwie na jeden dzień: Wielkiej Nocy 1722 roku. Tubylcom, którzy nie znali metalu i żyli jakby w mrokach epoki kamiennej, Holendrzy przywieźli podarki: nożyczki, lusterka, sznury pereł.

Kolosy w pukao

Turyści z całego świata nie zlatują się tam jednak samolotami Lan Chile, aby oglądać kamienną kulę niewiadomego pochodzenia. Magię skrawka ziemi, liczącego zaledwie 117 kilometrów kwadratowych, sławią słynne posągi moais, rozrzucone po całej wyspie. Gigantyczne kamienne figury dziwnych mężczyzn. Wielkoludów z wulkanicznego tufu. Najmniejsze, ponad metrowe, ważą do dwóch ton. Olbrzymy swym wzrostem dorównują dziesięciopiętrowym budynkom, a wagą – trzem lokomotywom.Stoją dumni, wyprostowani. Nadzy. W szeregu. Plecami do Pacyfiku. Ślepcy, a jakby wpatrzeni w ląd. Niezwykle do siebie podobni. Tułowia pozbawione nóg. Ledwie zarysowane ręce przywierają mocno do ciała. Dłonie splecione na brzuchach.
Kanciaste głowy. Niskie czoła. Ostre podbródki. Puste oczodoły. Nosy mięsiste, lekko zadarte. Nienaturalnie wyciągnięte uszy. Wąskie, zaciśnięte usta. Wyrażają zadumę? Arogancję? Okrucieństwo? Nieliczni mają na głowach pukao – czerwone cylindry, podobne do młyńskich kół. Były to rude fryzury, czy rzeźbiarska maniera?

Jest ich kilkaset. Jedne wznoszą się na kamiennych platformach, zwanych ahu, pod którymi chowano zmarłych. Inne wyrastają szyjami wprost z ziemi. Pozostałe leżą, niczym obalone pomniki tyranów. Jak pozrzucane z cokołów postaci Saddama Husajna. Twarzami do ziemi. Wyjątkowo – na wznak. Porośnięte trawą. Z odłupanymi fragmentami ciała. Jeden ocalał nietypowo: w pozycji klęczącej.

Bez koła i metalu

Czyje dłonie rzeźbiły w twardej jak kość skale? Jak rodziły się kolosy w kulturze, która nie znała dźwigów, ani nawet metalu i koła? Jak transportowano wielotonowe rzeźby na odległość sięgającą nie raz kilkunastu kilometrów? Czy – jak chce legenda – spacerowały same? A może za sprawą używanej przez kapłanów magicznej siły mana?  Na wiele z tych pytań odpowiedział w książce ,Aku-Aku” słynny żeglarz norweski Thor Heyerdahl po wyprawie archeologicznej na przełomie 1955 i 1956 roku. W przeprowadzonym z wyspiarzami eksperymencie udowodnił, że można przesuwać moai przy pomocy głazów i drewnianych bali. Bez użycia dźwigów! Wielu archeologów skłania się do hipotezy, że do transportu służyły liny i drewniane sanie. W marcu tego roku na jednej ze skarp wyspy leżał wydobyty z morza przez japońskich archeologów kolos opatulony w folie, w konstrukcji z drewnianych bali. Czy tak przenoszono polinezyjskie giganty?

Krótkousi i Długousi

Z lotu ptaka Rapa Nui przypomina trójkąt. Na jego rogach znajdują się wygasłe wulkany. Wokół nich, zwłaszcza podczas zachodów słońca, rozciąga się krajobraz przypominający księżycowy. Na dnie kraterów wśród bagien połyskują oczka wody porośnięte sitowiem i mchem.
Najbardziej malownicze są zbocza wulkanu Rano Raraku. To właśnie z jego porowatej skały wycinano kamiennymi siekierami olbrzymy. Największy ma 21 metrów. Leży nie ukończony, przytwierdzony do skały. Zasnął na wieczność. Mniej więcej trzysta lat temu anonimowi rzeźbiarze porzucili w pośpiechu, w różnej fazie tworzenia, swe dzieła i narzędzia. Jakby chwycili za broń w porywie rewolucji. Czy byli to Krótkousi wywodzący się z rodu króla Hotu Matua, który zawładnął wyspą w XVI wieku? Czy zbuntowali się przeciwko swym Długouchym ciemiężycielom, którzy zmuszali ich do wytwarzania moais?
Czy praprzodkowie mieszkańców Rapa Nui byli Polinezyjczykami i przypłynęli z Wysp Markizów? A może – jak chce Thor Heyerdahl – z Ameryki Południowej na tratwach z balsy? Zbyt wiele pytań. Za mało odpowiedzi.

 Rapa Nui żyje z turystów

Od 115 lat nad Pępkiem Świata powiewa flaga chilijska, ale tubylcy nadal między sobą rozmawiają językiem rapa nui, polinezyjskim dialektem i kultywują miejscowe magie i wierzenia. . Mają nawet swój parlament z siedzibą przypominającą większy kurnik i zapewniają, że są pod okupację. Co rusz domagają się większej autonomii. Przed 13 laty udało im się nawet zablokować gruzem lotnisko Mataveri w proteście przeciwko podwyżce cen biletów lotniczych linii Lan Chile. Teraz nie mają szansy na bunt.

Na wyspie stale mieszkają chilijscy komandosi uzbrojeni po zęby. Łowią ryby i korale. Grają w karty. Nudzą się. Nie mają prawa wstępu do miasta, ale są!
Gdyby jednak nie Lan Chile, które 36 lat temu uruchomiło regularne połączenia wyspy ze światem, nie dotarłby tam łatwo ani turysta, ani archeolog, ani nawet sygnał radiowy! Aktualnie niemal wszyscy z 2,8 tysiąca mieszkańców żyją z turystyki: prowadzą hotele, rzeźbią moai, wyrabiają pamiątki z piór i muszli. Nieliczni wypasają owce i bydło, łowią ryby, uprawiają warzywa. Każdy produkt cywilizowanego świata trafia tam drogą lotniczą. Dlatego na Rapa Nui jest drogo.

Polak na wyspie

Zaledwie dwa razy w tygodniu na Mataveri lądują samoloty Lan Chile. Po pięciogodzinnym locie z Santiago na szyjach uśmiechniętych turystów, także wielu Polaków, lądują wieńce hibiskusa. Właściciele hotelików w jedynym miasteczku wyspy – Hanga Roa – z uśmiechami na twarzach walczą o klientów. Na lotnisku są solidarni. Nie schodzą poniżej 15 dolarów za pokój ze skromnym śniadaniem. Dopiero po kilku dniach znajomości Oskar Chez proponuje, że wynajmie za 10 USD.
Przy głównej ulicy Hanga Roa jest wszystko, co potrzebne turyście: biuro Lan Chile, restauracje, puby, kawiarenki internetowe, apteka, wypożyczalnie pojazdów. W marcowy poranek w samym centrum przed supermarketem stoi czterdziestoletni mężczyzna w koszulce z logo płockiego Orlenu i postrzępionych dżinsach. Zaprasza na kawę. Jacek K. pochodzi z Barda Śląskiego i jest jedynym Polakiem mieszkającym stale na wyspie. Połowę życia spędził na emigracji. Włóczył się po Francji, Meksyku. Twierdzi, że kilka lat spędził w Legii Cudzoziemskiej. Przed rokiem przyjechał na Wyspę Wielkanocną, by zebrać dokumentację fotograficzną do albumu, ale poznał Patrycję Hucke, rodowitą mieszkankę Rapa Nui i zamieszkał w jej parterowym domku. Powiesił biało-czerwoną flagę. Album nie powstał, ale Pati zaszła w ciążę, a Jacek liczy na narodziny syna. – Rapa nui zaakceptują moje prawo do życia na wyspie, ale nigdy nie będę jednym z nich. Są niesamowicie agresywnym społeczeństwem. Cudzoziemców szanują tylko dlatego, że zostawiają tu pieniądze – Jacek nie ma złudzeń. Jest już zmęczony wyspą niemal odciętą od świata, na której nie ma kin, dociera tylko jeden program telewizji chilijskiej. Gdzie w szpitalu z lat 60. ludzie umierają z powodu braku tlenu. Jacek jako jeden z nielicznych ma radio wojskowe porzucone niegdyś przez Amerykanów, którzy budowali tu lotnisko, i odbiera radiostacje ze świata.
Wreszcie nie za bardzo ma z czego żyć. Chciałby wyjechać, ale nie może. Po pierwsze wkrótce narodziny. Po drugie: zakazał mu tego miejscowy sędzia po tym, jak rozwalił stół na głowie jednego z sąsiadów.
– Bez przerwy są pijani. Wydzierali się w nocy. Nie dali nam spać. Obrażali moją żonę za to, że związała się z obcym. Pati płakała, miała bóle. Najpierw prosiłem ich, ale bezskutecznie. Policja bała się interweniować. Nie wytrzymałem. Wpadłem do ich domu. Trafiłem na kilka dni do więzienia – wspomina.
Teraz Jacek ma na wyspie opinię faceta, którego lepiej nie ruszać. Policjanci witają go z uśmiechem i ściskają dłoń.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Dolot. Regularne połączenia lotnicze, dwa razy w tygodniu, ma z Rapa Nui jedynie Lan Chile. Podróż z Santiago de Chile trwa 5 godzin, ale bilety, zakupione w stolicy, są drogie: 800-1200 dolarów. Najlepiej skorzystać z corocznej promocji British Airways w Polsce. Ostatnio bilet z postojami w Buenos Aires i Santiago de Chile kosztował ok. 730 dol. Wizy nie są potrzebne. Język: Najłatwiej porozumieć się po hiszpańsku. Rzadko po angielsku. Miejscowi rozmawiają ze sobą w języku rapa nui. Noclegi: nie ma najmniejszych problemów ze znalezieniem noclegu w prywatnych pensjonatach i hotelach. Ceny zaczynają się od 10 dol. za noc. Można rozbijać namioty.Pieniądze: chilijskie peso i dolary. W jedynym mieście wyspy Hanga Roa jest bankomat. Można wymieniać czeki podróżne. Podróżowanie po wyspie jest z reguły bezpieczne. Trzeba mieć pecha, żeby trafić na przejawy rasizmu. Aby prowadzić samochód, należy koniecznie zabrać z Polski prawo jazdy. Wokół wyspy prowadzi jedna droga asfaltowa. Nie sposób zabłądzić. Wynajęcie jeepa suzuki na całą dobę: 45 USD. Rower: 10 USD. Motorower: 30 USD. Wypożyczając pojazd na dłużej niż jeden dzień można się targować. Można też zwiedzać wyspę na koniu (15 dol. za dzień), jak zrobili to w marcu Ewa i Janusz, Polacy mieszkający w USA. Piesze wędrówki zbyt męczące. Kiedy jechać? Najbardziej deszczowym miesiącem jest maj. Ale deszcze i ostre słońce przeplatają się z dnia na dzień, a nawet z godziny na godzinę. Najwięcej turystów (i najwyższe ceny) jest w grudniu, styczniu i w lutym (podczas Wielkiego Tygodnia na Rapa Nui). Największy upał jest w styczniu i w lutym, najzimniej (ale dla nas ciepło) w lipcu i sierpniu.

Komentarze

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top