WIETNAM: W KRAINIE SPADAJĄCYCH SMOKÓW

Wietnamska Zatoka Ha Long doczekała się wielu legend. Nic dziwnego. Zapierające dech w piersiach widoki, niesamowicie oddziaływują na wyobraźnię.

 

A to tylko jedna z przyczyn, dla której warto pojechać do Wietnamu.

 

Nie miał szczęścia Guy Hamilton, twórca filmu o brytyjskim agencie Jamesie Bondzie pod tytułem “Człowiek ze złotym pistoletem”.

 

Już wyobrażał sobie, jak wcielający się w przystojnego szpiega Roger Moore, pływa po zatoce Ha Long w Wietnamie, skacze na wystające z turkusowej wody skały, dociera do zakamarków jaskiń ukrytych za zielenią wysp.

 

 

Niestety, była połowa lat 70. minionego wieku i władze wietnamskie nie lubiły tego, co zachodnie. Nie wydały zezwolenia Hamiltonowi na kręcenie filmu. Dlatego reżyser wybrał scenerię Tajlandii, niedaleko Phuket. Odkąd film trafił na ekrany kin w całym świecie, skała w kształcie maczukgi, przy której rozgrywa się fragment akcji, nazwana została Skałą Jamesa Bonda i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych tego typu obiektów przyrody na świecie.

 

LEGENDARNE SMOKI

 

A takich skał w Zatoce Ha Long są tysiące. Zatoka jest bowiem w porównaniu z tajlandzką Phangnga ogromna. Jedna z legend głosi, że ten archipelag jest czubkiem długiego grzebienia ogromnego smoka, ducha wody, który spoczywa na dnie morza, gdzie schronił się po napaści na wrogów swego kraju. To jemu oraz czapli, duchowi gór, zawdzięcza się powstanie narodu wietnamskiego. Inna opowiada o tym, jak w momencie, gdy wrogowie napadli na kraj, jego mieszkańcy wezwali na pomoc Matkę Smoków wraz z dziećmi.

 

W chwili, gdy okręty nieprzyjacielskie zbliżały się do brzegu, stada smoków zstąpiły na ziemię, wypluwając perły, które zamieniły się w tysiące małych wysepek rozrzuconych po zatoce. Wrogie okręty rozbiły się o ich skały. Legend o tym niezwykłym miejscu na ziemi jest mnóstwo. Nic dziwnego – przebywając na brzegu czy pływając po zatoce wśród wysepek wyobraźnia podpowiada bajeczne scenariusze.

 

SCENERIA „INDOCHIN”

 

Niezbyt bajeczny, raczej dramatyczny, scenariusz wymyśliła także Catherine Cochen i przekazała go francuskiemu reżyserowi Remisowi Wargnierowi. Ten natychmiast w roli pozornie zimnej i twardej właścicielki plantacji kauczuku na Półwyspie Indochińskim Elanie Devries zobaczył ikonę francuskiego kina Catherine Deneuve.

 

I tak powstał piękny film „Indochiny”, którego akcja dzieje się w dzisiejszym Wietnamie, także w jego części uznanej za cud przyrody – Zatoce Ha Long. To pomiędzy jej skałami dryfuje łódka, na której uciekają zakochani i skrajnie wyczerpani francuski oficer Jean – Babtiste Le Guen i wychowanica Elanie, Camille. Nasz wietnamski przewodnik przyznaje, że film „Indochiny” pokazujący między innymi Zatokę Ha Long znacznie przyczynił się do wzrostu liczby turystów odwiedzających tę część kraju.

 

Obecnie każdego roku po zatoce dryfuje ponad trzy miliony wędrowców z całego świata. Zatoka Ha Long znajduje się w północno – wschodniej części kraju w prowincji Luang Ninh i zajmuje obszar ponad 1500 kilometrów kwadratowych. W 1994 roku znalazła się na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.

 

GROBY NA RYŻOWYCH POLACH

 

Myślałam o tym jadąc całkiem niezłą drogą z Hanoi. Z autobusu obserwowałam ludzi w stożkowatych słomianych kapeluszach brodzących po kolana wśród upraw ryżu, który tu zbiera się trzy razy do roku, rowerzystów, kobiety pilnujące krów pasących się przy poletkach. Pomiędzy jaskrawo zielonymi polami co pewien czas widoczne są białe płyty. To nagrobki.

 

Przewodnik opowiada, że tutejsza tradycja buddyjska przywiązuje wielką wagę do pamięci przodków. A pochówek wygląda nieco inaczej niż u nas. Najpierw zakupuje się zwłoki w ziemi, bez żadnej trumny. Nie buduje się nagrobku. Dopiero po wielu miesiącach, a nawet latach bliscy wyciągają szczątki zmarłego i ceremonialnie przenoszą do murowanego grobu. Takie groby pojedyncze i pogrupowane widoczne są przy całej trasie.

 

MORSKA UCZTA

 

W miasteczku Ha Long wchodzimy na statek z wygodnymi kabinami i ruszamy na podbój jednej z najpiękniejszych zatok świata. Najpierw jednak gospodarze zapraszają do restauracji, gdzie przynoszą dania, które jednych wprawiają w zachwyt, u innych powodują odruch wymiotny. Tak to bowiem jest z owocami morza, nie wszyscy je lubią.

 

Ja uwielbiam wszelkie „robaczki” dlatego z radością patrzę na półmisek z ogromnym pomarańczowym krabem, talerze z wielkimi krewetkami, kalmarami, małżami, ośmiornicami. Gdy już mam pełny brzuch, kelnerzy wnoszą danie główne – pyszną rybę z warzywami. Okazuje się, że wody zatoki są niezwykle bogate w ryby, których żyje tu kilkaset gatunków. Podobnie jest z innymi mieszkańcami morza – mięczakami, stawonogami, koralowcami. Można tu spotkać także foki i delfiny.

 

KRAINA JAK Z BAŚNI

 

Wypływamy w krainę jak z baśni. Niebo niestety jest zachmurzone, a pomiędzy wyspami rozpościera się delikatna mgła. Na szczęście nie tak gęsta, by utrudniała widoczność. Mgiełka dodaje tajemniczości obrazowi obserwowanemu ze statku. Mijamy kamieniste wysepki gęsto porośnięte zieloną roślinnością. Wśród niej żyje mnóstwo zwierząt i ptaków, z których wiele można spotkać jedynie tutaj.

 

Przy jednej z wysepek oglądam domy ustawione na łodziach, gdzie dostrzegam i sklep i jakiś urząd. To wioska rybaków, którzy całe swe życie spędzają na morzu. Zaledwie kilka wysp w zatoce jest zamieszkałych. Największą w zatoce jest Cat Ba, której połowę obszaru zajmuje park narodowy utworzony w 1986 roku. Są tu piaszczyste plaże, jeziora, wodospady i groty w malowniczych wapiennych skałach.

 

Gdy zapada zmierzch nasz statek zatrzymuje się. Przewodnik zachęca do kąpieli. Śmiałkowie skaczą z pokładu krzycząc z radości. Oglądamy malowniczy zachód słońca, potem w milczeniu obserwujemy gwiaździste niebo wyglądające jak teatralna scenografia.

 

WĘDRÓWKA PO JASKINI

 

Świt wita nas białą jak mleko mgłą. Na statkach turystycznych budowanych na wzór dawnych dżonek z kolorowymi żaglami budzi się życie. Mgła szybko się podnosi, a na niebie pomiędzy chmurami nieśmiało wygląda słońce. Przesiadamy się na mniejszą łódź, którą docieramy do jakiegoś pomostu. Wkraczamy na pomost, potem wraz z innymi turystami, przede wszystkim Wietnamczykami, wdrapujemy się po stromych schodach.

 

Idziemy do jednej z setek jaskiń, ale chyba jednej z największych, jakie tu można spotkać. Pierwsze porównanie z Jaskinią Raj wydaje się po chwili dość śmieszne, bowiem ta, w której się znajdujemy, jest przynajmniej dziesięciokrotnie większa od naszej świętokrzyskiej. Świetlne iluminacje powodują, iż znakomicie widoczne są różne skalne nawisy przypominające w kształtach jaszczurki, żaby, ptaki, kwiaty.

 

Przy jednym z elementów przypominający ogromnego męskiego fallusa gromadzi się najwięcej turystów, którzy uwieczniają się na fotkach na tle sterczącej „maczugi”. Wędrówka po jaskini pewnie mogłaby trwać wiele godzin, gdyby nie to, że w skalnym wnętrzu panuje ogromna wilgotność. Po kilkudziesięciu minutach nasze włosy i ubrania są mokre, a nam trudno złapać oddech wdrapując się na kolejne schody.

 

KONTEMPLACYJNA WYSPA

 

Zaraz po wyjściu łapiemy głęboki oddech nie tylko ze względu na rześkie powietrze, ale i na widok, jaki mamy przed sobą. Zatoka widoczna z góry jest bajeczna. Teraz, w świetle słońca woda ma naprawdę kolor turkusowy, a wynurzające się z niej skały i wysepki są soczyście zielone. Na szczycie jednej z wysp o stożkowatym kształcie dostrzegam jakąś okrągłą budowlę. Była to podobno prywatna wyspa przywódcy wietnamskiego zmarłego w 1969 Ho Chi Minha.

 

Podobno tam, na górze (gdzie był prawdopodobnie wnoszony w lektyce) kontemplował i zbierał siły do dalszej pracy. Wiem, że Ho Chi Minh podarował którąś z wysepek radzieckiemu kosmonaucie, Giermanowi Witowowi, który poleciał w przestworza Wostokiem 2 w 1961 roku, ale nie mogę dogadać się na ten temat z przewodnikiem. Być może to ta sama wyspa, na szczycie której znajdowała się samotnia wietnamskiego prezydenta.

 

POWRÓT ZE SZNUREM PEREŁ

 

Przykro schodzić ze statku w porcie w miasteczku Ha Long. Z zadumania i refleksji wyrywają mnie jakieś krzyki. To tłum handlarek, które próbują przebić się przez ochronę portu i parkingu do turystów schodzących z łodzi. Na ramionach, rękach, szyjach mają zawieszone po kilkadziesiąt sznurów pereł. Naszyjniki są różnej długości i koloru. Kobiety krzyczą zachwalając swój towar jako naturalny i prawdziwy. Moją uwagę przykuwają nie tylko naszyjniki, ale także usta i zęby kobiet. Usta są nienaturalnie czerwone, zęby zaś prawie czarne.

 

Okazuje się, że to efekt nałogowego żucia liści betelu – łagodnego narkotyku rozpowszechnionego w południowo – wschodniej Azji. Substancje zawarte w liściach dodają ponoć sił, koją ból i łagodzą głód, ale także niszczą szkliwo na zębach i szkodzą dziąsłom. Kupuję za grosze kilka sznurów pereł nie zważając na to, czy są prawdziwe, czy sztuczne. Na pewno będą mi przypominać rejs po jednej z najpiękniejszych zatok świata. A o to właśnie chodzi.

 

Zdjęcia autorki.