PAWEŁ BRUN – EPITAFIUM

Zdjęcie z pogrzebu Pawła Bruna. Fot. Grzegorz Micuła
Zdjęcie z pogrzebu Pawła Bruna. Fot. Grzegorz Micuła

Zmarł Paweł Brun (1954-2025), nasz wieloletni kolega, członek Stowarzyszenia Dziennikarzy – Podróżników „Globtroter” i laureat „Złotego Pióra Globtrotera”. Publikujemy wspomnienie o tym niezwykłym Człowieku.


Przed wojną firma Brun i Synowie była jak dzisiejszy elektro-market choć w rozszerzonej wersji, od kos i młotków po pralki, windy i rowery. Handlowali, przedsiębiorczość mieli we krwi.
O dzieciństwie Pawła wiem niewiele, ale podczas któregoś ze spotkań u Brunów powiedziałem mu, że moja ciotka, profesor SGGW mieszkała tu opodal, w takim dworku na wylocie ul. Rakowieckiej. Spojrzał na mnie i powiedział znam go, przed wojną należał do mojej ciotki. Nie rozwodziliśmy się nad tematem.
O jego czasach studenckich wiem nieco więcej. A to dzięki talentowi, który ujawnił już w jesieni swojego życia, piszę jesieni, ale czuję się z tym nieswojo, bo Paweł żył niezależnie od tego jak było, ciągle, jakby była wiosna.
Tym talentem było zapisywanie soczystych historii i anegdot pod dobrym pretekstem podróży po świecie. Myślę, że kombinował tak: nikt nie przeczyta moich wspomnień, ale jak dam coś jeszcze coś użytecznego i dobrze zrobionego, to może ktoś jednak przeczyta.
Tak został autorem 3 tomów „Jechać, nie jechać?”, najdziwniejszego przewodnika turystycznego, pełnego anegdot, celnych spostrzeżeń i wskazówek biznesowych, a przy tym – pasji życia oraz rzetelnej oceny dokąd i po co jechać albo nie jechać. Nie lubił żeby o jego książkach mówić przewodnik.

Ale po kolei. Weterynarz, ciucheks i pan Toshiba

Po studiach został weterynarzem na prowincji, bo każdy kto ukończy te studia musiał odrobić swoje. „W jechać, nie jechać?” praktycznie w każdym z trzech tomów wspominał tę pracę – realia PRL-u, absurdy systemu, ludzkie dramaty i anegdoty.
Pisał o kastracji knura który pognębił ośmiu chłopa i unurzał w gnojowicy, o koniu co padł z przedawkowania trankwiliny, a Paweł wskrzesił go na drodze, ku radości i zdumieniu chłopa, o dramacie rodziny której padła krowa żywicielka.
Jak to wiązał z egzotycznymi podróżami? Nie powiem, przeczytajcie sobie Państwo. Będzie ciekawie wesoło i pouczająco.
Umiał opowiadać historie z ironią, czułością i wyczuciem, jak ktoś, kto widział życie z bliska.

Biznes pierwszy

 

Pierwszy biznes Pawła, to o ile wiem, „ciucheks”, spanie na podłodze w sklepie i budowanie czegoś od zera gdzieś na prowincji. Chyba nie kliknęło.
Paweł był uparty, konsekwentny, ale co ważniejsze pomysłowy. Choć to raczej koniunkcja tych cech daje ludziom wystarczającą parę aby cele osiągać.

Na pogrzebie jego matki siostra wspominała, że jako nastolatek zbiegał ze schodów w domu i rzucał się na rodzicielkę, żeby uzyskać porady biznesowe. Chciał zrozumieć świat pieniędzy, odpowiedzialności, sukcesu.

Sukces biznesowy

Zapytałem kiedyś Pawła jak to się stało, że odniósł taki sukces biznesowy, odparł że odebrał właściwy telefon. A w zasadzie, że byli z kolegami dyrektorami w firmie i odbierali telefony, co nie było standardowym zachowaniem w kręgach aspirantów biznesowych w tamtych czasach.

Kolegów było trzech i tyleż samo pracowników, łącznie trzech dyrektorów i pracowników razem wziętych. To był moment przełomowy. Japońska firma Toshiba, której sprzęt zawładnął do spółki z Xeroxem rynkiem administracji w latach 80. i 90., stała się jego pasją i szansą. Brun i wspólnicy zbudowali firmę, która została przedstawicielem Toshiby na całą Europę.

Ta firma i jej naprawdę imponujący sukces, to nie był koniec – raczej początek jego gry „na wielu fortepianach”- bo czasami tak o sobie mówił. Że gra na wielu fortepianach. Z tym przedsięwzięciem wiąże się anegdota. Brun zrobił imprezę wypas – a imprezowanie i organizacja, to jeden z jego talentów, o którym wspominali niejednokrotnie koledzy ze studiów, czy żeglarstwa, którego był wielkim miłośnikiem – imprezę wypas dla managerów Toshiby z całej Europy. Zaprosił hipnotyzera, był na jego występie i widział jak kładzie na ziemię całe stada ludzi, i cieszył się jak dziecko, że zobaczy to samo na swojej imprezie. Nie zobaczył. Hipnotyzer nie działał. Managerowie stali jak zaklęci. Dlaczego? Paweł znalazł odpowiedź.

Poczytajcie sobie – Jechać, nie jechać?

I grał na wielu fortepianach…

Był przedsiębiorcą, filantropem, marzycielem i realistą, kochającym mężem i ojcem oraz niezłym despotą, od czasu do czasu. Angażował się w wiele warstw rzeczywistości: w biznes, w ludzi, w rodzinę. W tych dwóch ostatnich obszarach – najtrudniejszych – starał się utrzymać właściwą miarę. Wiem, że dbał. Wiem, że chciał, że się starał wedle swojej wiedzy, wyczucia i miłości.
Zaprosił mnie kiedyś, razem z moimi trzema synami, na wydarzenie, które co roku organizował dla dzieci – tych biedniejszych, w odzyskanej przez Brunów kamienicy przy Białostockiej. Występy sztukmistrzów, jedzenie, śmiech, radość. A on z Fryderykiem – w roli czarodzieja. Patrzyłem, jak dzieci śmiały się do łez, a on jakby naprawdę wierzył, że świat można zaczarować.
Bywał też twardy
Mówił, że walczy „o swoje”, potrafił walczyć bez kompromisów. Niektórzy go nie lubili, bo „parł do celu jak solidny parowóz”. A wszyscy wiemy, że warunków fizycznych do tego nie miał, za to ducha – ogromnego.

„Czapulec Czapcew!”

 

Poznaliśmy się na wycieczce autokarowej – Ukraina, Mołdawia. Mordercze dwa tygodnie w autokarze. W połowie trasy dosiadł się Paweł, mąż Ewy, którą poznałem wcześniej. Usiadł obok mnie – przypadek. Spojrzałem na niego, taki przecinek z ostrym nosem, czarna kupiecka czapa karakułowa z czerwonym krzyżem na denku. Generalnie zjawisko typu: raz zobaczysz, nie zapomnisz. Spojrzałem i rzuciłem: „Czapulec, Czapcew!” – autobus wybuchł śmiechem. Paweł nie drgnął.
Dopiero później zrozumiałem, że to był jego sposób – obserwować, zanim się uśmiechnie. Na usprawiedliwienie, marne bo marne, dodać mogę jedynie, że ten autobus jechał na nielekkim rauszu już od tygodnia.

Był uważny

Kiedyś poprosił mnie, żebym poprowadził konferencję o jego firmie. Zgodziłem się.
Przygotowania były burzliwe – problemy techniczne z laptopem, na koniec brak śrubokręta. Wyjąłem z marynarki mini zestaw: nóż, śrubokręt, łapka na szczury – długości cztery na jeden centymetr – i załatwiłem sprawę. Paweł spojrzał na mnie bacznie i powiedział: „O. Zaskoczyłeś mnie.” Umiał docenić nawet duperele, umiał też zobaczyć własne ograniczenia.

Sylwester z Brunami

Zrobiliśmy z Blanką kiedyś sylwestra – zaprosiliśmy Brunów i Płużańskich. To był szampański wieczór: lotki, kalambury, śmiech do łez. Ale również trudna i burzliwa dyskusja o polityce i historii i patriotyzmie, o tym co można poświęcić, a co nie ma sensu. Strony miały swoje zdanie i duch kompromisu nie unosił się nad tym wydarzeniem. Z rana Paweł powiedział, że to był jego najlepszy sylwester w życiu. Nie do końca mu uwierzyłem, ale coś było na rzeczy.
***
Kilka dni później w wyniku tej sylwestrowej rozmowy zaprosił nas pod pomnik Kopernika. Pokazał szpital Kopernika, który wspierała jego rodzina przed wojną i tablicę na kamienicy przy Browarnej, przedwojennej Rady Zrzeszeń Kupiectwa Polskiego upamiętniającą Henryka Bruna, jej szefa. Henryk Brun „poproszony” przez SS o zarządzenie zbiórki pieniędzy dla okupanta zastosował się do prośby. Przekazał informację na zebraniu rady kupieckiej i skomentował, że sam nie uważa za stosowne się dorzucać. Sprzeciwił się niemieckiemu okupantowi, nie został folksdojczem i Niemcy rozstrzelali go w Palmirach.
Tam zrozumiałem, że dla Pawła historia była również czymś osobistym. Że jego poglądy nie zostały ukształtowane jedynie przez czytanie i rozmyślania.

Monbijou – cacko na Pomorzu

Częścią Pawła było Koło, bazar staroci. Znali go tam i szanowali. Kto był w Monbijou ten wie, że sprawa zbieractwa rzeczy pięknych, dziwnych, strasznych i ciekawych była ważną częścią Pawła. I ta część też pozostanie widoczna, bo się udała, choć pozostawił to dzieło w trakcie.
Koniec
Paweł był człowiekiem wymagającym, od siebie i od innych. Był twardy, ale uważny. W ostatnich latach schorowany, ale jego duch był niezmordowany. Jeśli ktoś żył dzięki sile woli, to był to Paweł. Nie był łatwy. Ale był prawdziwy. Będzie mi go brakowało.


Zdjęcia: Grzegorz Micuła

Komentarze

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top