BEZDROŻA: NIRMAL PURIA – SZOK W HIMALAIŹMIE

To był największy wyczyn, prawdziwy szok, w dotychczasowej historii himalaizmu: zdobycie przez nepalskiego Gurkha Nirmala Purii w 2019 roku wszystkich 14 najwyższych szczytów ziemi, „ośmiotysięczników”, czyli wyższych niż 8 tys. m n.p.m., położonych w 3 krajach: Nepalu, Pakistanie i Tybecie, w ciągu 6 miesięcy i 6 dni. A, niejako przy okazji, pobicie czterech innych rekordów świata w Himalajach. Dla porównania: wcześniejszemu rekordziście, w 2013 r., Koreańczykowi Kim Chang-ho, zajęło to 7 lat, 10 miesięcy i 7 dni. A jego poprzednikowi, naszemu rodakowi Jerzemu Kukuczce, w 1987 roku, który jako drugi człowiek na świecie po Reinholdzie Messnerze (w 1986 r.) zdobył „Koronę Himalajów”, niewiele dłużej: też 7 lat, ale 11 miesięcy i 14 dni. Nirmal Puria nie tylko ustanowił nowy rekord, ale poprzednie wręcz zdeklasował. I nie zmienią tego zastrzeżenia himalajskich purystów, że w „strefach śmierci”, powyżej 8 tys. m n.p.m. korzystał z tlenu. Osiągnął coś niewyobrażalnego, sięgnął „Poza możliwe”, jak zatytułował książkę, w której opisał ten wyczyn i drogę do niego, wydaną właśnie w polskim przekładzie przez Bezdroża. A jak rozpocząłem jej czytanie, to nie byłem w stanie go przerwać na dłużej, niż krótkie chwile na obiad i kolację. Zapisując równocześnie, na potrzeby recenzji, grubo ponad 20 stron notatek.

 

Lektura tej książki nie tylko wciąga jej treścią, ale i tym, że napisana została znakomicie, żywym, miejscami trochę brutalnym i odbiegającym od konwenansów, żołnierskim językiem. Bez powtarzających się w wielu innych relacjach himalaistów szczegółowych opisów pogody, trudności wspinaczkowych, czy wrażeń. Oczywiście nie brak ich i w tej książce. Ale stanowią tylko niezbędne informacje, czy uszczegółowienie najważniejszych wydarzeń z realizacji projektu „PP” – Project Possibile – Projekt Możliwe. Określony na stronach jednej z wielu firm, do których zwrócił się z prośbą o wsparcie w jego realizacji, bo przecież wymagał on ogromnych nakładów, jako pomysł podobny do „dopłynięcia na Księżyc”. Opis, jak udało się go jednak zrealizować, i to w czasie nawet krótszym, niż zakładał pomysłodawca a zarazem autor książki, rozpoczyna się jak w filmach i zasad, którymi kierował się w nich, Alfred Hitchcock: najpierw trzęsienie ziemi, a potem już tylko wzrost napięcia. W przypadku „Poza możliwe” od sceny spadania autora, po zdobyciu szczytu Nanga Parbat, w śnieżycy, w przepaść, z nieudanymi próbami zatrzymania się przy pomocy wbijanego w śnieg czekana. I uratowania dzięki chwyceniu liny poręczówki na pokonanej niżej trasie wspinaczki w górę.

Mrożących w żyłach krew scen zmagania się z górami, mrozem, śniegiem, wichurami, czy ginących wspinaczy, w tej książce nie brakuje, chociaż nie one dominują. Podobnie jak ciekawie opisanych i różniących się od siebie relacji ze zdobywania kolejnych szczytów w tym niesamowitym górskim maratonie. Ale sporo jest również o wcześniejszym życiu autora urodzonego w 1983 r. w biednej nepalskiej rodzinie u podnóża wysokich gór. Jego nauce, od 5 roku życia, w szkole z językiem angielskim, dzięki pomocy i przysyłaniu na ten cel przez dwu znacznie starszych braci części ich żołnierskiego żołdu otrzymywanego za służbę w elitarnym oddziale Ghurków JKM Elżbiety II w Wielkiej Brytanii. I nieustannego pokonywania trudności: przetrwania wśród prześladujących go szkolnych łobuzów do czasu, gdy ogromnym wysiłkiem i morderczymi ćwiczeniami nie był w stanie skutecznie im się przeciwstawiać. A także stawianie sobie coraz ambitniejszych celów. Dostania się do oddziału Ghurków – Queens Gurkha Engineers, a później do najbardziej elitarnej brytyjskiej jednostki wojskowej sił specjalnych, SBS (Special Boat Sernice), szkolonej do wykonywania zadań w najtrudniejszych warunkach klimatycznych i na przekraczających możliwości zwykłych żołnierzy wysokościach.

Opisy przygotowywania się do kursów eliminacyjnych dla kandydatów do tych jednostek, które przechodzi zaledwie kilku na stu chętnych, należą też do szalenie ciekawych i „mocnych” w książce poświęconej osiągnięciom w himalaizmie. To była dla niego także trudna szkoła opanowywania emocji w sytuacjach stresowych. Mimo niewątpliwych predyspozycji fizycznych i psychicznych autora, nie mógłby nawet marzyć o przyszłych niezwykłych osiągnięciach bez poprzedzających je lat ciężkiej służby wojskowej, także w Afganistanie, gdzie był m.in. saperem, łowił Talibów i został ranny, na szczęście snajper nie trafił. A predyspozycje do wysokogórskich wspinaczek miał niebywałe. Szybko – pisze w jednym miejscu – stałem się bestią dużych wysokości. Bo konieczne zatrzymywanie się w trakcie wspinaczki, aby uspokoić oddech, robił co 70 kroków, gdy inni musieli co 4-5. Posiadał imponujące zdolności do regeneracji organizmu. Walcząc o miejsce w elitarnych jednostkach brytyjskich musiał np. przebiegać 5 km z 30 kilogramowym koszem piasku na głowie w czasie poniżej 48 minut. W piekielnym reżymie treningowym, jak pisze, codziennie po służbie w okresie przygotowawczym do selekcji, dodatkowo robił sobie 70 milowe (ponad 100 km) „sesje rowerowe” w siłowni.

Przepływał wiele kilometrów, bo jako chłopak z terenów górskich nie był oswojony z wodą. A znakomite w niej wyniki były jednym z warunków kwalifikacyjnych. Nocami ćwiczył na długich trasach z obciążeniem 75 funtów (ok. 34 kg), a w weekendy odbywał wielokilometrowe biegi. Koledzy z jednostki Ghurków, do której też przyjmowano najlepszych po morderczej selekcji, uważali, ż dostanie się do SBS przekracza jego możliwości. Udowodnił, że nie mieli racji. Przeszedł 6 miesięczną selekcję, m.in. marsze na czas 30 km i finałowy 60 km z ciężkim plecakiem, bronią i wodą. Gdy podczas kontroli przed wymarszem na ten ostatni sprawdzian okazało się, że zapomniał o plastikowej nakrętce na butelkę z wodą, za karę dołożono mu do plecaka ciężki kamień. Na mecie był pierwszy… Później, jako horror, określił żołnierską zaprawę do działań w dżungli w lasach deszczowych. Zaowocowała ona później podczas wspinaczek w Himalajach. Rozpoczął je, stawiając sobie kolejce cele do osiągnięcia, jako „późno początkujący”. Ale uczył się początkowo od znakomitego nepalskiego himalaisty, kilkakrotnego zdobywcy Mount Everestu, Dorj Khatri’ego. Zaczął od szczytu Lobuche East, z którego zobaczył Mount Everest, pobliski szczyt Lhotse oraz Makalu. I postanowił je zdobyć.

Gdy z okazji 20-lecia oddziałów Ghurków w armii brytyjskiej postanowiono zorganizować misję G200E – ich wejście na najwyższy szczyt świata, zgłosił się do niej. Pragnąc zwiększyć swoje szanse, skończył wojskowy kurs walki w skrajnie niskich temperaturach i w górach. Przy temperaturze minus 50ºC wspiął się na Denali (6190 m n.p.m.), najwyższy szczyt USA zaliczany do Korony Ziemi. Później, w Himalajach, w 2014 r. wszedł na swój pierwszy ośmiotysięcznik, Dhaulagiri, uważany za najgroźniejszy ze względu na głęboki śnieżny puch, lawiny, strome stoki i liczne wypadki. Do czasu jego wejścia góra ta pochłonęła ponad 80 wspinaczy. Na wyprawy górskie chodził w czasie wolnym od walk w Afganistanie. Z kolegą z jednostki m.in. dotarł do obozu bazowego pod Dhaulagiri, w którym od miesiąca aklimatyzowała się duża grupa wspinaczy. Nie mogli ujawnić, kim są, w obozie potraktowano ich jako „nieuświadomionych turystów”, którym zachciało się trekkingu. Kolega nie wytrzymał kondycyjnie krótkiej aklimatyzacji, Nirmal dołączył do wyprawy szczytowej, odegrał istotną rolę w przecieraniu jej i szlaku stanął na szczycie jako pierwszy żołnierz sił specjalnych w służbie czynnej, ale długo nie mógł tego ujawnić. To tylko przykłady z początków „himalaizmu” Nirmala Purii. Wejść na najwyższe szczyty zaliczył sporo, w imponującym tempie, ale trudno o nich pisać szczegółowo w recenzji.

A niemal w każdym były bardzo trudne czy niezwykłe momenty. Poczynając od wspomnianego oficjalnego brytyjskiego programu G200E przesuniętego na rok 2017 po tragicznym trzęsieniu ziemi o sile 8,1 w skali Richtera, które wywołało lawinę i spowodowało w Everest Base Camp śmierć 22 ludzi, chociaż nie przebywających tam na treningu Ghurków. Nirmal uczestniczył tam w realizacji tego projektu jako instruktor. I stawiając liny poręczowe (wraz z pomocnikiem, Szerpą, 2400 metrów !!!) na wejście szczytowe, po raz drugi stanął na Mount Everest. Podobnie mnóstwo interesującego było w stopniowym rodzeniu się i rozszerzaniu jego planów bicia górskich rekordów i ich zrealizowania z sukcesem. Zajmuje to sporą część objętości ksiązki, ale o tym po prostu trzeba, i warto!, przeczytać samemu. Wspomnę tylko, że ich realizacja odbywała się w trzech krajach, poza Nepalem również w Pakistanie, na terenach częściowo penetrowanych przez Talibów. A żołnierz brytyjskich sił specjalnych, które z nimi walczyły w Afganistanie, nawet były, mógł stać się łakomym kąskiem. Także dla porywaczy dla okupu, gdyż realizując etap pakistański był już dosyć znany, zwłaszcza w mediach społecznościowych. Dlatego zachowywano tam szczególne środki ostrożności i działano najszybciej, jak to było możliwe. Natomiast zgoda na wejście na szczyt Siszapangma w Tybecie, zamkniętym w 2019 roku, do ostatniej chwili blokowana była przez władze chińskie.

Dlatego wspinaczki na oba tamtejsze szczyty, także Czo Oju, odbyło się na dwie raty. A o tym, jak przełamany został opór urzędników Państwa Środka, warto samemu przeczytać w książce. Ujawnię tylko, że chyba znacznie w tym pomogło, filmowane i nagrywane, a następnie odtwarzane, wystąpienie Nirmala na temat konieczności działań w Himalajach w ochronie środowiska, na zdobytym właśnie szczycie Manaslu. Nie mogę jednak chociażby nie wspomnieć także o kilku innych, ważnych wątkach tej fascynującej książki. Trosce, i jednym z celów wypraw Nepalczyka, o Szerpów noszących bagaże, ładunki i obsługujących wspinaczy, odgrywających ogromną rolę ich sukcesach. Ale niedocenianych, nie tylko finansowo i lekceważonych. Znane są nazwiska tych, którzy osiągnęli szczyty. Ale już nie imiona tych, dzięki pomocy których stało się to możliwe.. Pomysłodawca i realizator programu PP – Project Possibile pokazał ich rolę, zwłaszcza na przykładzie tych, których dobierał sobie jako współtowarzyszy wypraw. Bo przecież samotne były niemożliwe. Zapraszał, przedtem sprawdzając ich kwalifikacje, już doświadczonych, ale nie znających jeszcze większości szczytów, na które mieli się wspinać. A ich zdobycie podnosiło im kwalifikacje oraz szanse na wyższe zarobki.

„Chciałem, napisał, by dołączały osoby, które wspinały się z powodu swojej pasji, a nie tylko dla pieniędzy czy chwały”. Z czasem stworzył niewielką, jak ją nazywa, „jednostkę specjalną wysokogórskiego alpinizmu”. Po rezygnacji ze służby wojskowej i należnej mu, gdyby przesłużył jeszcze kilka lat, wysokiej emerytury, gdyż pozostając w czynnej nie byłby w stanie zrealizować swojej idei pobicia rekordu czasu wejścia na wszystkie najwyższe himalajskie szczyty, a także nagłośnieniu dzięki temu problemu Szerpów oraz, jeszcze ważniejszego, sytuacji ekologicznej Himalajów, założył w nepalskiej ojczyźnie (jest też obywatelem brytyjskim) agencję organizującą komercyjne wyprawy w góry, w której ci najlepsi znajdowali pracę. Zacytuję fragment: „Project Possibile” był moim sposobem na wprowadzenie Szerpów w świat jupiterów, ponieważ zbyt długo ich heroiczna praca była pogardzana przez branżę wspinaczkową”. Przedstawił też, krótko, w innym miejscu książki, historię oddziałów Ghurków, do których też należał, w służbie brytyjskiej. Kolejny wątek, to początkowe lekceważenie, wręcz ośmieszanie, jego pomysłu PP jako „księżycowego”.

Gdy jednak udawało mu się realizować poszczególne wejścia i etapy, podkreślanie, także przez cenionych himalaistów, że w strefach śmierci korzysta z tlenu z butli. Odpowiedział im: „Nie narzekałem, że ktoś spośród tych samych krytyków szedł po moich śladach (a wymagało to, dodam, nierzadko, torowania własnymi ciałami drogi przez metrowe i wyższe zaspy na setkach metrów), albo by liny, które ja założyłem, wykorzystać podczas swojego ataku szczytowego godziny po moim dotarciu do wierzchołka”. Wspinaczom, zwłaszcza zagranicznym, wystawił zresztą, przynajmniej częściowo, niepochlebną opinię. Przede wszystkim zarzucił egoizm i nie udzielania pomocy innym, gdy było to możliwe i mogło uratować życie. Z przejęciem czytałem relacje z ratowania przez Nirmala na trasach podczas schodzenia ze zdobytych szczytów wspinaczy, którzy nie byli już w stanie nie tylko iść w górę, ale nawet zawrócić w dół. Wzywanie przez radio pomocy, w pierwszym rzędzie grupy, do której należał taki, lub taka, nieszczęśnik, także porzucony przez Szerpę, którego obowiązkiem było troszczenie się o powierzonego mu wspinacza, kończyło się niekiedy parokrotnymi zapewnieniami „pomoc już ruszyła”. Co demobilizowało oczekującego jej człowieka nie mającego już czym oddychać, z chorobą wysokościową czy ślepotą śnieżną. Chociaż w obozie nie podejmowano żadnych działań, i ludzie ci umierali.

O samolubstwie wielu himalaistów, niekiedy znanych, stosujących zasadę: liczę się tylko ja, czytałem również wcześniej w innych relacjach z wypraw na tamtejsze szczyty. To prawda, że warunki w Himalajach bywają ekstremalne. W tamte góry wybierają się także osoby absolutnie do tego nieprzygotowani, płacąc za to duże pieniądze. Ale trudno nie piętnować ludzi, którzy w sytuacjach, gdy są w stanie pomóc uratować życie innym, nie kiwają nawet przysłowiowym palcem. Nie mówiąc już o firmach ubezpieczeniowych i niektórych organizatorach wypraw, dla których najważniejsze są koszty. Uratowanie przez Nirmala koreańskiego wspinacza dr China i indyjskiej himalaistki Seeny oraz podjęte przez niego, nie zawsze zakończone sukcesem, próby ocalenia życia innych, odbiły się głośnym echem nie tylko w mediach społecznościowych. Ale czy na tym się nie skończy? Związany z tym jest, przynajmniej pośrednio, podniesiony przez autora książki i będący jednym z celów jego wypraw, problem ochrony środowiska w Himalajach, gwałtownego topnienia lodowców, nieprawdopodobnego zanieczyszczania gór przez wyprawy. A także nadmiernego zatłoczenia Mount Everestu.

Sporo szumu, nie tylko w Nepalu, zrobiło robione przez niego i opublikowane zdjęcie grupy około 150 wspinaczy skupionych w jednym miejscu, trzymających się liny poręczowej, przy czym część z nich usiłowała iść w górę, a inni już schodzili z Mount Everestu. Natrafił na nią w trakcie schodzenia po raz trzeci z tej góry. I zmuszony został, aby rozładować ten korek, do „dyrygowanie ruchem” przez dwie godziny, chociaż psuło to jego plany. Ale zacietrzewienie tam było tak wielkie, że nikt nie chciał ustąpić. I tylko zdecydowany były żołnierz poradził z tym sobie. Niechętni mu, w tym również przedstawiciele konkurencyjnych agencji wspinaczkowych, donosili władzom, że „szkaluje kraj”, chociaż podobne zdjęcia publikowano już wcześniej. Ale on chciał je sprzedać na pokrywanie kosztów realizacji projektu. Został zaproszony na rozmowę „na wysokim szczeblu” w stołecznym Katmandu, podczas której przedstawił swój pogląd, jak można rozwiązać ten problem na najwyższej górze świata. M.in. proponując wydawanie zezwoleń tylko tym, którzy już udowodnili, że potrafią się wspinać w wysokich górach. I udokumentują, że zdobyli już wcześniej niższe szczyty oraz przynajmniej jeden inny 8-tysięcznik.

Skończyło się na wprowadzeniu wymogu wcześniejszego zdobycia w Nepalu przynamniej szczytu powyżej 6,5 tys. metrów. Dobre i to na początek. A przy okazji: czy nie trzeba nareszcie wprowadzić ograniczeń ruchu w naszych Tatrach? Zwłaszcza na absurdalnie zatłoczonym w sezonie Giewoncie, czy trudniejszej od niego do przejścia Orlej Perci?. Na które pchają się też ludzie absolutnie do tego nieprzygotowani, bez elementarnej wiedzy i umiejętności poruszania się w takich górach oraz odpowiedniej odzieży i obuwia. Może, poza limitem wieku wykluczającym dzieci, wprowadzić wymóg udokumentowania przynajmniej jakiej–takiej znajomości gór, np. posiadaniem brązowej, a w przypadku Orlej Perci srebrnej odznaki GOT? Książka Nirmala Purii jest nie tylko ciekawą i dobrze napisaną relacją z realizacji przez niego nieprawdopodobnego wręcz pomysłu zdobycia w tak krótkim czasie wszystkich najwyższych szczytów górskich naszego globu. A przy okazji informacji o jego dotychczasowym życiu, w tym trudnej służbie wojskowej, na ile mógł o niej napisać przy obowiązującej go nadal tajemnicy.

Pokazuje też dylematy człowieka, który coś chce osiągnąć i drogi oraz sposoby, dzięki którym mu się to udaje. Najważniejsze z nich wypunktował w Załączniku 1: „Lekcje ze strefy śmierci”. Porusza jednak również inne ważne, warte dyskusji problemy. M. in. jak ratować środowisko naturalne nie tylko w Himalajach? W jaki sposób poprawiać byt rdzennych mieszkańców, rozwijając w ich krajach zrównoważoną turystykę? I kilka innych. Jest to książka nie tylko dla miłośników gór, ale także ludzi myślących i troszczących się o przyszłość naszej planety i własne, najbliższe otoczenie. Chcących dowiedzieć się, jak inni pokonują trudności i wyznaczają sobie cele, nawet pozornie poza zasięgiem możliwości ich realizacji. Bo to także przyświecało Nepalczykowi, gdy pisał tę książkę. Naprawdę wartą przeczytania i dyskusji!

POZA MOŻLIWE. Autor Nirmal Puria. Przekład z angielskiego Radek Kucharski. Wydawnictwo Bezdroża, wyd.. I, Gliwice 2021, str. 343, cena 49,90 zł. ISBN 978-83-283-8358-6