SZWAJCARIA: NA HULAJNODZE ZE SZCZYTU BRAMBRŰESCH

Chur, najstarsze miasto Szwajcarii i stolicę jej największego kantonu Gryzonia (Graubünden) otaczają góry. Jak na Alpy niezbyt wysokie, bo tylko najwyższe szczyty przekraczają 3 tys. m n.p.m., a większość zaledwie 2 – 2,5 tysięcy metrów. Najpopularniejszy z nich jest jednak zaledwie 1584 metrowy Brambrüesch, gdyż stanowi całoroczne miejsce aktywnego wypoczynku.

 

W zimie narciarstwa i innych sportów zimowych, w pozostałych porach roku wędrówek pieszych, kolarstwa górskiego raz zjazdów na bikeboardach – nowoczesnych hulajnogach górskich. Jest jeszcze jeden powód popularności tej właśnie góry, a właściwie dosyć sporego płaskowyżu. Dolna stacja kolejki linowej na nią jest tuż przy Starówce, na południowym brzegu wąskiego w tym miejscu Renu.

 

Wjeżdżamy najpierw dużą kabiną zabierającą po kilkunastu pasażerów. Roztacza się z niej rozległa panorama gór oraz miasta. Bez trudu można odszukać w nim niemal wszystkie zabytkowe budowle.

Chociaż tylko przez chwilę, bo Stare Miasto wkrótce zasłaniają drzewa porastające zbocza aż do szczytu. Na stacji przesiadkowej Kanzeli na wysokości 1170 m n.p.m. przesiadamy się w będące w stałym ruchu 4-osobowe gondole. Jeszcze tylko dosyć stromy wjazd nimi w górę i już jesteśmy u celu.

 

TURYŚCI I ZWIERZĘTA DOMOWE

 

Niemal płaski Brambrüesch rozciąga się chyba na kilkaset metrów długości, chociaż szerokość jest znacznie mniejsza. Jego łagodne wzniesienia zabudowane są rzadko szałasami pasterskimi, nielicznymi domami i paroma innymi obiektami. Jest hotel sportowy i restauracja górska o tej samej nazwie co szczyt, serwująca regionalne przysmaki, o czym mamy okazję przekonać się podczas obiadu.

 

Znakomite są zarówno steki wieprzowe w sosie z borowików, z krokietami ziemniaczanymi oraz warzywami, jak i domowe pizokele – rodzaj pierożków. Po posiłku jest trochę czasu na rozejrzenie się w okolicy. Na niewielkiej hali pasą się krowy i jałówki, z zainteresowaniem patrzące na ludzi i podchodzące do nich bez oporu. Gdyby nie drewniane ogrodzenia, kontakt ten byłby jeszcze bliższy.

 

W innym miejscu, w mini zoo dla maluchów, są owce, brunatne kozy i inne zwierzęta oraz ptactwo domowe. Dla dzieci jest spory ogródek jordanowski z urządzeniami do aktywnych zajęć. Szwajcarzy lubią je bardzo. Na górskich ścieżkach, podobnie jak w parkach i innych terenach zielonych, niemal zawsze można spotkać wędrujących ludzi nawet w starszym wieku.

 

A także – na przeznaczonych do tego trasach – młodzież szalejącą na rowerach górskich. Koło kępy drzew widzę biwak jakiejś wycieczki szkolnej. Jest piękny dzień „złotej jesieni” i pomimo powszedniego dnia, ludzi sporo. Brambrüesch jest również miejscem przesiadkowym do kolejki linowej w wyższe partie gór.

 

Na Dreibundenstein na wysokość 2200 m n.p.m. skąd prowadzą już bardziej ambitne zjazdowe trasy narciarskie. Na razie śniegu jednak jeszcze nie ma. Dolna stacja tej kolejki znajduje się zresztą dosyć daleko, przy hotelu sportowym.

 

ALPEJSKI PARK ROWEROWY

 

My, szóstka polskich dziennikarzy zaproszonych na kilka dni do Gryzonii aby poznać jej ofertę atrakcyjnego wypoczynku nie tylko w zimie, idziemy do Alpen Bike Parku – Alpejskiego Parku Rowerowego. Wypożyczalni rowerów górskich oraz wspomnianych już hulajnog. Są w nim również instruktorzy – przewodnicy grup. Więcej na jej temat na: www.alpenbikepark.ch.

 

Czeka nas zjazd w dół, aż do Kanzeli. Różnica poziomów niezbyt duża, niespełna 400 metrów, ale pięciokilometrową górską, kamienistą trasą zjazdową przeznaczoną wyłącznie dla tego rodzaju pojazdów oraz ruchu pieszego. Dla rowerzystów jest inna, także z odcinkami z przeszkodami, np. płotami przez które można przeskakiwać na dwu kółkach.

 

Nigdy jeszcze, podobnie jak większość koleżanek i kolegów uczestników tej study tour, nie jeździłem na takiej hulajnodze. Ma ona dwa koła z dętkami o średnicy stosowanej w dziecięcych rowerach, półeczkę na stopy oraz kierownicę z parą hamulców – po jednym na koło przednie i tylnie. Najpierw pod okiem instruktora próba jak się na tym jeździ.

 

Wypada pomyślnie, chociaż spadki na betonowej ścieżce nie są duże. Trzeba tylko uważać, aby hamowanie zaczynać od właściwego hamulca. Bo gdyby nacisnąć ten na przednim kole, można by przelecieć przez kierownicę. Decydujemy się na zjazd. Zakładamy kaski, zapinamy kurtki, bo to przecież jesień, a ponadto pęd powietrza mógłby je zerwać, ruszamy. Na początku jadę trochę nieporadnie z braku wprawy.

 

Gdy okazuje się jednak, że z utrzymaniem równowagi oraz hamowaniem nie ma problemów, coraz śmielej. Zwalniam hamulce, coraz ostrzejszy zjazd nadaje mi szybkie tempo. Trochę zaskakuje mnie trasa, na której gładka betonowa nawierzchnia szybko się kończy i zaczyna blisko 2 metrowej szerokości górska, kamienista droga. Z ostrymi zakrętami, prowadząca przez las, następnie łąki, jakieś gospodarstwo pasterskie i znowu przez las.

 

FANTASTYCZNE WRAŻENIA

 

Przy szybkiej jeździe wiatr chłoszcze twarz. Jest fantastycznie, trzeba tylko bardzo uważać przed i na zakrętach aby nie wypaść z trasy i nie wylądować wśród drzew. Albo nie spaść kilka – kilkanaście metrów niżej na łąkę. Po pewnym czasie dogania mnie instruktor i prosi abym zatrzymał się, bo przejechałem już ponad połowę trasy, a musimy poczekać na pozostałych uczestników tego zjazdu.

 

A niektórzy są 10 – 15 minut za nami. Mnie pochłonął pęd jazdy, ich bardziej zachwyciły widoki oraz możliwość fotografowania. Kontynuujemy zjazd już trochę wolniej, bardziej zwartą grupą, chociaż nadal ze sporymi odległościami między hulajnogami. Po drodze mijam jadących sąsiednim szlakiem kolarzy górskich skaczących ponad przeszkodami. I chętnie pozujących do zdjęcia, gdy je pokonali i wyhamowali.

 

Jeszcze chwila, krótki podjazd z rozpędu w górę pod stację kolejki Kanzeli i to już koniec przyjemności. Szkoda, chętnie bym ją powtórzył. Może uda się przy następnej okazji, bo frajda była naprawdę duża. Gdy zjeżdżają się wszyscy, oddajemy rowery i przesiadamy się do kolejki linowej aby wrócić do Chur i kontynuować bogaty program. Doskonałe wrażenia pozostaną jednak na długo.

 

Zdjęcia autora