SZWAJCARIA: FIRST FLIEGER, CZYLI JAK ZJECHAŁEM 800 METRÓW W DÓŁ NA LINIE

Widok na masywy Eigeru, Mnicha i Dziewicy – Jungfrau górujące nad szwajcarskim kurortem Interlaken zaliczane są do najpiękniejszych górskich panoram świata. W regionie tym, o którym pisałem już kilkakrotnie, znajduje się parę ważnych turystycznych linii kolejowych.

 

Przede wszystkim przygotowująca się do 100-lecia Jungfraubahn na Jungfraujoch – Przełęcz Dziewicy. Ale także zębate na do Kleine Scheidegg i na Schynige Platte oraz kilka kolejek linowych. Ponadto są tu mniejsze ośrodki wypoczynkowe i narciarskie. Najważniejszym z nich w górach jest Grindelwald położony na wysokości 1.034 m n.p.m. u stóp słynnej północnej ściany Eigeru.

 

 

Odległy o pół godziny jazdy pociągiem z Interlaken. To w nim rozpoczynamy ostatni dzień Międzynarodowej Podróży Studyjnej „100 lat kolei Jungfraubahn 1912 – 2012”. Jest tu stacja kolejowa, kościół, Muzeum Regionalne, Centrum Kongresowe, Centrum Sportowe, blisko 50 hoteli i hosteli od 1 do 5* oraz 3 kampingi.

 

A także trzy stacje kolejek linowych: Männlichenbahn, Pfingsteggbahn oraz najdłuższa, Firstbahn. To nią pojedziemy na szczyt First o wysokości 2.168 m n.p.m.

 

Ale najpierw musimy przejść kilkaset metrów przez centrum tej, formalnie wioski alpejskiej, ulicą – nomen omen – Dorfstrasse, czyli Wiejską. Mijając po drodze hotele, brązową rzeźbę kozicy, restauracje i sklepy.

 

Niektóre z pomysłowymi reklamami, np. zapraszającymi na posiłek rzeźbami w drewnie kelnerów. Jednego z łyżką, drugiego widelcem zamiast głów. Kolejka na szczyt góry First jest długa. Pokonuje 1.118 metrów różnicy poziomów, ma dwie stacje pośrednie: Bort na wysokości 1.570 m oraz Schreckfeld na 1.995 m n.p.m.

 

Kto jednak, tak jak my, jedzie aż do końca, nie musi się na nich przesiadać. 6–osobowe gondole kursują bowiem na całej trasie. Zwalniają tylko na stacjach pośrednich, gdyż można na nich również wsiadać i wysiadać.

 

Gdy ruszamy, poranne mgły trochę zaciemniają widoki. Ale w miarę wjeżdżania wyżej widoczność staje się coraz lepsza, a panoramy gór, zboczy i dolin, piękniejsze.

 

Na górze świeci słońce. Szczyty, mimo iż najwyższy w tym masywie, Schwerzhorn ma wysokość 2.928 m n.p.m., są jeszcze beżowo–rude, bez śladu śniegu. Jest tu sporo pieszych szlaków turystycznych. Niektórymi prowadzącymi przez zbocza i doliny można przejść na inne szczyty lub na dół, do Grindelwaldu.

 

W zimie czynne są wyciągi krzesełkowe, gdyż jest to miejsce popularne wśród narciarzy. Na szczycie First stoi hotel z dużą restauracją oraz tarasem wypoczynkowo – widokowym, z którego roztaczają się rozległe widoki szczytów i dolin.

 

Nie mamy jednak zbyt wiele czasu na podziwianie ich, gdyż głównym celem naszego tu przyjazdu jest jeden z wielkich hitów szwajcarskich Alp – First Flieger.

 

Jedyne tego rodzaju urządzenie w Europie do podwyższania poziomu adrenaliny w krwi. Na linach można nim zjechać 800 metrów w dół aż do pośredniej stacji kolejki, Schreckfeld.

 

Pokonując równocześnie ponad 170 metrów różnicy poziomów z prędkością do 84 km/h. I gwałtownie hamując na dole w ułamku sekundy. Zabawa jest przednia.

 

Ale najpierw trzeba wykupić, o ile nie ma się go, tak jak my, gratis, bilet. Na samą jazdę, bardziej lot, gdyż odbywa się ona w uprzęży podobnej do spadochronowej, kosztuje on 25 franków, dzieci tylko 18.

 

Łączony z biletem na kolejkę linową, w zależności od tego skąd i dokąd zamierza się nią jechać, od 75 do 57 CHF dla dorosłych i od 43 do 34 CHF dla dzieci. Ale kupienie biletu to nie jedyny warunek. Można ważyć nie mniej niż 35 i nie więcej niż 125 kg.

 

Ponadto przeczytać w jednym z kilku języków, a następnie podpisać oświadczenie, że nie choruje się na serce lub inną – spośród wymienionych, chorobę wykluczającą taka jazdę.

 

A gdy te formalności zostaną spełnione, amatorzy mocnych wrażeń siadają, przeważnie parami lub nawet po 4 osoby, gdyż tyle równocześnie może zjeżdżać w dół na równoległych linach, na miękkich siedzeniach podwieszonych do liny.

 

 Personel dokładnie zapina ich kilkoma pasami. Trzeba mocno oprzeć się stopami o drzwiczki i czekać aż się one nagle otworzą jak zapadnia szubienicy. I wtedy rozpoczyna się coraz szybsza jazda w dół.

 

Powietrze uderza w twarz, słońce świeci, widoki i wrażenia są wspaniałe. Na dole zaś prowadnica i pałąk zaczepu siedzenia uderza w sprężyny na końcu lin.

 

Gwałtowny stop, adrenalina uwalnia się, i to już koniec przyjemności, która trwała zdecydowanie za krótko. Personel odpina pasy, można na trochę pozostać i obserwować zjazdy innych.

 

Lub wsiąść do kolejki jadącej w dół, ewentualnie wrócić nią na górę. Zanim jednak ruszymy w dół uważnie oglądam konstrukcję dolnej stacji tych lin. Są to solidne metalowe słupy – kratownice z zaczepami i naciągami.

 

Na linach jest po kilkanaście metrów sprężyn hamujących. Nie ma więc praktycznie siły, aby powietrzny podróżnik dotarł nawet na sporą odległość do tych konstrukcji.

 

Na wszelki wypadek zabezpieczone są one jednak dodatkowo materacami. Czas jednak nagli, gdyż to nie koniec dzisiejszych atrakcji. Wsiadamy do kolejki linowej, zjeżdżamy na niższą stację pośrednią, Bort.

 

Jest obok niej restauracja, a dla maluchów świetnie wyposażony plac zabaw o powierzchni 700 m kw. Niemal tuż pod przejeżdżającymi nad nim wagonikami kolejki linowej. Dzieciaki i pilnujący ich rodzice mają sporo radości. Dla nas przygotowano jeszcze jedną tutejszą atrakcję.

 

Możliwość zjazdu na dół, aż do Grindelwaldu na… Właściwie na czym? Nazywa się toto Trottibike, co można przetłumaczyć jako pojazd chodnikowy lub trotuarowy.

 

Ale i – to już przeze mnie trochę naciągane – bicykl dla idiotów. Bo niemieckie słowo Trottel znaczy kretyn, idiota, lub delikatniej bęcwał, cymbał, jołop, głupiec, dureń.

 

A pojazd ten stanowi skrzyżowanie… roweru z hulajnogą. Posiada dwa rowerowe koła oraz kierownicę z mocnymi hamulcami. Nie ma natomiast siodełka. Zaś dolna półeczka na stawianie nóg jest tak krótka, że nie mieszczą się na niej dwie stopy mężczyzny.

 

Zjeżdża się na tym na dół betonową ścieżką, obowiązkowo w kasku na głowie. Miałem, podobnie jak większość uczestników tej podróży studyjnej, ochotę spróbować jak toto działa.

 

Tyle, że do pokonania było ponad 530 metrów różnicy poziomów dosyć stromą i pełną zakrętów trasą. I to w określonym czasie, bez możliwości powrotu na górę.

 

A na dole mieliśmy niezbyt odległą, konkretną godzinę odjazdu pociągu. Ostatniego którym, z dwiema przesiadkami po drodze, mogliśmy dotrzeć na lotnisko w Zurychu aby zdążyć na samoloty.

 

Pomijając już nawet ewentualność niegroźnego nawet upadku z tego Trottibike i jego konsekwencje, większość z nas zdecydowała się jednak zjechać na dół kolejką linową.

 

Na pocieszenie mieliśmy fantastyczne widoki. Także krów schodzących się do szałasów na południowe dojenie.

 

Dwójka uczestników naszej grupy która już miała do czynienia z tego rodzaju pojazdami, dołączyła do naszych szwajcarskich opiekunów i na stację kolejową w Grindelnwaldzie dotarła na Trottibikach czas.

 

Zapewniając, że zjazd był przyjemny i atrakcyjny. Może więc spróbuję go przy następnej okazji… I tak wrażeń podczas tej, świetnie zaprogramowanej i zrealizowanej podróży studyjnej, nie zabrakło. Szwajcaria to przecież naprawdę piękny i ciekawy kraj.

 

Zdjęcia autora.