SZWAJCARIA: KOLEJAMI DO ALPEJSKICH OGRODÓW

Alpy nad Interlaken i sąsiednimi miejscowościami słyną z najwyżej położonej w Europie linii i stacji kolejowej Jungfraubahn i Jungfraujoch. Ale zarówno kolei szynowych jak i linowych jest tam o wiele więcej.

 

Młody, wysportowany mężczyzna zachęca na bilbordach podróż na Schynige Platte – Płaskowyż Schynige. To 20–letni Kilian Wenger, aktualny mistrz, nazywany tu królem – Schwingerkönig, narodowej szwajcarskiej dyscypliny sportowej, rodzaju zapasów.

 

 

Jedziemy tam, gdyż jest to także jeden z punktów programu Międzynarodowej Podróży Studyjnej w której uczestniczę. Zorganizowanej z okazji 100-lecia kolei Jungfrau przez jej kierownictwo, a także szwajcarski system kolejowy Swiss Travel System AG oraz organizacje turystyczne Interlaken Tourismus i Schweiz Tourismus.

 

Tym razem podróż rozpoczynamy na stacji Widerswil koło Interlaken. Wsiadamy do krótkiego pociągu z archaicznymi wagonami. Przypominają mi one przedwojenne i z lat wojny wagony ówczesnej 3 klasy.

 

Do każdego przedziału wsiada się bezpośrednio z półki biegnącej na zewnątrz, wzdłuż jego bocznych ścian. Różnica jest jedna. W tamtych wagonach między przedziałami były ściany aż do sufitu. W tych dzielą je tylko oparcia siedzeń.

 

Ale przechodzić między nimi nie wolno. Pociąg zabiera maksimum 40 pasażerów, rezerwacja miejsc, zwłaszcza w szczycie sezonu, jest więc konieczna. Mam znakomite miejsce tuż za, oddzieloną tylko ścianą z oknami, kabiną maszynisty. To kobieta, będąca zarazem konduktorem tego pociągu.

 

Najpierw sprawdza czy wszyscy siedzą bezpiecznie oraz bilety. Zamyka drzwi i po chwili, zgodnie z rozkładem jazdy, ruszamy. Czeka nas zaledwie 52 – minutowa podróż, ale ze znacznymi różnicami wysokości.

 

Zaczynamy ją na niespełna 600 m n.p.m., stacja docelowa położona jest jednak na 1.967 m n.p.m. Jedziemy zabytkową koleją zębatą. Jednotorową, z dodatkową trzecią szyną oraz mijankami na trasie.

 

Zwrotnice tak jak ponad wiek temu przestawiane są ręcznie przez dróżniczki. Kolej Schynige Platte kursuje na tej trasie od 14 czerwca 1893 roku. Ze względu na warunki atmosferyczne, zwłaszcza opady śniegu, tylko sezonowo. W br. czynna jest od 18 maja do 23 października.

 

Widoki z okien na doliny i górskie szczyty są wspaniałe. Chociaż coraz częściej przesłaniają je drzewa. W Lütschine przejeżdżamy przez most na górskiej rzece, pociąg zaczyna wspinać się jak slalomem coraz wyżej.

 

Krótki postój na stacyjce Rotenegg, później dwa tunele wykute w zboczu góry, z krótką ale malowniczą przerwą między nimi: Rotenegg i Stollfluh. Mijamy kolejne poziomy wegetacji roślin.

 

A także, na mijankach, pociągi jadące w dół. Zarówno pasażerskie jak i towarowe. Moją uwagę zwraca pociąg składający się z lokomotywy i dwu wagonów – platform wypełnionych ogromnymi krążkami szwajcarskiego żółtego twardego sera. Produkują go na halach pasterze, gotowy odsyłają na dół do sprzedaży.

 

Mijamy nieliczne domy. M.in. koło stacji Breitlauenen jednego z najbardziej znanych szwajcarskich malarzy, autora ekspresyjnych krajobrazów Ferdynanda Hodlera ( 1853 – 1918 ), który w tym miejscu miał ulubiony punkt widokowy.

 

W okolicach tej stacji na letnich wypasach przez około 100 dni przebywa blisko 50 krów i 30 cieląt. Są tu bowiem najzdrowsze ze zdrowych alpejskie łąki. Ale także… 20 świń, 1 muł i 3 konie. Potrzebna jest bowiem również siła pociągowa.

 

Z krowiego mleka na miejscu produkowane są słynne sery alpejskie. Niewiele, zaledwie 70 – 80 kg w sezonie. Jeszcze w połowie ubiegłego wieku – czytam w otrzymanych materiałach – chłopskie dzieci wychodziły do zatrzymujących się to pociągów i sprzedawały podróżnym świeże mleko.

 

A całe rodziny przekonywały się, że turystyka, to wcale nie taki zły interes. Dotychczas nasz pociąg jechał 34 minuty, pokonując zaledwie 4,6 km linii kolejowej.

 

Ale ta różnica wysokości i spadku terenu… Znakomicie widać to podczas robienia zdjęć. Zachowanie poziomego horyzontu krajobrazu wymaga przechylania aparatu o wiele stopni.

 

Gdy fotografuję go z głębi wagonu, uzmysławiam sobie pod jak ostrym kątem wspina się pociąg. Zostało nam tylko 18 minut jazdy, ale i dalszej wspinaczki. Powoli zbliżamy się do granicy lasów, widoki są coraz rozleglejsze.

 

Na oba jeziora – Thunersee i Brienzersee między którymi leżą Interlaken, Matten i Unterseen, a także góry. Jeszcze tylko dwa tunele.

 

Gdy wyjeżdżamy z Grätli nagle olśniewa nas fantastyczna panorama Eigeru, Mnicha i Jungfrau – Dziewicy. Mijamy Stepfegg i wyłania się cel podróży, płaskowyż Schynige Platte.

 

To określenie jest zresztą bardzo na wyrost. Ten „płaskowyż” to w gruncie rzeczy tylko skalna półka o długości nieco ponad 100 i szerokości niespełna 20 metrów. Ale na pewno warta podróży. Mijamy usytuowany na zboczu po lewej stronie Hotel Górski. Stajemy na stacji Schynige Platte.

 

W 52 minuty pokonaliśmy zaledwie 7,25 km torów. Ale i blisko 1,4 km różnicy wysokości. Świetne, przejrzyste tablice informacyjne pokazują co tu, i w jakim czasie, warto zobaczyć.

 

Zachęcają do zwiedzenia Alpejskiego Ogrodu Botanicznego. Późną jesienią jednak umiarkowanie atrakcyjnego. Założyło go w roku 1927 na wzgórzu nad stacją towarzystwo miłośników przyrody.

 

Rośnie w nim około 600 gatunków i odmian roślin alpejskich w ich naturalnych warunkach. Na powierzchni dokładnie 8.323 m kw., z ponad 40 metrowymi różnicami poziomów. I pół kilometrową ścieżką dydaktyczną, obok której przy każdej roślinie jest o niej tabliczka informacyjna.

 

Niestety, najbardziej atrakcyjnych w okresie kwitnienia, a więc wiosną i w lecie. Jesienią są już tylko zaschnięte liście i kwiaty. Ale i tak warto je zobaczyć, zwłaszcza, że wstęp przez cały sezon jest bezpłatny.

 

Mamy jednak jeszcze drugi cel przyjazdu tutaj, oprócz atrakcji jaką stanowi sama jazda. Punkt widokowy na Interlaken, jeziora oraz góry – szczyt Daube.

 

Wybieramy nań trasę krótszą, zaledwie 50 – minutową, ale bardziej ostrą, gdyż na dłuższą nie starczy nam czasu przed obiadem. Zasługującą jednak na te trochę wysiłku, gdyż widoki spod szałasu i z grani na szczycie są, przy znakomitej pogodzie jaka nam dopisuje, wspaniałe. Po nasyceniu się nimi z Daube ostre zejście inną drogą na posiłek.

 

Obiad mamy w restauracji hotelu górskiego Schynige Platte. Pierwszy w tym miejscu zbudowano w 1894 roku, ale w 4 lata później padł pastwą pożaru.

 

W 1899 roku oddano do użytku nowy, z widokiem na piękną panoramę gór i dolin. Hotel ten zmodernizowano w 2010 roku. Posiada on restaurację o 100 miejscach oraz 170–miejscowy taras widokowy, na którym też podawane są posiłki.

 

A pokoje hotelowe są w stylu rustykalnym. Z umywalkami o marmurowych blatach, porcelanowymi miednicami do mycia itp. Oczywiście bez telefonu i TV, o Internecie już nie wspominając. Nocleg ze śniadaniem kosztuje 95 CHF, czyli obecnie nieco ponad 300 zł. Jak na Szwajcarię – raczej tanio.

 

Po obiedzie pora wracać koleją na dół, gdyż to nie koniec dzisiejszych atrakcji. W czasie wolnym w Interlaken zdążę jeszcze zrobić parokilometrowy spacer nabrzeżem kanału Aare – promenadą Lanzenen nad Brienzersee.

 

Poobserwować miejscowości na zboczach gór, a przede wszystkim statki „białej floty” oraz dojść do wioski typu miejskiego Bönigen.

 

I wrócić do hotelu autobusem. W programie mamy bowiem jeszcze jedną podróż koleją, tym razem górską typu takiej jak na Gubałówkę w Zakopanem. Tylko o wiele wyższą i starszą – na górę Harder. Z poziomu 567 m n.p.m. na którym leży Interlaken, na 1322 m n.p.m.

 

Jest to góra wznosząca się niemal pionowo nad Interlaken, ze wspaniałymi widokami na miasto, góry i okolice. Idea zbudowania na nią kolejki górskiej Harderbahn narodziła się już w 1890 roku.

 

Ale niezbędne środki na to oraz licencję uzyskali dopiero w 1905 roku Fritz Michel i bankier z Lozanny Ernest Chavannes. Projekt budowy przygotowali inżynierowie Gaston Boileau i Henri Muret.

 

Prace, oprotestowywane przez obrońców środowiska, rozpoczęto w listopadzie tegoż roku. Aby nie zepsuć krajobrazu, linii torów nie poprowadzono, jak robi się to w takich przypadkach, wprost w górę, ale półkolem i częściowo tunelem.

 

15 maja 1908 roku kolej ta ruszyła, przewożąc w sezonie, zaledwie 20 minut w jedną stronę, około 40 tys. pasażerów. Nieczynna była w ciężkich latach międzywojennego światowego kryzysu gospodarczego i podczas II wojny światowej.

 

Która Szwajcarię co prawda ominęła, ale i tłumy bogatych turystów również. Harderbahn wznowiła jazdy w 1946 roku. W maju 1966 roku otrzymała nowe wagony, które wytrzymały aż do roku 2008 – jubileuszu 100-lecia tej kolejki.

 

Wówczas rozpoczęła się eksploatacja obecnych wagonów panoramicznych. Jazda nimi jest przyjemna, widoki rzeczywiście wspaniałe. Zwłaszcza, że z wagonów widać częściowo co innego, niż z platformy widokowej na górze.

 

Oprócz niej, wspartej na stalowej, niewidocznej konstrukcji, na szczycie znajduje się restauracja oraz ścieżka tematyczna z 12 stacjami – punktami informacyjnymi o historii kolejki, zaopatrzeniu góry w wodę, geologii, florze i faunie itp. Jest też niewielki plac zabaw dla dzieci.

 

Na górę Harder można też wejść pieszo, a jeszcze łatwiej z niej zejść wytyczonym szlakiem. Widoki z niej są fascynujące. Na potężne masywy górskie Jungfrau, Mnicha i Eigeru vis a vis, na oba jeziora między którymi leży Interlaken oraz na samo miasto i otaczające je miejscowości.

 

Mimo szybko zapadającego zmroku i znacznej, grubo przekraczającej w linii prostej kilometr, udało mi się zrobić serię niezłych zdjęć. Znakomita była kolacja z regionalnymi przysmakami i winem.

 

Atrakcyjny był również nocny zjazd kolejką na dół specjalnym jej kursem, gdyż byliśmy gośćmi jej dyrekcji. Następnego, ostatniego już dnia tej podróży studyjnej, czekają nas kolejne wielkie atrakcje. M.in. 800 – metrowy zjazd w dół na linie z prędkością 84 km/h i hamowaniem na dole w ułamku sekundy. Ale o nich już w następnym reportażu.

 

Zdjęcia autora