SZWAJCARIA: NA DZIEWICĘ PRZEZ WAŁACHA KTÓRY ZOSTAŁ MNICHEM

Podróż słynną koleją Jungfraubahn na Przełęcz Dziewicy w szwajcarskich Alpach – Jungfraujoch zaczynamy na dworcu Interlaken Ost, aby po 20 minutach jazdy zwykłym pociągiem elektrycznym dotrzeć do Lauterbrunnen.

 

Miejscowości położonej na wysokości 796 m n.p.m., o 240 m wyżej od stacji początkowej. W niej przesiadamy się na pierwszy etap kolejowej górskiej wspinaczki.

 

Już koleją zębatą, 45 minut jazdy, z coraz piękniejszymi widokami na doliny, szczyty górskie, lasy, skalne zbocza. Coraz częściej między drzewami pojawia się, niezbyt dobrze widoczny w porannych zamgleniach, cel naszej podróży: obserwatorium na szczycie Sfinksa oraz położona poniżej niego, skryta pod ziemią w skałach, stacja Jungfraujoch.

 

 

Zatrzymujemy się na stacyjkach Wengenwald, Wengen, Wengenalp. Stajemy na mijankach aby przepuścić pociągi osobowe i towarowe zdążające w odwrotną stronę. Przez otwarte okna obserwuję i fotografuję krajobrazy zmieniające się jak w kalejdoskopie. Na zakrętach jadące przed i za nami pociągi. Nareszcie kawałek płaskiego terenu.

 

Stacja i niewielka miejscowość wypoczynkowa szczególnie popularna zimą, Kleine Scheidegg na poziomie 2.061 m n.p.m. Na jej zwiedzenie będzie chwila czasu w drodze powrotnej.

 

Obecnie czeka na nas niebywała atrakcja, Eiger Ambassador Express. Dwu wagonowy nostalgiczny pociąg sprzed stu lat, chociaż zmodernizowany i odnowiony. Używany na specjalne okazje lub na zamówienie.

 

Bo to przecież dopiero tu zaczyna się właściwa trasa kolei – jubilata, Jugfraubahn. Nasza dziesiątka, licząc również przedstawicielkę Schweiz Turismus oraz przewodnika podczas całego pobytu w Interlaken i jego okolicach, ma do dyspozycji cały ten maleńki pociąg. Z maszynistą, konduktorem, własnym rozkładem jazdy wciśniętym między inne pociągi kursujące na tej trasie.

 

Zarówno osobowe, pełne podróżnych, w tym bardzo licznych z Azji, jak i towarowe. Trzeba przecież na górę dostarczać tony żywności i innych materiałów oraz wodę pitną dla turystów oraz pracowników stacji kolejowej i obserwatorium astronomicznego.

 

Tylko wody zużywa się tam około 9 mln litrów rocznie. Kolejowymi cysternami przywozi się jej 5000 m sześć., pozostałe 4000 m sześć pochodzi z oczyszczania do celów nie konsumpcyjnych wody zużytej i dachówki.

 

Trzeba też wywozić śmieci. Nie wszystko może polecieć w dół 9,4 km długości kanałem ściekowym do Kleine Scheidegg, a stamtąd do oczyszczalni ścieków w Grindelwald. Przecież Jungfraujoch jako obiekt wpisany na Listę UNESCO i cała jego okolica podlegają szczególnej ochronie środowiska. Ruszamy w górę, aby w ciągu 52 minut pokonać ostatnie prawie 1400 m różnicy wysokości.

 

Trasa wije się początkowo skrajem lodowca Eigergletscher, później zboczy Eigeru i Mnicha. Widoki są coraz rozleglejsze, nie tylko na górskie szczyty i doliny, ale także Interlaken i tamtejsze jeziora.

 

Od czasu do czasu wjeżdżamy pod wiaty ochronne przed lawinami oraz do tuneli. Zatrzymujemy się na stacjach – mijankach: Eigergletscher, Eigerwald – każdej z platformą widokową, wreszcie Eismeer – Ocean Lodowaty.

 

Między nimi są setki metrów różnic wysokości. Na Eismeer wysiadamy. Jest trochę czasu na zwiedzanie stacji, która przez 7 lat, w trakcie budowy linii kolejowej dalej, była krańcową. Obszerne, wykute w skałach pomieszczenia. Niegdyś, aż do roku 1924 znajdowała się w nich m.in. restauracja. Straciła ona jednak rację bytu po wybudowaniu innej, a także hoteli, na przełęczy.

 

Przez duże, ale zamknięte na głucho – za nimi są przepaście – okna, widać lodowiec i fragmenty masywów Eigeru i Mnicha. Ruszamy dalej. Unowocześnione wagony dostosowane są do jazdy po ostrych stokach.

 

Wiszące na ścianach lampy elektryczne wzorowane na naftowych, a także stoliki między ławkami, z wgłębieniami na postawienie naczyń, zawsze utrzymują poziom.

 

Pomaga w tym siła ciężkości, a w drugim przypadku specjalne dźwignie. Nierzadko między ich powierzchnią i ramą okna powstaje różnica kilkudziesięciu stopni. To widoczny wskaźnik, pod jak znacznym kątem wspinamy się w górę. Ostatni odcinek trasy jedziemy już tylko tunelem.

 

Wreszcie stacja Jungfraujoch. Wysiadamy, robimy sobie pamiątkowe zdjęcia z maszynistą. Do zobaczenia za 3,5 godziny w drodze powrotnej. Tuż obok tunelu jest całe podziemne miasteczko.

 

Stacja kolejowa, Pałac Lodowy, sala wystawowa w której sfotografowałem model pierwszego pociągu na Jungfraujoch z 1912 roku, sklepy, bufety, restauracje z widokiem na lodowiec.

 

Tunelami i windą wydostajemy się na powierzchnię ziemi. Oślepiające słońce, tłumy turystów, fantastyczne widoki na dziesiątki kilometrów. Czynne nadal, pomimo końca września, niektóre trasy narciarskie. Bo śnieg na lodowcu leży przez cały rok. Nad przełęczą, sąsiednimi szczytami i dolinami krążą dwa śmigłowce.

 

To jedyny środek szybkiego transportu w dół gdyby ktoś zasłabł na tej wysokości lub wydarzył się wypadek. Windą wjeżdżamy na szczyt Sfinksa, 3.571 m n.p.m., gdzie jest duża platforma widokowa.

 

Ale także wspomniane już obserwatorium astronomiczne. Okazuje się, że nie tylko takie. Prowadzone są tu bowiem badania z różnych dziedzin nauki, gdyż sprzyja temu czystość powietrza.

 

Jest więc stacja meteorologiczna. Bada się Słońce i gwiazdy. Zawartość w powietrzu ozonu oraz atmosferę przy pomocy laserów. Pracują specjaliści od radiometrii mikrofalowej oraz promieniowania kosmicznego. To tu 3 czerwca 1982 roku odkryto wysokoenergetyczne neutrony ze Słońca. Bada się niebo i wysokie góry.

 

To wszystko jednak niedostępne jest dla turystów. Ludzie zaprawieni w turystyce górskiej i dysponujący odpowiednią ilością czasu oraz wyposażeniem, bo to przecież droga przez lodowiec i śniegi, mogą jednak pokusić się wejść na szczyt Dziewicy.

 

Wymaga to, poza kondycją, co najmniej pięciu godzin. I możliwe jest tylko z przewodnikiem. Można też pozostać na przełęczy na dłużej.

 

Do zbocza przyklejone są, z pięknymi widokami na lodowcową dolinę, budynki „Gletscherrestaurant” Restauracji Lodowcowej, i „Top of Europe” z częścią hotelową, konferencyjną i wystawową. Pierwszy, drewniany Dom Turystów zbudowano tu w 1912 roku.

 

W 1924 – luksusowy hotel „Dom nad chmurami”. Oba spłonęły jednak podczas niezwykle silnej burzy z piorunami w 1972 roku. Na ich miejscu w latach 1975 i 1987 powstały obecne obiekty.

 

My przyjechaliśmy jednak tutaj tylko na krótko. Aby zobaczyć wspaniałe widoki i obejrzeć tę niezwykłą stację kolejową oraz jej otoczenie. W restauracji czeka na nas obiad.

 

Z niespodzianką. Na deser w lodach znajdujemy krążek z emblematem 100-lecia kolei Jungfraubahn 1912 – 2012: pociągiem wyjeżdżającym z tunelu, którym jest jedno z zer cyfry 100. Ze szczytami Jugfrau, Mnich i Eiger w tle, a całość wpisana w koło zębate.

 

W pierwszej chwili pomyślałem, że to plastikowa pamiątka, tak jak wręczone nam wcześniej znaczek do wpinania w klapę oraz ceramiczny kubek. Okazało się jednak, że to jadalny wyrób z białej, barwionej naturalnie czekolady. I bardzo smaczny…

 

Mocno reklamowany Pałac Lodowy bardzo mnie rozczarował, zwłaszcza w porównaniu z innymi, które widziałem. Dosyć długi, wilgotny i śliski korytarz. Parę przejść w lodzie.

 

Pod ścianami lodowe figurki zwierzątek, ale już mocno wygładzone przez parowanie. Ciekawy okazał się natomiast lodowy bar, do którego zaproszeni zostaliśmy na lampkę szampana. Chłodzonego jak najbardziej naturalnie i postawionego na lodowej ladzie.

 

Na półeczkach na ścianach za nią stoją pokryte lodem, niektóre mocno, butelki szampana, whisky i koniaku. Podobno bardzo dobrych, ale i drogich, wiec rzadko serwowanych. Pod jedną ze ścian trzy duże beczki. Przez 3 lata przechowuje się w nich whisky, która wspaniale ponoć w tych warunkach dojrzewa.

 

Stacja kolejowa na Jugfraujoch i inne tutejsze obiekty są obecnie w trakcie przebudowy, która prowadzona jest jednak tak, że nie przeszkadza turystom.

 

Wykuwany jest tunel, który umożliwi zwiedzanie na podziemnej trasie okrężnej istniejących już, lub powstających atrakcji turystycznych. Otwarcie ma nastąpić w kwietniu 2012 roku. A wcześniej, od 1 do 7 stycznia, góra zostanie specjalnie oświetlona.

 

Po zakończeniu tej inwestycji do dyspozycji turystów będzie nowa dworcowa hala przyjazdów. Ponadto hale: Sfinksa oraz dwie małe i jedna duża na różne okazje. A także stałe wystawy: historii turystyki i dziejów kolei Jungfraubahn, ruchomy podziemny chodnik oraz Pałac Lodowy. Pora wracać na dół.

 

Podróż trwa trochę krócej niż w górę, gdyż bez przerw na podziwianie widoków ze stacji pośrednich. Poza tym jedziemy na hamulcach, a nie pełną mocą silnika.

 

Oświetlenie na zewnątrz jest inne niż rano, więc to co widzimy za oknami, zwłaszcza w dolnej części trasy bez tuneli, jest ponownie atrakcyjne. Robimy półgodzinną przerwę na zwiedzenie miejscowości Kleine Scheidegg.

 

Poza stacją kolejowa jest tu parę hoteli i restauracji, w dolinach widoczne zabudowania wiejskie. Szczególnie piękny widok na Eiger ze słynną Północną Ścianą na pierwszym planie. A przy drodze duża tablica z jej widokiem i zaznaczonymi trasami czterech wejść na nią, które przeszły do historii alpinistyki.

 

Wspomniane już, pierwsze, w 1938 roku, zwane klasycznym. Następne to wyprawa Johna Hadina w 1966 roku. I kolejne dwa wejścia. W 1969 wyprawy alpinistów japońskich i w 1976 czeskich. O tym, jak trudna do pokonania jest ta ściana, ktoś, kto jak ja, sporo bywał w górach, widzi na pierwszy rzut oka.

 

Chociaż na miejscu, z bliska, nie wszystko może okazać się aż tak trudne do przejścia. Ale dochodzi dodatkowe utrudnienie, o którym powiedział mi przewodnik. Na ścianę tę trzeba wejść jednego dnia lub wcale. Nie ma bowiem na niej miejsca w którym można by przenocować.

 

Do Interlaken wracamy inną drogą. Okazuje się bowiem, że linia kolejowa poprowadzona jest okrężnie wokół masywu górskiego ze szczytami m.in. Lauberhorn, 2.472 m n.p.m. i Mannlichen, 2.230 m n.p.m. Rano przyjechaliśmy jej zachodnią częścią, wracamy ze względu na ciekawsze oświetlenie gór, wschodnią.

 

Można zresztą jeździć według uznania w obie strony. Zjeżdżając w dół do Brandegg i Terrassenweg mamy bajkowe wręcz widoki na góry i zbocza pozostałych szczytów tej części Alp.

 

Czterotysięcznika Schreckhorn ( 4.078 m n.p.m. ) i Wetterhorn ( 3.701 m n.p.m. ) oraz znacznie niższe po drugiej stronie doliny. Ze stacji końcowej w Wilderswil do Interlaken jest już tylko kilka minut jazdy, chociaż innym pociągiem.

 

Był to fantastycznie spędzony dzień z najważniejszym punktem programu tej podróży studyjnej. Ale górskich atrakcji nie zabrakło i w dni następne. O nich jednak już w kolejnych reportażach.

 

Zdjęcia autora