KAMBODŻA: MIASTO NA JEZIORZE TONLE SAP

 

 

Stoją na wysokich palach, tuż nad wodą. To domy, sklepy, szkoła, chlewiki. Gospodynie uprawiają warzywa na tratwach. Komunikacyjnymi traktami nie są ulice czy chodniki lecz szlaki wodne. Jako środek transportu służy nam nie autobus czy pociąg lecz łódka. Mijamy szkołę z salą gimnastyczną, bibliotekę, skromny szpital, posterunek policji. Wszystko, podobnie jak domy mieszkalne, to budynki na wysokich palach. Wpływamy na największe jezioro Półwyspu Indochińskiego zajmujące powierzchnię, w zależności od pory roku od trzech tysięcy do trzydziestu tysięcy kilometrów kwadratowych.

 

Z jeziorem Tonle Sap łączy się rzeka o takiej samej nazwie oraz najdłuższa rzeka tego rejonu Azji – Mekong. W porze deszczowej, gdy nieustannie pada, a dodatkowo topnieją lody Himalajów, poziom jeziora podnosi się nawet o kilkanaście metrów. Aż trudno uwierzyć, że na jeziorze funkcjonuje miasteczko, w którym żyje 40 tysięcy osób.

 

Nie ma ulic i chodników

 

W wiosce Chong Kneas każdy umie pływać, bo pomiędzy domami, sklepami, barami karaoke nie ma chodników, ani nawet drewnianych trapów. Gdy poziom wody jest niski, można z głową wysuniętą nad powierzchnię przejść. Lepiej i szybciej jednak jest przepłynąć. Bardzo popularnymi środkami transportu miejskiego są różnego rodzaju łodzie. Najbardziej popularnymi wśród dzieci – metalowe miednice albo odpowiednio przycięte plastikowe beczki.

 

Na tarasie jednego z budynków podpatruję kobiety, które wymieniają między sobą warzywa i owoce. Tuż za domem dostrzegam ogródek czyli drewnianą tratwę przymocowaną sznurem do domu. Na tratwie w doniczkach rosną kwiaty i warzywa. Pomiędzy domami z wody wystają wysokie pale. To „parkingi”, przy których cumują łódki. W kolejnej chacie zza drewnianego płotka wychylają głowy świnie, w innej w klatkach głośno gdaczą kury. Na horyzoncie strzela w górę wieża kościoła katolickiego.

 

Ryb w jeziorze nie brakuje

 

Wszędzie suszą się sieci. Nic dziwnego, mieszkańcy miasta na wodzie, w większości pochodzenia wietnamskiego, utrzymują się głównie z rybołówstwa. Na szczęście ryb w jeziorze nie brakuje. Żyje ich tu ponad 800 gatunków. Ryby trafiają na targowiska w całej Kambodży stanowiąc jeden z głównych składników miejscowego pożywienia. Co chwilę do naszej łodzi podpływają kobiety i dzieci.

 

Pokazują ogromne rybne okazy, węże, garnki z zupą, gotowanym ryżem. Wyciągają ręce, przyjmują śmieszne pozy po to, byśmy zrobili im zdjęcie i dali parę groszy. Ten wodny harmider, krzyki handlarzy, zaczepki pływających w miednicach dzieciaków stają się męczące. Uciekamy do jednej z większych tratw, gdzie urządzono prostą restaurację. Pałaszujemy pyszne ryby, warzywa, z których wiele jest mi zupełnie nieznanych.

 

Turyści to możliwość zarobku

 

Łódkowi handlarze nie dają za wygraną i czatują pod tratwą – restauracją. Turyści zaczęli odwiedzać Kambodżę w liczniejszych grupach dopiero kilka lat temu. Wcześniej kraj targany wojnami, a przede wszystkim chorobliwą polityką okrutnego, krwawego przywódcy Czerwonych Khmerów Pol Pota był dla obcokrajowców zamknięty.

 

Stąd dla wielu miejscowych, szczególnie tych mieszkających poza rejonem największego kompleksu świątynnego na świecie, Angkor, czy stolicą Phnom Penh, na białych ludzi patrzy z zainteresowaniem, zdziwieniem ale i nadzieją na jakikolwiek zarobek.

 

Zdjęcia autorki