Przygoda w Delcie Mekongu

 

Wietnam to kraj tysiącletniej cywilizacji i cudownej przyrody. Jego mieszkańcy są bardzo przyjaźnie nastawieni do cudzoziemców. Wszędzie spotykałam się z życzliwością i uśmiechem. Czułam się tam całkowicie bezpiecznie a to coraz rzadsze we współczesnym świecie.

 

Fot.: Andrzej Zarzecki
Na pamiątkę maska
 

Kraj ten leży w Azji Południowo-Wschodniej, zajmuje wschodnie wybrzeże Półwyspu Indochińskiego. Po raz pierwszy od wielu lat przeżywa pokojowy okres rozwoju. Od niedawna można bez przeszkód podróżować do i po Wietnamie. Na początek postanowiłam ruszyć do Sajgonu którego obraz wszyscy pamiętamy z setek filmów o wojnie wietnamskiej. Choć oficjalnie, po zajęciu przez komunistów, miasto to nazwane zostało imieniem północnowietnamskiego przywódcy - Ho Chi Minh to najczęściej używana jest historyczna nazwa. Jest największą, liczącą około ośmiu milionów mieszkańców metropolią tego kraju. Nieprawdopodobnie żywotne, barwne i rozkrzyczane z tysiącami pojazdów na zatłoczonych ulicach. Od kilku lat komunistyczne władze zezwoliły na prywatną działalność turystyczną i gastronomiczną, oczywiście ograniczoną do niewielkich lokal. Zaowocowało to natychmiast rozkwitem usług. Bez problemu znalazłam dwuosobowy, klimatyzowany pokój z łazienką za 10 dolarów dziennie.

 

 

 {mosgoogle}

 

Strzeż się motorowerów

 

Fot.: Andrzej Zarzecki
Na motorowery lepiej uważać
Pieszemu po ulicach Sajgonu trudno się poruszać –opanowały je setki tysięcy motorowerów. Przemieszczają się na nich często całe rodziny. Na przedzie ojciec, za nim matka a pomiędzy nimi wciśnięte dwoje dzieciaków- taki widok nikogo nie dziwi. Największe wrażenie robią elegantki jeżdżące w kapeluszach, maseczkach na twarzy i białych rękawiczkach sięgających ramion. To wszystko by chronić skórę przed słońcem. W tej części świata im cera bledsza tym cenniejsza. Motorowerowy ścisk miał dla mnie przykre konsekwencje. Gdy przedzierałam się pomiędzy nimi przy hali targowej, nieopatrznie dotknęłam nogą gorącej rury jednego z pojazdów. Skóra zrobiła się ognistoczerwona, bolało okropnie, kurowałam się przez dwa tygodnie, do dziś mam w tym miejscu bliznę.

Fot.: Andrzej Zarzecki
Dorodne owoce i sprzedawczynie
Miasto nie jest specjalnie interesujące, jedną z polecanych wycieczek jest zwiedzenie Pałacu Prezydenckiego z wystawą prezentującą zwycięski pochód komunistycznej partyzantki. Na takich jak my przybyszach z Europy Wschodniej, mających w pamięci muzea Lenina i przeróżnych czynów rewolucyjnych, nie robi to specjalnego wrażenia. O tym, że eksploatacja wojny to dobry interes Wietnamczycy przekonali się bardzo szybko. Na ulicznych straganach królują przeróżne militarne pamiątki jak choćby podrabiane wojskowe mundury. Liczba „autentycznych” zapalniczek pozostawionych przez amerykańskich marines wskazuje, że albo było ich w Wietnamie 20 milionów albo każdy żołnierz miał zapalniczek tysiące. Stragany Sajgonu zawalone są podróbkami markowych towarów wszystkich światowych marek. A gdy ktoś ma specjalne zamówienie? Zapytałam o najnowszy przewodnik Lonely Planet po Indiach. Chwilowo brak, odpowiedziała zakłopotana sprzedawczyni. Czy przyjdziesz jutro? Następnego dnia czekała na mnie pięknie powielona, tysiącstronicowa książka, oprawiona przez introligatora w kolorowe okładki. -Ile płacę.- zapytałam. -10 dolarów. Usłyszałam w odpowiedzi.

 

Śladami żołnierzy Vietcongu

 

Fot.: Andrzej Zarzecki
Dostawa węgla drzewnego
  Z Sajgonu wyruszyliśmy poznawać deltę Mekongu. Ta jedna z najpotężniejszych rzek w Azji to dla Wietnamu prawdziwe źródło życia. Niesione przez rzekę osady utworzyły urodzajną deltę. Wynajętą łodzią ruszyliśmy poznawać kanały. Odwiedziliśmy fabrykę ryżowego papieru używanego do produkcji sajgonek, poznaliśmy sposób produkcji cukierków z nektaru palmy kokosowej. Po drodze mijaliśmy pływające osiedla hodowców wodnych stworzeń. Ryby i skorupiaki tuczone są w klatkach pływających w rzece, nad nimi zbudowano domy. Niemal obowiązkowym punktem wycieczki po delcie jest wizyta w tunelach Cu Chi. Podziemne magazyny, kuchnie, szpitale i izby mieszkalne połączone są ponad 200 kilometrami tuneli. Zbudowane zostały podczas wojny wietnamskiej w 1965 roku do walki z Amerykanami.

Fot.: Andrzej Zarzecki
Walka kogutów - jedna z rozrywek
Część tuneli jest udostępniona do zwiedzania, ciasnota totalna choć warto wiedzieć, że dla wygody turystów zostały poszerzone- oryginalne miały zaledwie 80 centymetrów wysokości. Prezentowane są również systemy pułapek, na przykład wyposażonych w ostre kolce, zastawianych na południowowietnamskich i amerykańskich żołnierzy. Przy wyjściu można zaopatrzyć się w koszulkę u napisem „Vietcong” lub kraciastą chustę, bratnich wtedy dla Wietnamczyków, Czerwonych Khmerów. Wspaniałym przeżyciem była wizyta na pływającym targu. Pracuje on od 5 rano od 5 po południu ale najpiękniejszy jest wczesnym rankiem. Na dużych barkach czekają na klientów wszystkie możliwe typy owoców i warzyw. Ci zaś pływają pomiłszy na niewielkich łodziach szukając najlepszego towaru.

 

Wąż na słodko-kwaśno

 

Wiatnam to raj dla amatorów kulinarnych rozkoszy. Nawet uliczne jadłodajnie serwują wyśmienite jedzenie. Znane nam z wietnamskich garkuchni sajgonki mają w tym mieście zupełnie inny wymiar. Malutkie jak palec, takie na jeden kęs, z nadzieniem krabowym, mięsnym lub warzywnym zawijanym w delikatny papier ryżowy. Podawane są ze słodkio-kwaśnym sosem, sałatą i ziołami.

Fot.: Andrzej Zarzecki
Podróż po delcie Mekongu
Poszukiwacze kulinarnych wrażeń powinni konieczne spróbować mięsa z węża. Zamówiliśmy potrawkę w warzywach- smakowała wyśmienicie. Delikatne jak ryba białe mięso Tyla, że rybiego zapachu i idealnie chude. Nieznajomość miejscowych obyczajów, choćby kulinarnych prowadzi czasem do zabawnych sytuacji. Gdy uliczna sprzedawczyni zaproponowała mi kacze jajko na twardo pomyślałam - czemu nie. Po zbiciu skorupki ze środka zaczęły wystawać drobniutkie piórka. Okazało się , że to miejscowy przysmak jajko ... z zarodkiem małej kaczuszki w środku. Brrr. Warto wiedzieć, że Wietnam jest, nawet jak na azjatyckie warunki, krajem bajecznie tanim. Lokalne piwo kosztuje niewiele ponad złotówkę, gdy korzystamy z ulicznych jadłodajni bez problemu przeżyjemy za 5 złotych dziennie, na przykład pożywny rosół kosztuje złotówkę. Nawet ekscentryczne potrawy nie rujnują kieszeni – za kilkudaniową kolację z pytona zapłaciłam 15 złotych.

 

{mosgoogle}