BIRMA: RÓWNINA DWÓCH TYSIĘCY PAGÓD

Widok jest fantastyczny, niepowtarzalny nigdzie na świecie. Stoję na górnej platformie świątyni Dhammayangyi w pobliżu pierwszej stolicy średniowiecznej Birmy – Paganu, zwanego też Baganem lub Puganem. Obecnie Strefy Archeologicznej o powierzchni 42 km kw. znajdującej się na Liście Dziedzictwa UNESCO.

 

W dali, na zachodzie, wyróżniają się m.in. pagody Szwesandaw ( Shwe San Daw ), Gu Byauk Nge i Gu Byauk Gyi oraz Mingalar Zedi. Ledwo widoczna, jak cieniutka, błękitna nitka, płynie najdłuższa i główna rzeka kraju, Irawadi. Dookoła zaś roztacza się sławna Równina Dwóch Tysięcy Pagód. Kolebka birmańskiej państwowości i kultury.

 

 

 

Wśród skąpej roślinności: pól uprawnych, nieużytków porośniętych krzakami i kępami niezbyt wysokich drzew, strzelają w niebo ceglane wieże pagód, świątyń i stup. Dziesiątki, setki, tysiące. Tak, tysiące, chociaż z tego miejsca wzrok nie jest w stanie dostrzec wszystkich. Licząc bowiem również ruiny, jest ich tu ponad 4 tysiące. Powstawały one od IX wieku.

 

Podobne do dzwonów, cebulaste lub cylindryczne stupy. Pagody na planie kwadratu lub greckiego krzyża. A także świątynie wieżowe. Widzę duże i małe, jedne niemal tuż obok, inne ledwie rysujące się na horyzoncie. Ogromne, jak europejskie średniowieczne zamki. I mniejsze, kształtem kojarzące się z gotyckimi kościołami. A także najmniejsze, zaledwie dwu, może trzymetrowej wysokości.

 

Zbudowane w większości na progu minionego Millenium, opuszczone zostały setki lat temu. Przetrwały dzięki solidnej konstrukcji, klimatowi, a przede wszystkim nie pochłonięciu ich, jak w Kambodży czy Wietnamie i tylu innych miejscach na świecie, przez dżunglę. Bo w tej części Birmy nie ma jej i nie było. Mój punkt obserwacyjny, to podnóże wieży o kształcie pagody, zbudowanej na sześciobocznej podstawie na piątym, najwyższym poziomie świątyni.

 

Pierwsze dwa, wzniesione w połowie XVI wieku z cegieł, przypominają średniowieczne mury obronne europejskich miast. Pozostałe trzy oraz kopulasta stupa są z białego, trochę zabrudzonego przez deszcze kamienia. Na jej szczycie znajduje się, jak gdyby nałożona na nią, niewielka gdy patrzy się z dołu, złota, bogato zdobiona stupa z iglicą.

 

Poszczególne poziomy świątyni łączą strome ceglane lub kamienne, szerokie schody. Dzięki wysokości, na większość pozostałych, otaczających ją w promieniu wielu kilometrów budowli patrzy się z góry. Chociaż w oddali widzę również kilka co najmniej równie wysokich świątyń. Napawam się widokiem tego krajobrazu.

 

Tym bardziej, że wiem, iż ogromnej większości budowli, które widzę z góry, nigdy nie zobaczę z bliska. Wymagałoby to bowiem wielu dni, raczej tygodni. Po zejściu na dół oglądam jeszcze z tej perspektywy sąsiednie pagody i stupy. Widzę jadącego na rowerze po gruntowej drodze starszego mężczyznę z koszem.

 

Widok ze świątyni Dhammayangi okazał się dla mnie, również dosłownie, szczytowym momentem pobytu w Paganie i jego okolicach. Przypłynąłem tu – pisałem o tym w poprzednim reportażu – rzecznym statkiem z Mandalaj. Okazało się, że hotel „Bagan Thande” w którym zatrzymałem się, ma nie tylko znakomitą lokalizację, ale i już 90-letnią historię.

 

Otworzył go bowiem w 1922 roku książę Walii, późniejszy brytyjski król Edward VIII. Hotel położony jest na wysokiej, wschodniej skarpie rzeki Irawadi, między nią i południową bramą w średniowiecznych murach miejskich Starego Paganu po ich wewnętrznej stronie. W zieleni, w tym wśród starych, bardzo wysokich drzew, ma nadal dobry standard.

 

Później w otaczającym go parku dobudowano wygodne bungalowy oraz dużą restaurację z obszerną częścią pod gołym niebem, zbudowano basen itp. Wewnątrz murów, a także po ich zewnętrznej stronie w pobliżu, poza zabytkowymi budowlami, jeszcze w latach 90-tych były ulice i domy. Tworząc Strefę Archeologiczną większość mieszkańców przesiedlono jednak 5 km na południe.

 

W ten sposób powstała wieś Nowy Pagan. „Obwąchując” okolice hotelu wcześnie rano, przed wyruszeniem na zwiedzanie głównych tutejszych i okolicznych zabytków, miałem okazję zobaczyć orkę nadbrzeżnego pola sochami zaprzężonymi w pary wołów. I sąsiadujące z nim stare budowle. Tuż obok niego otoczoną murem, dużą i wysoką świątynię Mimalaung Kyaung wzniesioną z cegieł na planie krzyża.

 

Z wejściami, niestety zamkniętymi, z portykami i kolumnami z czterech stron świata. I widocznymi resztkami zewnętrznych tynków. Gdyby nie wieńcząca pagodę duża, zaś narożniki małe stupy, można by sądzić, że to kościół chrześcijański. Po przejściu kilkudziesięciu metrów znalazłem się w wiosce.

 

Przed kolejną dużą, 61– metrowej wysokości, czynną pagodą z białego kamienia, z jej nazwą Thatbyinyu w językach birmańskim i angielskim na tablicy informacyjnej. Zbudowano ją w stylu hinduskim w XII wieku, nazywana jest Świątynią Wszechwiedzy. A także, z tradycyjnie, niewielkim bazarkiem koło wejścia do niej.

 

W pobliżu zaś, z kilkudziesięcioma bardzo przyzwoicie wyglądającymi rowerami, ich wypożyczalnią Kyaw Bike Rental Service. Bo tutejsze zabytki można zwiedzać samochodami lub właśnie rowerami. Pieszo tylko najbliższe, bo rozrzucone są one na znacznej przestrzeni 42 kilometrów kwadratowych.

 

Oglądanie najważniejszych zabytków Równiny rozpoczęliśmy od Złotej Pagody Szwezigon (Shwe zi gone Paya) w północnej części Baganu, a właściwie już stanowiącej obecnie jego centrum miejscowości Nyaung U. Przede wszystkim dlatego, że to ona była prototypem i wzorcem dla wszystkich birmańskich stup budowanych w czasach pierwszego króla zjednoczonej Birmy Anawrathy, który panował od 1057 roku, i przez wiele następnych dziesięcioleci.

 

A zarazem jest ona miejscem przechowywania najważniejszych relikwii oraz centrum modlitwy i medytacji buddystów odłamu therawada. Wieńcząca ją złota stupa ma piękny kształt postawionego nóżką do góry kieliszka. Osadzonego na kilku, zwężających się ku górze poziomach na planie kwadratu. Bardzo przypomina ona, chociaż jest znacznie mniejsza, sławną Złotą Pagodę Szwedagon w Rangunie.

 

Podobnie jak tamta otoczona jest sztucznymi złotymi, jak gdyby drzewkami w kształcie stup. W całym tym zespole świątynnym jest kilka pagód i mniejszych stup. Są też pawilony modlitewne i domy dla pielgrzymów. Obejrzeć można tu również figurki duchów – bóstw czczonych w czasach przed buddyjskich.

 

Spotkać zaś … młodzież gimnazjalną, wysyłaną przez nauczycieli, aby w czasie wolnym mogła ćwiczyć z cudzoziemcami język angielski. Dziewczyny i chłopaków bardzo sympatycznych oraz chętnych do rozmowy. Niestety, akurat na nią turystom mającym obszerny program zwiedzania, nie bardzo starcza czasu.

 

Tutejsze świątynie i inne zabytki ogląda się nie według okresów, w których powstały, bo większość pochodzi z XI – XIII wieku. Ale położenia gdzieś w sąsiedztwie, bądź ich rangi albo wartości architektoniczno – artystycznej. Jedną z najciekawszych jest np. świątynia Htilominlo zbudowana w roku 1218 na polecenie króla Nantaungmya.

 

Uległa ona częściowemu zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w 1975 oku, ale została zrewaloryzowana. Po cztery złocone posągi siedzącego Buddy na jej pierwszym i drugim poziomie wskazują strony świata. Zachowało się w niej również trochę starych malowideł i fryzów, a także horoskopów mających chronić świątynię przed zniszczeniem.

 

Nie do końca okazały się skuteczne, chociaż przetrwała ona, tylko z częściowymi uszkodzeniami, wielkie trzęsienie ziemi. Są w niej ponadto ołtarze, figury i liczne dekoracje kamienne. Za szczytowe osiągnięcie architektury Monów uważana jest pagoda Ananda. Zbudowana na planie greckiego krzyża z otynkowanych i pobielonych cegieł, ukończona została w roku 1091.

 

Związana jest z nią legenda znana także z analogii w innych krajach i kulturach. Podobno król Kyansittha, następca Anawrathy, tak został nią oczarowany, że kazał zabić jej architekta, aby nie mógł zbudować jeszcze czegoś równie doskonałego. Rzeczywiście jest piękna. Ma wejścia z czterech stron świata. A wewnątrz, naprzeciwko nich, kilkumetrowej wysokości posągi Buddy w długiej szacie wyrzeźbione z drewna tekowego i grubo pozłocone.

 

Są podobne do siebie, ale jednak każdy inny. Nie brak w niej także ołtarzy i wielu innych figur. Król Kyansittha każąc zamordować budowniczego tej świątyni, o ile nie jest to tylko legenda, chyba nie przewidział jednak, że zdolnych architektów będzie tu w przyszłości wielu. I stworzą dzieła równie, a może nawet bardziej wspaniałe.

 

Chociażby wielką i ładnie zachowaną, z centralną złotą stupą i licznymi mniejszymi oraz wieżyczkami o kształcie stup, pagodę Trustees z lat 1090 - 1105. Mimo murów o bieli trochę przybrudzonej przez monsunowe deszcze. Wejść do niej pilnują wielkie, kamienne pół lwy – pół smoki. Wewnętrzne zaś korytarze wyłożone są 1447 majolikowymi płytkami ze scenami z życia Buddy.

 

A to tylko jeden z wielu przykładów. W Paganie oraz jego sąsiedztwie zachowały się nie tylko stare budowle sakralne, ale również świeckie. Najstarszą jaką oglądałem, a zarazem w ogóle najwcześniejszą pamiątką, tutejszej cywilizacji jest Brama Tharaba z 849 roku, w średniowiecznych murach obronnych miasta. Przy niej zaś, wyglądająca jak doklejona, kaplica z siedzącą postacią Złotego Buddy.

 

Wchodzi się do niej po 8 stromych, kamiennych schodach. Jeszcze bardziej imponującą tutejszą budowlą jest kamienno–ceglany gmach Pitaka Taik – biblioteki z 1058 roku, przebudowany w XIII wieku. Ma on solidne mury, które zapewniały odpowiednią temperaturę i wilgotność, oraz kształt pagody nakrytej 5 poziomowym dachem. Przechowywano w niej księgi i rękopisy.

 

Wrócę jednak do pagód. Jedną z tutejszych najstarszych jest Gu Byauk Gyi. Niezwykle ważna dla historii i kultury Birmy. Znajduje się w niej bowiem, w osobnym budyneczku, kamienny słup. Na czterech bokach którego wykuto w 1103 roku identyczne w treści inskrypcje w czterech różnych, starych językach narodów zamieszkujących wówczas ten region. Co pozwoliło je dobrze odczytać i zrozumieć.

 

Jest w niej także rzadki posąg Buddy jeszcze jako księcia, w koronie i z długimi uszami. W tym zespole architektonicznym oprócz głównej, dużej pagody wzniesionej z cegieł i przypominającej średniowieczny zamek z wieżami i wieżyczkami skryty wśród starych drzew oraz plam, stoi także bardzo stara, ceglana stupa oraz nowe kaplice w kształcie pagód, a w nich ołtarze z posągami Budy.

 

Obok wejścia do głównej pagody artyści malują na kartonie różne sceny i postacie, chętnie sprzedając je po… dolarze. Zaś obok, wystarczy przejść kilka metrów po kamiennych schodach, stoi kolejny zespół dużych kamiennych stóp. Na Równinie Dwóch Tysięcy Pagód zwiedziłem w sumie kilkanaście świątyń, pagód, stup oraz ich zespołów, w każdej znajdując coś ciekawego.

 

W dużej, kamiennej Sulamani Phaya natrafiłem i oczywiście sfotografowałem stare, ale częściowo nieźle zachowane, ścienne malowidła w korytarzach. Mimo, iż również ta świątynia uległa uszkodzeniu podczas trzęsienia ziemi w 1975 roku. Przedstawiają one m.in. Buddę pilnowanego przez węże, kobiety z obręczami na szyjach oraz kwiatami w ręku, wizerunki słoni itp.

 

Nie brak w niej oczywiście również posągów Oświeconego, a nawet jego dwu dużych bliźniaczych w jednym z ołtarzy. Po przejściu kilku korytarzy oraz ogrodu otaczającego tę świątynię wyszedłem przez jedną z bram na jej tyły i zobaczyłem… kolejne dziesiątki stojących bliżej i dalej, małych i dużych pagód oraz stup innych zespołów architektonicznych.

 

W świątyni Manuha Phaya, też zabytkowej, ale z nowym pawilonem, obok dużego, pokrytego jak często to tu bywa, złotem ogromnego posągu siedzącego Buddy oraz niewielkiego, starego dzwonu zawieszonego na poprzeczce między dwoma słupami, zobaczyłem jeszcze większy, ale nowy posąg leżącego Oświeconego.

 

Pomalowanego złotą farbą oraz z nowocześnie ujętą twarzą. Wyglądającą tak, jak gdyby artysta, który ją wykonał, dopiero przed chwilą opuścił to miejsce. Pod jedną ze ścian dosyć zaniedbanego wnętrza moją uwagę zwróciły figury – postacie pary królewskiej z namalowaną za nimi na ścianie pałacem – napisy były tylko po birmańsku – lub świątynią.

 

W nowym zaś, przyległym do starej świątyni pawilonie, przygotowania do jakiejś uroczystości religijnej. Z półkami pełnymi owoców i warzyw, 10 workami ryżu po bokach oraz ogromną, co najmniej kilkusetlitrową misą, do której chyba wierni – mężczyźni i kobiety – wkładali kolejne produkty wchodząc na wysokość I piętra po przystawionych schodkach.

 

Legendami owiana jest świątynia Majandży, a właściwie cały jej ogromny kompleks. Słynny m.in. zarówno z kształtu piramidy, jak i tego, że zbudowano ją z ułożonych oraz dopasowanych bloków i cegieł bez zaprawy. A jest naprawdę potężna. Oparta na solidnych fundamentach, z których wspinają się w górę kolejne platformy. Cały zespół otoczony jest, nadwerężonym już przez czas i trzęsienia ziemi murem.

 

Złocona stupa Bupaya na nadrzecznej skarpie Irawadi w północnej części Paganu wewnątrz jego średniowiecznych murów, stanowi część zespołu pagody o tej samej nazwie. Dla łodzi i statków stanowi punkt orientacyjny. Według legendy zbudować ją miał trzeci król Paganu, Pyusawti (162-243), miałaby więc tu chyba najstarszy rodowód. Jest to jednak kwestionowane przez specjalistów.

 

Prawdopodobnie wzniesiono ją dopiero w XIX wieku. Sąsiadujące z nią pawilony i strzegące całości lwo-smoki są zdecydowanie młode. Ale skoro znalazłem się w pobliżu, trudno było nie obejrzeć i tego kompleksu. Podobnie jak nie zajrzeć, gdy pojawiła się taka okazja, do wytworni wyrobów z laki Tun Handicrafts.

 

I zobaczyć, jak z drewnianych lub wyciętych z bambusa kręgów skleja się np. miseczki czy inne naczynia, bransoletki, tace itp. A następnie wielokrotnie pokrywa się je cienkim warstwami laki, suszy i znowu pokrywa oraz maluje kolory i wzory. Aby po wysuszeniu gotowe wyroby oferować za niewygórowane kwoty do sprzedaży.

 

Zabytki oraz ich widoki na Równinie Dwóch Tysięcy Pagód okazały się nie tylko jednymi z najciekawszych miejsc, w których byłem podczas tej podróży po Birmie. Zaliczam je także do czołówki tych, które dotychczas widziałem na pięciu kontynentach. Chciałbym tu jeszcze kiedyś wrócić. I mieć znacznie więcej czasu, aby te świątynie i stupy oraz ich detale, które zdążyłem zobaczyć, a także wiele innych, obejrzeć ponownie. Przyciągają one bowiem jak magnesy, pozostawiając niezatarte wrażenia na długo.

 

Zdjęcia autora