W medinie Fezu


Widok na stare miasto- Uwaga wózek! Uwaga muł! Uwaga osioł! – takie krzyki w różnych językach towarzyszyły mojemu spacerowi po starej dzielnicy (medinie) Fezu, jednego z najciekawszych miast Maroka. Raz nie posłuchałam lokalnego przewodnika i... dostałam w głowę jedną z butli gazowych, którymi do granic możliwości objuczony był osioł. Potem oglądając zaułki mediny zwracałam baczną uwagę na miejsce w ścianie, sklepie czy sąsiedniej uliczce, gdzie mogłabym się schronić przed zwierzęcym czy ludzkim transportem.

Wjeżdżamy na jedno ze wzgórz otaczających Fez. Jest wczesny ranek. Ze wzniesienia miasto wygląda jakby nadal pogrążone było we śnie. Przed oczyma mam jedną wielką beżową plamę. Dopiero gdy wzrok przyzwyczaja się do niej, rozpoznaję poszczególne domostwa, wieże minaretów, zielone dachy ważnych budowli. Aż trudno mi uwierzyć, że tam, na dole trwa wielkie handlowanie, gotowanie, sprzątanie, zwyczajna codzienna krzątanina.

- Patrzycie na miasto, które istnieje od ponad tysiąca lat – mówi przewodnik. – Przyjrzyjcie się uważnie murom obronnym, czy fragmentom twierdzy, tam, na wzgórzu z drugiej strony. Wyobraźcie sobie, ile stoczono tu bitew, ile przeprowadzono udanych i nieudanych transakcji.

Legenda głosi, że miejsce to zostało odkryte w 808 roku przez sułtana Mulaja Idrisa II, wnuka Alego – zięcia i następcy Mahometa i córki Mahometa Fatimy, podczas jego podróży po pustyni. Sułtan długo poszukiwał odpowiedniego miejsca na założenie nowej stolicy dla swej dynastii. Gdy wybrał malowniczą dolinę u stóp górskiego łańcucha, odkupił ją od berberyjskich plemion i osobiście wyznaczył miejsca, w których miały znajdować się miejskie bramy.

Jedna z bram wejściowych do medinyFez i “naj”

Słucham uważnie opowieści przewodnika, bowiem co chwilę pada przedrostek “naj”. Dowiaduję się więc, że Fez to najbardziej intelektualne miasto Maroka. Tu znajduje się jedna z najstarszych uczelni na świecie, powstała na początku XIV wieku. Stara część miasta, czyli medina, ma najwięcej uliczek, bo ponoć aż 9200. Kobiety z Fezu uważane są za najpiękniejsze, czemu dał wyraz także obecnie panujący król Mahomed VI biorąc sobie za żonę piękną, inteligentną i dobrze wykształconą Salmę pochodząca z tego miasta. Tych “naj” było jeszcze wiele, ale nie zdołałam wszystkich zapamiętać.

Butlą w głowę

Wkraczamy w uliczki, których ze wzgórza nie było widać. Nic dziwnego, większość ulic w medinie to bardzo wąskie korytarze pośród kamienic, niekiedy szerokie na... jednego człowieka. Rozpoczynamy spacer po labiryntach mediny. Wszyscy trzymamy się razem, bo odnaleźć tu wyjście wydaje się naprawdę niemożliwe. Oprócz polskiego przewodnika, z grupą chodzi jeszcze kilku marokańskich pomocników. Początkowo nie bardzo rozumiem po co nam ta “obstawa”, po kilku minutach wszystko jest jasne. W ogromnym tłoku, ścisku, hałasie tylko miejscowi mogą nad nami zapanować, tylko oni dostrzegą zgubę zaplątaną w jakiś korytarz. Buszma, mężczyzna chudy i niski, oczy ma z każdej strony głowy. Donośnym głosem krzyczy co chwilę po polsku: Uwaga wózek! Uwaga muł! Uwaga osioł! Ostrzega nas, że po takim okrzyku natychmiast musimy przykleić się do ściany budynku, wejść w napotkaną bramę, do sklepu czy warsztatu, inaczej bowiem będziemy narażeni na stratowanie. Raz nie posłuchałam Buszmy i dostałam butlą gazową w głowę. Ogromną ich ilość niósł osiołek poganiany przez właściciela nie zwracającego zupełnie uwagi na przechodniów. Gdy ból minął, a guz przybrał wielkość śliwki, zrozumiałam, że po medinie nie można w inny sposób transportować towarów niż na plecach tragarzy, grzbietach zwierząt, lub na niewielkich wózkach. Jeżdżą tu także rowerzyści i motorowerzyści, ale tylko po tych nieco szerszych uliczkach.

Ciasne uliczki medinyKury, ślimaki i gołębie

Nie nadążam robić zdjęć, nie mogę napatrzeć się na niezwykle dla mnie egzotyczne obrazki, bo co chwilę przewodnik pokazuje coś innego, coś jeszcze ciekawszego, bardziej interesującego. Tuż przy bramie do mediny obserwuję siedzących nieruchomo sprzedawców kur. Jeśli chcesz, mężczyzna zabije kurę na twoich oczach i błyskawicznie oskubie ją z piór. Kilka metrów dalej kilkunastoletni chłopiec przebiera ślimaki – marokański przysmak, siedząc na ziemi obok sterty muszelek. W głębi podwórka, gdzie w klatkach trzepocze inny przysmak – gołębie, oglądamy dawny “hotel”, gdzie zatrzymywali się kupcy przybywający do “stolicy handlu i rzemiosła”, jak wciąż mówi się o Fezie. Warunki są tu zdecydowanie gorsze niż spartańskie...

Innowiercom wstęp wzbroniony

Schody prowadzące do meczetuMedina podzielona jest na kilka części. Każda z dzielnic, niezależnie od ilości mieszkańców, ma swój meczet, piekarnię, do której mieszkańcy przynoszą przygotowane ciasto na pyszny okrągły i płaski chleb, fontannę, przy której można się ochłodzić i łaźnie, oddzielne dla mężczyzn i kobiet. Najważniejszym meczetem jest tu Kajrawijin wzniesiony w 862 roku i rozbudowany w pierwszej połowie XII wieku. Może on pomieścić około 20 tysięcy wiernych. Niestety, do środka wolno wchodzić tylko muzułmanom, innowiercom wstęp wzbroniony. Dlaczego? Okazuje się, że prawo to wprowadził pierwszy rezydent francuski Maroka na początku protektoratu francuskiego w tym kraju. Powodem były doświadczenia w Algierii, gdzie bezczeszczenie meczetów przez Francuzów i ich wyśmiewanie się z islamskich obrzędów doprowadzały niejednokrotnie do krwawych starć. Mimo iż Maroko odzyskało całkowitą niepodległość w 1956 roku, zarządzenia tego nie odwołano do dziś. Patrzę więc na modlących się stojąc przy bramie. Ludzie siedzą na posadzce, leżą, niektórzy śpią, niektórzy rozmawiają ze sobą. Wiarę w Boga można wyznawać przecież w różny sposób...

Wakacyjna szkółka

Trafiamy do wytwórców pledów z wielbłądziej wełny. Oglądamy koce z niebarwionych nici i tych farbowanych. Właściciel sklepu częstuje nas miętową, słodką herbata, i mimo iż nikt nie dokonał zakupów, zaprasza na taras swego domostwa, by z jego perspektywy obejrzeć starówkę Fezu. Widok raczej nieciekawy, bo głównymi elementami obrazka są dachy z wywieszonym praniem i talerzami telewizji satelitarnej.

Mijamy warsztaty kowalskie, krawców szyjących proste męskie i damskie odzienie, szewców błyskawicznie zszywających płaty kolorowej skóry na charakterystyczne marokańskie klapki – bambusz, aż wreszcie do naszych uszu, mimo ogromnego hałasu docierają dziecięce głosiki śpiewające jakąś francuską piosenkę. – To wakacyjna szkółka dla najmłodszych – tłumaczy przewodnik. – Dzieciaki uczą się w niej między innymi języka francuskiego. Szkółka utrzymuje się wyłącznie z datków, jakie zostawiają odwiedzające je osoby. Jeśli nie macie drobnych, kupcie dzieciakom batonika w stoisku ze słodyczami.

Nie mam drobnych, mam za to torbę pełną polskich cukierków, bez których nie ruszam się w żadną egzotyczną podróż. Wchodzę do malutkiej klasy i z wielką przyjemnością patrzę na uśmiechnięte buziaki kilkuletnich dzieci. Mali uczniowie zobaczywszy torbę cukierków, z całych sil wyśpiewują swoją piosenkę. Uciekam z klasy, by zrobić miejsce innym turystom.

Męczący upał

Osioł to najpopularniejszy środek transportu w starym mieście

Wielu kolegów ma odciski na stopach od koła wózka, czy kopyta muła. Ktoś poślizgnął się na mokrej kamiennej dróżce i uderzył twarzą o ziemię. Ktoś zapatrzył się na jakiś warsztat i został z tyłu. Powoli zaczyna męczyć mnie medina, ale nie mam możliwości samotnie jej opuścić. W upale, pośród aromatów ziół, przypraw, owoców brnę po wąziutkich uliczkach patrząc z uwagą na Buszmę. Mam nadzieje, że nie zginę.

Upał daje się coraz bardziej we znaki. Jest sierpień, a więc jeden z najgorętszych miesięcy. Rankiem termometr wskazywał w cieniu 36 stopni Celsjusza, teraz, blisko południa na pewno słupek rtęci podskoczył grubo ponad 40 stopni. Co chwilę kupuje butelkę wody mineralnej i piję ją łapczywie, choć po pewnym czasie mam wrażenie, że w moim żołądku zaraz zaczną kumkać żaby. Wiem, że w takim gorącu nieprzyzwyczajony do upału ludzie łatwo się odwadniają, czego doświadczyłam kiedyś w innym równie gorącym kraju.

Luksus na własne potrzeby

Sprzedawcy kur mogą je na miejscu zabić i oskubaćPrzewodnik chyba wyczuwa, że większość z nas zmęczyła już ta gonitwa po starym mieście, bo w pewnym momencie wprowadza nas na dziedziniec jednego z domostw. Patio jest ocienione, a na jego środku bije chłodna woda z fontanny. – Chciałem byście zobaczyli, jak wyglądają te nieciekawe z zewnątrz domostwa – mówi. – Taki jest styl Marokańczyków, którzy prawdziwe piękno, elegancję, wygodę. luksus zachowują wyłącznie dla siebie.

Faktycznie w krajach arabskich domy z zewnątrz wyglądają bardzo nieciekawie. Otoczone murem, albo ścianą bez okien sprawiają wrażenie brzydkich, czy nawet obskurnych. Walające się niekiedy przed bramami śmieci dopełniają tego nieciekawego obrazu. Diametralna zmian następuje, gdy przekroczymy drzwi. Patia, czyli podwórka osłonięte od słońca czworokątem ścian, bardzo często wyłożone są barwnymi płytkami ceramicznymi, w donicach rosną kwitnące krzewy, na środku bije fontanna. W pokojach jest czysto i bardzo wygodnie. A o tym, że mieszkańcy Maroka lubią wygodę w domu, świadczy chociażby ilość ulicznych reklam, które polecają najbardziej miękkie, gładkie, przyjemne... materace i poduszki.

Łby baranie i bizuteria

Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej ulicami mediny, która nie zmieniła swego wyglądu od setek lat. Nie zmieniły się nie tylko ulice, budynki czy warsztaty, ale i zwyczaje ludzi. Mijane kobiety są ubrane w długie szaty, twarze maja często całkowicie zasłonięte, albo znad chusty założonej na twarz wystają jedynie oczy. Mężczyźni w długich dżillabach i żółtych bambusz na nogach nie spieszą się, sennie krocząc do sobie tylko znanego celu.

Mijamy stoiska z mięsem. Na wystawie wiszą łby baranie i krowie. Potem napotykamy stoiska z niezliczoną ilością kolorowych przypraw, ryb, oliwek i słodyczy. Oglądamy błyszcząca biżuterię z metali szlachetnych i nieszlachetnych, wyroby z ceramiki i mosiądzu.

Farbki dla olbrzymów

 W dzielnicy garbarzy i farbiarzy skór praca wre od świtu

- Wejdźcie do tego budynku i od razu kierujcie się na dach – krzyczy przewodnik wskazując wąziutki korytarzyk. Wspinamy się gęsiego nieco zdziwieni, że stojący przy wejściu mężczyzna każdemu z nas wręcza gałązkę świeżej mięty. – Pewnie to rodzaj powitania – myślę i wdrapuję się na kolejne piętro. Już po chwili gałązkę przykładam do nosa. Nie wiadomo skąd, nadszedł tak ostry i nieprzyjemny zapach, że złagodzić go może jedynie ta “miętowa maska”. Sprawa wyjaśnia się, gdy wydostajemy się na taras. W dole, w ogromnych kadziach pracują garbarze i farbiarze skór. Na wielopoziomowych tarasach i podwóreczkach obserwuję setki kadzi wypełnionych jaskrawymi płynami. Z daleka wyglądają one jak farbki dla olbrzymów. Jaskrawa czerwień, żółć, zielenie, błękity aż biją po oczach. Na placu nie ma ani krzty cienia. Nie wiem, jak mężczyźni tam pracujący wytrzymują skwar i smród. Dowiaduję się, że jest to jedno z najgorszych zajęć i najsłabiej wynagradzanych w Maroku.

Wracam do klimatyzowanego pokoju hotelowego i zapadam w drzemkę. Śni mi się, że błądzę po medinie i trafiam do kadzi z czerwoną farba. Budzę się natychmiast przerażona gmatwanina moich sennych myśli. Cieszę się, że medinę odwiedzam jedynie jako turystka. Mieszkać tam na pewno bym nie chciała.