BEZDROŻA: „ZAISTNIENIA” PIOTRA STRZEŻYSZA, CZYLI PODRÓŻ JEST WSZYSTKIM, CEL NICZYM

Piotr Strzeżysz od około 30 lat jeździ po świecie rowerem, pokonując dziesiątki tysięcy kilometrów drogami i bezdrożami różnych krajów i kontynentów. W jakim celu? Tego sam nie wie, po prostu taki wybrał sobie sposób życia, gdyż nieustannie dokądś „nosi go”. „Za miesiąc – zapowiada w wyróżnionych nagrodami Magellana i Bursztynowego Motyla „Powidokach” (2014), trzeciej książce – relacji z tych podróży wydanej przez Bezdroża, znów ruszam w drogę. Po co? Na dobrą sprawę – nie wiem. Za każdym razem, kiedy gdzieś się wybieram, zadaję sobie to samo pytanie. I często buduję różne odpowiedzi, które wcale nie muszą być prawdziwe, czy też wcale nie chcą same z siebie stać się prawdziwe. Może gdybym znalazł właściwą odpowiedź, przestałbym się włóczyć?”. Wydane właśnie „Zaistnienia” są jego piątą książką. Nie czytałem, zapewne wydawnictwo nie przysłało mi jej do recenzji albo, gdy ukazała się, byłem gdzieś w świecie, tylko drugiej: „Makaron w sakwach” (2012). Pozostałym poświęciłem obszerne recenzje, które nadal można przeczytać w naszym portalu. Pierwsza, wydana w 2011 r. „Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata”, była relacją z dwu samotnych podróży po Chinach, Tybecie i Nepalu w odstępie kilku miesięcy.

Przy czym już zawierała to, co stało się treścią następnych. Autora bardziej interesowała sama podróż, pokonywanie w tak trudnych terenowo i klimatycznie warunkach przestrzeni rowerem, niż kraje, które przemierzał. Podróżowałem po tamtych stronach, chociaż nie rowerem, trochę przed nim i trudno mi było zrozumieć, jak np. w Lhasie, stolicy Tybetu, będąc obok historycznej, chociaż zamienionej w muzeum, siedziby dalajlamów, Pałacu Potala, mógł nie zwiedzić go. Podobnie jak podczas trzech pobytów w Pekinie nie zainteresować się chociażby najważniejszymi tamtejszymi zabytkami. Był, co prawda, w świątyni Joghang i klasztorze Sera w tybetańskiej stolicy, ale pominął inne, bardzo ciekawe zabytki i miejsca, chociaż są dostępne dla turystów. Ale autora interesowała przede wszystkim jazda, trochę też ludzie. Chociaż każdy, kto był w tamtych krajach wie, że bliższe kontakty z mieszkańcami są, ze względu na bariery językowe, praktycznie niemożliwe. W pierwszej książce tego autora, była jednak, wzbogacająca ją, blisko setka zrobionych przez niego kolorowych zdjęć. Znalazłem w niej również sporo opisów, które można zaliczyć do podróżniczych.

Podobnie w „Powidokach”, zawierających relacje z wybranych podróży po Polsce i świecie odbytych na rowerach i pieszo w ciągu 25 lat. Głównie jednak z drogi, która dla autora cały czas trwa, nawet, jeśli musi gdzieś zatrzymać się na chwilę. Czytelnik nie znajdował w tej książce niemal zupełnie typowych relacji z wypraw poznawczych czy turystycznych, nie tylko rowerowych. I chociaż autor odwiedził wiele krajów, ani jednego opisu zabytku. Tylko jakieś przypadkowe miejscowości czy, chyba na zasadzie wyjątku, muzeum. To, co bywa przeważnie głównym celem i sensem podróży, czyli poznawanie zabytków, miejsc, krajobrazów, mieszkańców, lokalnej kultury, obyczajów, smaków kuchni, wydawało się go w ogóle nie interesować. Autora pasjonowało przede wszystkim ciągłe przemieszczanie się, spotykanie nowych, ale także już wcześniej poznanych ludzi. Z którymi rozmowy, ich przyjazne słowa, gesty, czy udzieloną mu pomoc, pamiętał nierzadko po latach. I przeżywał je głęboko.

„Sen powrotu” (2016) stanowił częściową kontynuację „Powidoków”. Opisywana podróż była już trzecią próbą autora przejechania przez obie Ameryki z Anchorage na Alasce, na południowy kraniec Patagonii. Pierwszą przerwał w Las Vegas. Drugą po wypadku w Fall City w Kanadzie i złamaniu rzepki kolana oraz konieczności powrotu do kraju, poddania się operacji i kilkumiesięcznej rehabilitacji. Tę trzecią koło miasteczka Ushuaia tuż przed wyznaczonym celem, już w Ziemi Ognistej. Dlaczego? Chyba ani wówczas, ani później tego nie wiedział.

Od celu mojej podróży – napisał, położonego na krańcu Ziemi Ognistej miasteczka Ushuaia, dzieliło mnie nie więcej niż trzy dni drogi. I wtedy zawróciłem. Zatrzymałem się, odwróciłem rower i pojechałem w drugą stronę, do Punta Arenas, skąd z dwiema przesiadkami, w São Paulo i Londynie, wróciłem do Polski. Dlaczego? Dlaczego nie dojechałem do końca? Przecież po to wyjechałem. Chciałem przejechać obie Ameryki rowerem. Dotrzeć na przysłowiowy koniec świata. No przecież chyba po to było to wszystko? … Po cóż inaczej miałbym w ogóle ruszać się z domu? Po cóż tyle dla tej podróży poświęcić? Tyle, że im bardziej zbliżałem się do celu, im wyraźniej widziałem siebie na końcu tej drogi, tym bardziej ten cel się rozmywał, a jego tak zwane osiągnięcie, ta złudna, chwilowa zbieżność podmiotu z przedmiotem pożądania, zaczęło wydawać mi się zupełnie nieistotne i na dobrą sprawę śmieszne. Jednocześnie wzbierało we mnie ogromne pragnienie przedłużenia tej drogi. Chciałem, żeby trwała, żeby niosła mnie dalej…”.

„Zaistnienia” są, w pewnym stopniu, kontynuacją „Snu powrotu”. Relacją z 16 miesięcznej podroży rowerem z Ushuaia na północ, aż do miejsca z Kanadzie, w którym przerwał drugą podróż przez oba amerykańskie kontynenty. Z trochę mglistym zakończeniem w przedostatnim rozdziale: „Robi się coraz chłodniej. Robi się coraz ciszej. Zanim nadejdzie zima i leśny świat wypełni się mroźnym bezruchem, dotrę na Alaskę. Najchętniej znów nigdzie bym nie dojeżdżał. Pojeździł jeszcze trochę, pobył ze światem. Niestety, to niemożliwe”. Na Alaskę jednak nie dotarł, chociaż z niej rozpoczął pierwszą podróż do Ziemi Ognistej. Ale, etapami, zrealizował pierwotny pomysł przejechania rowerem z jednego na drugi kraniec obu amerykańskich kontynentów. Piąta książka Piotra Strzeżysza składa się ze wstępu, zakończenia i 14 rozdziałów – tematów, rozpoczynających się na „Z”. Zatęsknienia. Zapatrzenia. Zamyślenia. Zagoszczenia. Zaciemnienia. Zaiskrzenia. Zaślepienia. Zawężenia. Zatracenia. Zamarzenia. Zadawnienia. Zadomowienia. Zadziwienia. Zapętlenia. Każdy stanowi jakiś temat, jak błysk flesza, wspomnień z któregoś fragmentu podróży, miejsca, spotkania z ludźmi. Niekiedy z odniesieniami do wcześniejszych.

Poza nic, albo niewiele znaczącymi nazwami miejscowości i miejsc, nie ma w tej książce podróżniczego tła. Raz relacja dotyczy Argentyny, następna Boliwii, inna jazdy przez Peru do Ekwadoru przez amazońską selwę, czy kolumbijską dżunglę. Są ładnie opisane banalne fakty czy obserwacje. Trochę – i te są najciekawsze – spotkań z ludźmi, chociaż nie zawsze życzliwymi, np. w przypadku rabusiów czy bandytów na motocyklu, którym autorowi udało się uciec. Wspomniana mimochodem jest jakaś Fidrygałka, zapewne dziewczyna lub kobieta, z którą autor przejechał fragment trasy. Ale czytelnik nie dowiaduje się o niej praktycznie niczego. Kim była, dlaczego jechali razem i rozdzielili się? Ciekawe jest spotkanie z Elvisem, 60 letnim Indianinem, posiadaczem, jak się przedstawiał, 5 żon i 16 dzieci oraz opowiedziana przez niego indiańska bajka o biednej sierocie i złych siostrach myśliwego – rybaka. Z Magikiem, „złotą rączką” naprawiającym autorowi rower i jego zdolnościami prestidigatatorskimi. Ze strażnikiem marketu, który nie chciał rowerzysty wpuścić do środka z gołym torsem. O człowieku stojącym na bazarze w La Libertaded w Salwadorze.

Jest wizyta, bez zapowiedzi, w domu ludzi, którzy podróżnika gościli przed trzema laty, a trafił na gospodarza w otwartej trumnie i stypę, pomylony z kimś innym. Spotkanie w meksykańskiej Guadalajarze z producentami rowerów z bambusowymi ramami, których przyszli nabywcy muszą uczestniczyć przynajmniej przez kilkanaście godzin w pracy nad takim rowerem. O spotkanych życzliwych Polakach w Kanadzie i trochę podobnych. Trochę banalnych scen i historyjek, które mogłyby dziać się wszędzie i nigdzie. Jak na książkę w założeniu chyba podróżniczą, o wiele za mało. Napisana jest jednak, podobnie jak poprzednie tego autora, ładnie, z bogactwem języka. Chociaż w trakcie jej lektury parokrotnie musiałem po przeczytaniu słowotoku pięknych zwrotów zrobić to ponownie, aby zrozumieć, o co chodziło autorowi. Recenzując „Sen powrotu” napisałem:

„Można oczywiście wybrać i taki sposób życia oraz podróżowania. Ja preferuję inny. Z licznymi, ale aktywnymi, nie tylko liczonymi w przebytych kilometrach, podróżami. Poznawczymi, wzbogacającymi o nowe fakty, odwiedzone zabytki i ciekawe miejsca, obejrzane piękne krajobrazy, widoki przyrody. A przede wszystkim o kontakty z nowymi ludźmi, poznawanie, nawet, jeżeli najczęściej jest to tylko powierzchowne, życia oraz obyczajów różnych narodów i społeczności, również ich kuchni. Dla mnie to stanowi sens podróżowania po kraju i świecie. A także czytania o podróżach odbytych przez innych. Przykro mi, ale lektura „Snu powrotu” praktycznie nie wzbogaciła mnie o nowe fakty czy opisy doznań”.

Jeszcze mocniej mogę to powtórzyć w przypadku „Zaistnień”. Chociaż nie wykluczam, że inni czytelnicy mogą być tą książką zachwyceni. Szkoda, że nie zawiera ona zdjęć (poza wykorzystanym na okładce), bo autor w kilku miejscach pisze o ich robieniu, ale i o zalaniu aparatu wodą. A to, co opublikował w „Campie w sakwach” świadczyło, że potrafi fotografować. Po przeczytaniu najnowszej chwilę zastanawiałem się, co przyniosła mi jej lektura. Niestety, zaledwie kilka, nieznanych mi wcześniej, faktów i informacji. O przemycie Kubańczyków do USA drogą okrężną przez kraje Ameryki Środkowej i Meksyk. Wspomnianych rowerach z bambusowymi ramami, chociaż całe, łącznie z kołami i pedałami, wykonane z drewna, wcześniej widziałem w Muzeum Polesia w Pińsku na Białorusi i chyba również w którymś z naszych muzeów etnograficznych.

O prawnym zakazie w USA dokarmiania bezdomnych oraz traktowaniu tam rowerzystów jeżdżących z sakwami jak kloszardów. Czy jak, tamże, rozstawiać namiot „na dziko”. O ogromnych amerykańskich kamperach RV – recreational vehicle, wożących nie tylko rowery, kajaki czy pontony, a na dachach także po kilka quadów, ale również ciągnących samochód osobowy do poruszania się nim w okolicy miejsca biwakowania. Bo tak wielkich domów na kółkach jeszcze nie widziałem na turystycznych szlakach innych kontynentów. I jeszcze jedno, chociaż nieinteresujące mnie osobiście, bo nie uprawiam turystyki rowerowej. O domach noclegowych dla rowerzystów w Kolumbii i Meksyku. Niewiele jak na kilka godzin lektury, chociaż przyjemnej, bo, jak już wspomniałem, Piotr Strzeżysz pisze swoje książki ładnym, bogatym językiem.

ZAISTNIENIA. Autor: Piotr Strzeżysz. Bezdroża, wydawnictwo Helion, wyd. I, Gliwice 2020, str. 143, cena 34,90 zł. ISBN 978-83-283-6456-1