BEZDROŻA: MANASLU MONIKI WITKOWSKIEJ

Niewiele ponad rok po udanym wejściu Moniki Witkowskiej i Joanny Kozaneckiej na szczyt Manaslu (8156 m n.p.m.) w nepalskich Himalajach, ósmą pod względem wysokości górę świata, ukazała się książkowa relacja pierwszej z nich z tej wyprawy. Himalaistki i żeglarki z dużym dorobkiem oraz osiągnięciami w obu tych dziedzinach. Ponadto przewodniczki górskiej i pilotki wycieczek, trekkingów oraz wypraw. A także, może nawet przede wszystkim, dziennikarki i autorki wielu książek podróżniczych, z których część recenzowałem już na naszych łamach. Jej największe osiągnięcia wspinaczkowe to zdobyta Korona Ziemi, czyli wejście na najwyższe szczyty wszystkich kontynentów i trzy himalajskie ośmiotysięczniki. Bo poza Mount Everestem i Manaslu, weszła jeszcze po tym drugim w kilka miesięcy później na szczyt Lhotse (8516 m n.p.m.) Zdobyła również sporo niższych, trudnych szczytów górskich na kilku kontynentach. Jako żeglarka dwukrotnie opłynęła jachtem sławny Przylądek Horn na skrajnym południu kontynentu południowo amerykańskiego, Atlantyk i Pacyfik, Przejście Północno – Zachodnie między Grenlandią i Alaską, pływała też w wielu innych miejscach. Zaś jako podróżniczka – globtroterka była już chyba w ponad 180 krajach świata, w niektórych wielokrotnie.

 

Najnowsza książka Moniki, to podobnie jak poprzednie napisane przez nią po znaczących wyprawach górskich i morskich, nie jest zwykłą relacją czy dziennikiem podróży. Chociaż oparta została w niemałym stopniu, z zachowaniem dat i miejsc, na zapisach w blogu, który pisała w miarę możliwości na bieżąco.. Śledzonym zarówno przez liczne grono jej przyjaciół i wielbicieli, jak i trolli, czy przynajmniej niezbyt jej przychylnych czytelników. Bo jest to przecież współcześnie odwrotna strona sukcesów. Autorka wzbogaca swoje książki, a więc i tę, mnóstwem dodatkowych informacji zdobywanych już po powrocie z wyprawy, komentarzy w odnośnikach do niekiedy krótkich zapisów dziennych, a także niezliczonych obserwacji miejsc, w których przebywa, spotykanych ludzi, tamtejszych krajobrazów, przyrody itp. No i ciekawostek. W przypadku „Manaslu” są to nie tylko włamane w tekst w ramkach na kolorowym tle informacje np. o polskich zdobywcach tej góry z kalendarium poszczególnych wejść 22 naszych himalaistów, w tym 6 kobiet. Za świetny pomysł uważam wstawienie w tekst książki obszernych, 22 – 13 stronicowych, rozmów autorki z uczestnikami pierwszych polskich wejść na tę górę.

Ryszardem Gajewskim, który wraz z Maciejem Berbeką zdobyli ją w zimie, 12 stycznia 1984 r., bez wspomagania tlenem, I Krzysztofem Wielickim, który na szczycie Manaslu stanął, wraz z Aleksandrem Lwowem, 10 listopada tegoż roku, wchodząc również bez tlenu nową, południową drogą. Wspomniane „ramki” w książce, to bardzo wzbogacająca ją, ogromna porcja informacji i ciekawostek. Jest ich 22, część ponad stronicowej objętości i już same tytuły większości z nich budzą zaciekawienie oraz zachęcają do lektury. M.in. „Pochodzenie alkoholu według Nepalczyków”; „O posępnych sępach, które wcale nie sępią”; „Biała śmierć. Tlenu, tlenu brak!”; „Krwawa jatka, czyli kto zabił króla? (Nepalu, i jego rodzinę, 1.6.2001 r.). Czy nepalskie bajki: „Demonka, co anielicą została” i „O ukaranym przez lamę złodzieju”. Podstawowa treść książki, to oczywiście opis i relacja z tej wyprawy. Nie był to samotny wyczyn dwu polskich himalaistek, chociaż jego hasło „Baby górą” miało podkreślić, i chyba się to udało, że także kobiety coś potrafią osiągnąć w najwyższych górach.

Chociaż, co parokrotnie podkreśla w książce Monika, himalaizm kobiecy jest traktowany u nas w kraju po macoszemu. A na ile ją znam, od chyba już blisko 30 lat, nie „marudzi” bezzasadnie. Historię tej wyprawy zaczyna od tego, jak w ogóle wpadła na pomysł, aby kolejnym 8-tysięcznikiem, na który postanowiła wejść, stała się właśnie ta góra. Po prostu zobaczyła ją w drodze z Katmandu do Pokhary i zachwyciła się nią. Rozumiem ją, gdyż również na mnie jej widok z oddali zrobił ogromne wrażenie, nie mniejsze jak oglądany z dachu jednego z hoteli w Pokharze szczyt Annapurny w promieniach wschodzącego słońca. Chociaż aż tak wysoko nigdy mnie nie „poniosło”. Autorka dzieli książkę na kilka chronologicznych części. Od narodzenia się pomysłu tej wyprawy i zbierania informacji o niej oraz warunkach wspinaczki na Manaslu („Na dobry początek”), wśród których cena uzyskania zezwolenia na nią („tylko” 10 tys. dolarów) też odegrała rolę.

Później opisuje paromiesięczne przygotowania. Kondycyjne, sprzętowe i gromadzenia środków, w tym od sponsorów. Z wieloma problemami, ale i zabawnymi sytuacjami. Króciutko o przelocie do Katmandu, z odwiecznym, nie tylko w przypadku tej wyprawy, problemem jak „przepchnąć” do samolotu ogromną nadwyżkę bagaży, nie rujnując budżetu. I dosyć obszernie, na ponad 60 stronach, o trekkingu do bazy Manaslu Base Camp. Już w grupie międzynarodowej, zorganizowanej przez jedną z tamtejszych, wyspecjalizowanych agencji wspinaczkowych. Wyprzedzając bieg wydarzeń wspomnę, że spośród 15 uczestników, nie licząc Szerpów, tej wyprawy, 9, w tym 4 kobiety, stanęła na szczycie. I nikt nie zginął ani nie poniósł poważniejszych obrażeń. Jej bilans okazał się więc bardzo pozytywny. Jak przebiegała droga do tego sukcesu, o tym autorka pisze dosyć szczegółowo. Z opisem koszmarnych w większości nepalskich dróg, a zwłaszcza zabójczego, dosłownie, ruchu drogowego na nich. Warunków terenowych i pogodowych oraz problemów z tak, wydawałoby się prostymi czynnościami, jak zdjęcie z siebie nadmiaru odzieży, gdy po lodowatej nocy czy poranku mocniej przygrzeje słońce.

Ci czytelnicy, którzy po raz pierwszy z tej książki dowiadują się o realiach takich wypraw, otrzymują spora dawkę informacji, nierzadko szokujących. Np. o „odwrotnej stronie” jedzenia i picia w regionach, w których nie mogą pozostać nawet niewielkie śmieci. A w przypadku licznych turystów chińskich, bo wielu z nich, wobec znikomego przygotowania do takich wypraw, trudno nazwać wspinaczami, jest ich dużo i na każdym kroku. Sprzątają je, dosyć gruntownie, bo kary są ogromne, pracownicy agencji organizujących wyprawy i miejscowi. Znosząc w dół, w beczkach, także… fekalia. To tylko drastyczny przykład. Ale przecież podczas wypraw w tak trudnych warunkach są również problemy z higieną osobistą, opadami, trudnościami terenowymi, skaczącymi, czy raczej spadającymi głęboko poniżej zera temperaturami. A także z aklimatyzacją oraz groźnym dla zdrowia i życia niedotlenieniem. Które w przypadku Moniki omal nie skończyło się bardzo źle. Ale o tym za chwilę.

Relacja z trekkingu do bazy wyjściowej, a następnie przygotowań w niej do akcji górskiej i ataku szczytowego, to mnóstwo faktów i wydarzeń składających się na realia himalaizmu. W tle z wioskami i ich mieszkańcami oraz spotykanymi na szlakach znanymi, lub nieznanymi wspinaczami. Na czytelnikach zapewne zrobią wrażenie również opisy warunków, w jakich żyje tamtejsza ludność. Transportu: na grzbietach koni, częściej osłów i mułów, ale nadal w niemałym stopniu barkach ludzi wszystkiego, co tam, w górze jest potrzebne. Przy czym w miejscach, które opisuje autorka, tragarzami są przeważnie kobiety, już nawet 16-letnie, noszące po 30 i więcej kilogramów za jednym razem. Mające np. w okolicach miejscowości Samagaun na szlaku trekkingowym, zagwarantowany przywilej otrzymywania takiej pracy, a więc i szansy zarobku. Idący z grupą Szerpowie z innych stron w takich miejscach odpoczywają. Sama baza wyjściowa też może budzić zaskoczenie. W na wysokości 4800 m, do której grupa autorki dotarła po 8 dniach od opuszczenia Katmandu, równocześnie było jeszcze 18 innych. Łącznie 198 wspinaczy i wspinaczek, którzy otrzymali na to zezwolenia. I niemal tyle samo namiotów, nie licząc nepalskiej obsługi.

Każdy uczestnik wypraw przechodzi aklimatyzację, wchodzenie w tym celu i schodzenie do kolejnych, wyżej położonych obozów. Czekając na „okienko pogodowe”, czyli szansę na warunki umożliwiające podjęcie ataku szczytowego, uczestniczy w buddyjskim obrzędzie pudża mającym skłonić duchy gór do łaskawości. Z udziałem lamy, darami dla duchów: miejscowym alkoholem, rumem, whisky, piwem, słodyczami, które później spożywa lama i uczestnicy obrzędu. Czekanie na pogodę odpowiednią do ataku szczytowego w takim tłumie, a przecież Manaslu nie jest najbardziej obleganym 8-tysięcznikiem w Himalajach, to ogromne wyzwanie. Zaś opis tego najważniejszego momentu podczas każdej wyprawy jest, w przypadku dwu polskich himalaistek, dosyć dramatyczny. W „wąskich gardłach” ostatniego odcinka trasy robiły się kolejki i korki, zwłaszcza za nieprzygotowanymi w większości do takich wypraw Chińczykami. Na tyle zamożnymi, aby zapewnić sobie maksymalnie pełną opiekę nepalskich przewodników. Łącznie z ubieraniem takich „himalaistów” w kombinezony, zakładanie im butów wspinaczkowych i raków itp.

Monika i jej towarzyszka wspinaczki na szczyt wchodziły, tak jak większość pozostałych, ze wspomaganiem tlenowym. Dodatkowe 2 butle na wymianę niósł, a raczej miał nieść, przydzielony im Szerpa. Ale okazał się, delikatni to mówiąc, bez kondycji. Nie nadążał za polskimi himalaistkami. A gdy dotarł grubo po nich pod sam szczyt, nie zainteresował się, gdzie są i czy mają czym oddychać. A one marzły stojąc w kolejce za nieudolnymi Chińczykami na ostatnim podejściu na sam szczyt. Każdy na górze chciał zrobić przynajmniej trochę zdjęć, co też wymagało czasu. A tlen w butli kończył się. Gdy Monika dotarła do celu, z niedotlenienia straciła tam przytomność. W zejściu, czy raczej zniesieniu trochę niżej, pomógł jej oraz drugiej z Polek, Aśce, obcy Szerpa z innej wyprawy i podzielił się własnym tlenem. Ale w pewnym momencie zabrakło go i tej drugiej. Pełny dramatyzmu jest opis, jak przez pewien czas oddychały zmieniając się dostępem do ustnika butli. Skończyło się dobrze, bo odnalazł się Szerpa z „ich” rezerwowymi butlami, ale mogło być naprawdę źle. A ten tragarz – nieudacznik miał im towarzyszyć aż na sam szczyt, otrzymując za to 1200 dolarów!

Ten opis zmagań na szczycie z brakiem tlenu czyta się naprawdę w napięciu, chociaż czytelnik wie, że skoro Monika mogła o tym później napisać, to musiały się one skończyć dla niej dobrze. Ciekawe są też opisy trekkingu powrotnego – w dół. Bo zdobywczynie Manaslu nie wracały śmigłowcem, lecz tak, jak dotarły do bazy, również wracały na własnych nogach. Wynikało to nie tylko z konieczności oszczędzania, bo nie jest tu usługa tania, lecz sposobu wędrowania po górach i zdobywania najwyższych szczytów preferowanego przez autorkę i jej kompankę. „Nie zależy mi – napisała we wstępie do tej książki – na samym „zaliczaniu” (góry), bardziej cenię poznawanie, możliwości dowiedzenia się czegoś o miejscu, w które trafiam, obserwowanie flory, zwierząt, ludzi, a także wyciąganie wniosków, kształtowanie charakteru i tak po prostu – ładowanie bliskością natury moich wewnętrznych akumulatorów”. Ta droga powrotna z krainy śniegów w tropiki też zresztą okazała się ciekawa, wielokrotnie zaskakująca, gdyż zupełnie inną trasą niż podchodziły. Z ładnymi opisami i scenami. Chociażby starej, samotnej nepalskiej kobiety gdzieś na wsi, potrzebującej kontaktu z kimś innym, nawet nie mogąc z nim porozmawiać wobec bariery językowej.

Czy stosunku miejscowych do chłopca z zespołem Downa. Przyszedł, napisała Monika, do lokalnej restauracji gdzieś w górskiej wiosce, dając do zrozumienia, że jest głodny i chciałby coś zjeść. Nikt go nie przegonił, dostał do obrania wiadro ziemniaków, i poczuł się doceniony. A gdy skończył, gospodarze podziękowali mu, posadzili przy stole i obsłużyli tak jak innych gości. Z przyjemnością przeczytałem też opis sceny z momentu tuż przed wejściem na szczyt. Autorka z przerażeniem stwierdziła, że „siadła” jej bateria w aparacie fotograficznym. Akurat ze szczytu schodziła znajoma Hinduska, więc zapytała ją spontanicznie: czy nie pożyczyłabyś mi swojego? A ta bez chwili wahania podała go, chociaż miała w nim cenne zdjęcia z pierwszego wejścia na 8-tysięcznik. Podobnie ciekawych faktów, wydarzeń, scen, obserwacji itp. jest w tej książce mnóstwo. Napisana została ciekawie, ładnym językiem, ale to u Moniki standard. Oprócz wspomnianych informacji i ciekawostek w ramkach, wzbogaca ją ponad 260 kolorowych zdjęć. Zarówno dokumentujących przebieg tej wyprawy, umieszczonych we właściwych miejscach, jak i pięknych widoków himalajskich szczytów, pokrytych lodowcami zboczy oraz dolin, a nawet, w niższych partiach, jezior.

Dobrze można śledzić trasę tej wyprawy na mapie umieszczonej na wewnętrznej tylniej okładce. Szkoda, że bez podanej skali. Ale i bez tego widać, że jest ona długa i ciekawa. Przygotowanym do tego himalaistkom w sumie zabrała, od startu do bazy, i po osiągnięciu szczytu oraz wypoczynku, z niej „do cywilizacji”, 10 dni. Mniej doświadczeni potrzebują na to na pewno więcej czasu. Ostatnia część książki, „Informacje praktyczne”, to ponad 30 stron sugestii i rad jak zorganizować sobie trekking dookoła Manaslu, bo przecież nie wszyscy mają szanse aby zdobyć ten szczyt. O wiele liczniejsi mogą przeżyć swoją wielką przygodę obchodząc górę, co też nie jest spacerkiem po parku Łazienkowskim, w trakcie wielodniowego trekkingu. Są też rady dla wybierających się na szczyt: co trzeba ze sobą zabrać. Przydatny w tej części jest również słowniczek górskich pojęć. Jest to więc książka nie tylko dla turystów wysokogórskich i ich fanów. Ale wszystkich, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś nie tylko o wyprawie dwu polskich himalaistek oraz ich poprzedników i poprzedniczek na Manaslu, współczesnych realiach takich wypraw, lecz również o krajobrazach, przyrodzie i życiu mieszkańców Nepalu.

MANASLU. GÓRA DUCHA, GÓRA KOBIET. Autorka: Monika Witkowska. Bezdroża, wydawnictwo Helion, wyd. I, Gliwice 2019, str. 399, cena 44,90 zł.


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com