HELION: INNE CZECHY

Już sam tytuł tej książki: „To nie jest raj” uzupełniony o „Szkice o współczesnych Czechach” przyciąga uwagę i zachęca do lektury. Przynajmniej takich ludzi jak ja, bo znam ten kraj, jego język, historię, kulturę, znakomitą większość wartych obejrzenia miejsc itp. od blisko sześciu dekad, z pobytami w nim liczonymi w dziesiątkach. Chociaż nigdy tam nie pracowałem, tak jak autor, a moje wyjazdy były najdłużej parotygodniowe. Ale z zatrzymywaniem się także u krytycznych wobec otaczającej ich rzeczywistości przyjaciół, co pozwalało mi poznawać miejscowe realia nie tylko z biesiad w gospodach przy piwie, oficjalnych kontaktów, z prasy, radia i TV czy konferencji prasowych. Autor, bohemista i slawista, pracował w Pradze (i Bratysławie) jako korespondent PAP w latach 2010-2012 i ma do Czech oraz Czechów stosunek krytyczny. Niekiedy, w mojej ocenie, przesadnie. Pozostawiając innym czytelnikom zastanowienie się nad słusznością, a zwłaszcza generalizacją niektórych ocen autora, przytoczę przykład drobny na tle innych, zwłaszcza politycznych, gospodarczych i społecznych, jednak chyba wart odnotowania.

 

Dla niego muzyczna twórczość i wykonawstwo Karela Gotta i Heleny Vodračkovej to „kiczowatość”. Oczywiście może (raczej mogła, bo to jednak już przeszłość) się ona podobać lub nie, ale przecież w porównaniu z naszym disco polo czy niektórymi estradowymi wyjcami płci obojga, to szczyty intelektu i dobrego smaku! W trakcie lektury porównania z Polską bardzo często nasuwają się same, chociaż autor ich, chyba świadomie, unika. Pisze sporo o sfrustrowaniu Czechów skutkami transformacji ustrojowej, słabością państwa i jego instytucji, ich oderwaniu od ludzi oraz ich potrzeb. O bierności wyrażającej się, zacytuję: „poprzez dyskryminację różnorodnych mniejszości, niechęć do ich integracji i przymykanie oka na ich podstawowe potrzeby oraz zagrożone bezpieczeństwo, niezrozumienie dla demokracji, która pojmowana jest jako bezkompromisowe rządy większości, a nie ochrona słabszych…”. Czy to nie jest również obraz współczesnej Polski? Podobnych przykładów i paraleli jest w tej niewielkiej książeczce: 150 stron kieszonkowego formatu, z marną, szarą i mało czytelną mapą kraju, mnóstwo.

Zanieczyszczanie środowiska i ogromna korupcja – rzeczywiście większa niż u nas, chociaż w przypadku politycznej można by już na ten temat dyskutować. „… nieudolność policji, która nie potrafi poradzić sobie z garstką ekstremistów czy odnaleźć zaginionych dzieci, a za to umie dokonać szarży i pacyfikacji uczestniczących we mszy Romów, błędy sądów i prokuratury, oskarżających i skazujących na podstawie poszlak – nie dowodów – być może niewinnych…”. Czy to rzeczywiście specyfika tylko Czech, a nie – w różnej skali – całego obszaru post sowieckiej transformacji? Autor w piętnastu rozdziałach i tematach przedstawia oraz opisuje różnorodne sceny i sytuacje. Wiele w sposób bardzo ciekawy, chociaż głównie na podstawie tego, co wydarzyło się u naszych południowych sąsiadów w latach, gdy tam pracował jako korespondent, mimo niekiedy odniesień do współczesności. Ale przez ostatnie 7-8 lat wiele tam się zmieniło. Podobnie jak Polska,

Czechy w roku 2019 są już inne niż w latach 2010-2012. M.in. w obu krajach dzięki pomocy ze środków unijnych, chociaż ich wydatkowanie i tu i tam budzi nierzadko krytykę. Te zmiany mogłem zobaczyć ostatnio, bo dopiero stamtąd wróciłem, w Kraju Sudeckim i jego najbliższych okolicach. W dawnym, zamieszkanym przez Niemców Sudentenlandzie, wcielonym do III Rzeszy w 1938, „oczyszczonym” po 1945 r. z obcoplemieńców na mocy decyzji poczdamskich oraz zasiedlonych przez ludność napływową, w tym romską. W opisach autora są to obszary nędzy, zaniedbań, rozpaczy i beznadziei. Ja ostatnio widziałem je jednak już nieco inaczej. Przejeżdżaliśmy oczywiście i fatalnymi drogami przez zaniedbane wioski oraz miasteczka, widzieliśmy także ruiny dawnych zakładów pracy. Ale równocześnie odnowione miasta i zabytki, świetną informację turystyczną z bezpłatnymi wydawnictwami także w języku polskim i niemieckim, ludzi żyjących chyba nie gorzej, niż w innych regionach kraju.

A byłem m.in. w Vrchlabi, Jilemnicach, Hostinnem, Trutnovie, Broumovie, Náchodzie, Jaromierzu, Nowym Mieście nad Metują. W paru z nich, na pograniczu sudeckim, mogłem porównać ich stan z tym, który widziałem przed czterema laty. I są to zmiany pozytywne. Autor, jak już wspomniałem, był na początku tej dekady korespondentem PAP w Pradze. To piekielnie trudna praca, zwłaszcza jak „coś się dzieje”. Zmuszająca do nieustannego wysiłku przez 7 dni w tygodniu, koncentracji na sprawach politycznych i gospodarczych, ale i ciekawostkach dla mniej wymagających czytelników. Coś o tym wiem, bo przez ponad 6 lat byłem w Kijowie korespondentem dwu, a faktycznie trzech centralnych gazet, a przez ostatnie półtora roku również najlepszego wówczas u nas prywatnego radia. Taka praca i jej wymogi ogranicza znacznie możliwość zajmowania się tematyką, która może dziennikarza interesować dodatkowo. Widać to również w recenzowanej książce.

Wartej przeczytania, bo autor przedstawia w niej sporo kwestii i tematów bardzo ważnych dla naszych sąsiadów, a równocześnie naszej wiedzy o nich. Za najlepsze z dziennikarskiego punktu widzenia uważam opisy dni śmierci oraz pogrzebu prezydenta Vaclava Havla i relacji z nich reportera pracującego w trakcie grypy z 40 stopniową temperaturą. Świetne, poruszające, są opisy zniszczenia w latach 1964-1989 historycznego miasta Most, szkód, jakie spowodowało nie tylko w jego regionie odkrywkowe wydobywanie węgla brunatnego spalanego w pobliskiej elektrowni oraz późniejszej tam sytuacji. „Nałożone” na „czarny” serial TV nakręcony w 2016 roku. I inne o czeskiej energetyce, zwłaszcza jądrowej. Ponury, a pod tym względem niewiele się w Czechach zmieniło, jest opisywany obraz sytuacji politycznej, zwłaszcza po podpisaniu w 1989 r. między dwiema partiami „Umowy o stabilnej przestrzeni politycznej” z negatywnymi skutkami po dziś dzień.

A także o grubiaństwie oraz chamstwie polityków i dyskusji politycznych, w czym niemała rolę odgrywa także prezydent. „Czeskich polityków z klasą – pisze autor – można policzyć na palcach jednej ręki”. To chamstwo nie dotyczy tam jednak kobiet. Czyli u nas jest pod tym względem jeszcze gorzej… A przy okazji czytelnik otrzymuje sporo informacji o funkcjonujących w Czechach równolegle dwu językach. Literackim i używanym powszechnie, na co dzień „obecnym”, czyli gminnym. To tamtejsza specyfika, u nas nieznana. „Gdy zaczynałem mówić po czesku, wspomina autor, rozmówca niejednokrotnie pytał mnie, dlaczego rozmawiam z nim, jak gdybym występował w telewizji”. Czytając to, przypomniały mi się moje doświadczenia językowe w Czechach. Po jednym z moich referatów czy wystąpień w dyskusji na jakimś kongresie w Pradze w latach 70-tych, podeszli do mnie przyjaciele mówiąc: dobrze mówisz po czesku, ale z ostrawskim akcentem.

Wówczas nie byłem jeszcze nigdy w Ostrawie, im chodziło jednak o „polski” akcent. W tamtych latach używanie „potocznego” języka wśród ludzi wykształconych „nie uchodziło”. Było dużo oficjalnej drętwej mowy, ale z chamstwem można bylo spotkać się chyba tylko w zakaznych miejscach. To jedna z negatywnych zmian, na jakie zwraca uwagę autor. Z pozostałych „szkiców” jako bardzo „polski” odebrałem też historię zamordowanej w 2010 roku dziewczynki. Podejrzany o tę zbrodnię, chyba niewinnie, tak zapewniał również w liście, jaki napisał przed samobójstwem w areszcie, został zaszczuty przez czeskie media i opinię publiczną, których histeria wręcz uniemożliwiła znalezienie sprawcy. A czy u nas jest inaczej? Wystarczy otworzyć telewizję, prasę – nie tylko tabloidy, Internet. Przecież to obecnie, niestety, „standard” w walce o czytelników i oglądalność.

Poruszający jest również szkic o neofaszystowskich pogromach Romów, poprzedzony przypomnieniem hitlerowskiej „Kryształowej nocy” i pogromu czeskich Żydów. My też mieliśmy nie tak przecież dawno Mławę i Wałbrzych. Chociaż problemy z integracją Romów i ich przestępczością (szajki złodziei kolejowych, o których pisze autor, bo sam się z nimi zetknął) są w Czechach chyba poważniejsze niż u nas. Bardzo ciekawe są również tematy tych szkiców nieco lżejsze. Zwłaszcza o czeskiej kuchni oraz trunkach. Przyznam się, że nie wiedziałem, iż statystyczny Czech wypija niemal litr (685 półlitrowych kufli rocznie) piwa codziennie. Duże jest również spożycie wina i wódki. Chociaż ja, w odróżnieniu od autora, jakoś nie widuję tam, przynajmniej masowo, snujących się pijaczków. Smakowicie pisze natomiast o czeskich przysmakach, równocześnie jednak stwierdzając: „Na czeskiej kuchni wytrzymałem najwyżej tydzień, nie da się na niej dłużej przeżyć!”.

I… opisując zaraz smak niektórych potraw oraz lokale, w których serwują najsmaczniejsze. Ja nieco inaczej oceniam czeską kuchnię i bardzo ją lubię, oczywiście nie wszystko. Jeszcze oblizuję się na wspomnienie kulajdy – gęstej zupy z maślaków pokrojonych w grube kęsy, z owczym serem, czy również grzybowej z boczniaków, którymi zajadałem się ostatnio w czeskich restauracjach. Zwyczaje biesiadne Czechów są jednak rzeczywiście trochę inne niż nasze i warto o tym wiedzieć. Przypomina mi się historia z roku 1978, gdy byłem jurorem Światowej Wystawy Filatelistycznej w Pradze. Zaprzyjaźniłem się, dzięki wspólnocie zainteresowań, wzajemnej fachowości i znajomości ich języka, z czeskimi współsędziami. Po pierwszym dniu pracy kilku z nich stwierdziło, że pora na kolację, dodając: zapraszamy pana. Oczywiście okazało się, co u nas jest raczej nie do pomyślenia w takiej sytuacji, że zaproszenie było tylko do wspólnego posiłku, za który jednak każdy płaci sam. Ale na przyszłość już to wiedziałem.

Z innych tematów podjętych przez autora, sporo nowego dowiedziałem się o opanowaniu drobnego i osiedlowego handlu w czeskich miastach przez Wietnamczyków. Z komentarzem: „Wypełnili lukę, którą wytworzyły czeskie lenistwo i niechęć do przedsiębiorczości”. Bo czeskie sklepy zamykane są najpóźniej o 18.00, a w weekendy w ogóle nie są otwierane. Z grzecznością personelu bywa różnie. A wietnamskie pracują na okrągło przez siedem dni w tygodniu. Natomiast jako przykład niefrasobliwości i nieodpowiedzialności Czechów, autor opisuje pobyt zimą w jednym ze schronisk sudeckich, w którym pijana w sztok obsługa ganiała po nim na golasa, a żeby nie musieć w nocy doładowywać pieca, zrobiła to wcześniej. Tak gruntownie, że nie wytrzymał, pękł i spowodował pożar, na szczęście zauważony przez gości.

Są więc w tej książce zarówno tematy bardzo poważne i mroczne, jak i nieco lżejsze. I chociaż nie jest ona w stanie zmienić polskich stereotypów na temat Czech i Czechów, to zawierając fakty oraz opisy nieco, chyba świadomie, dobrane tendencyjnie, trochę burzy te stereotypy, wzbogacając wiedzę czytelników. Na pewno warto, aby przeczytali ją wszyscy, którzy chcą o naszych południowych sąsiadach i ich kraju dowiedzieć się czegoś więcej, niż z folderów biur podróży oraz miejscowych placówek informacji turystycznej. Czy własnych powierzchownych obserwacji w gospodach, muzeach, sklepach, parkach rozrywki, lub na wycieczkach po ciekawych miejscach.

TO NIE JEST RAJ. SZKICE O WSPÓŁCZESNYCH CZECHACH. Autor: Michał Zabłocki. Wydawnictwo Helion, Gliwice 2019, str. 154, cena 32,90 zł. ISBN 978-83-283-4045-9


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com