EDIPRESSE: NIEZBĘDNIK PODRÓŻNIKA BEATY PAWLIKOWSKIEJ

Na progu letniego sezonu turystycznego ukazał się „Niezbędnik podróżnika” Beaty Pawlikowskiej. Wziąłem go do ręki z zainteresowaniem, gdyż po świecie podróżuję dłużej niż żyje autorka, mam więc też trochę doświadczenia w zabieraniu ze sobą tego, co w drodze jest, lub może okazać się niezbędne. Byłem ciekaw, co ona proponuje. „Niezbędnik” ma zwracającą uwagę okładkę i poręczny format 18,5 x 12.5 cm. Wydał mi się tylko nadmiernie gruby, ma około 370 stron. I jest trochę za ciężki – 37 dkg, jak na zabranie go do kieszeni czy plecaka, gdyż wydrukowany został na dobrym papierze. Sporym zaskoczeniem okazało się jednak otwarcie go i zabranie do lektury. Ogromna większość nie numerowanych w ogóle stron przeznaczona jest bowiem na notatki podróżnika. Z merytorycznymi tekstami, zresztą wydrukowanymi dosyć luźno, jest ich zaledwie około 50-ciu. Do tego trzeba dodać 10 z różnymi złotymi myślami i uwagami autorki w postaci całostronicowych faksymile jej rękopisów i rysuneczków. W rodzaju: „Lubię wstać o świcie i przywitać się ze słońcem. To najpiękniejszy moment całego dnia.” Z internetowym symbolem uśmiechu na końcu.

 

Czy: „Nie oceniam tego, czego nie rozumiem. Różne kultury mają różne tradycje i mają prawo do swojego własnego spojrzenia na życie.” Lub równie słuszne: „Kiedy przynosisz ze sobą uśmiech, szacunek i życzliwe nastawienie, to samo dostajesz w odpowiedzi.” Co prawda nie zawsze, ale próbować rzeczywiście trzeba. O ile dobrze zrozumiałem ideę tego „Niezbędnika”, ma on być czymś w rodzaju pamiętnika z podróży – sorry – „Wyprawy marzeń”, bo tak jest ona nazywana na stronie wstępnej, z rubrykami do wypełnienia: Mój cel:…, Mój czas:… nazywam się… mój e-mail: Następne cztery strony wypełnia puste kalendarium w odwzorowanej postaci ręcznie, bez użycia linijki, wykreślonych rubryczek na 140 dni podróży. Każda niewiele większa od paznokcia dużego palca. W sam raz na wpisanie daty oraz, o ile nie jest zbyt długa, nazwy miejscowości, w której przebywa się danego dnia.

Następnie są wykazy ekwipunku, który należy zabrać w tropiki – z radami dla samotnych kobiet. Podobnie w góry. Bardzo skromnego. Np. na 14 dni tylko 2 pary skarpetek, a w góry 3 koszul termoaktywnych szybkoschnących. I niewiele innych rzeczy. A ja od tylu lat nawet na krótsze wyjazdy zabieram zapasowe spodnie i obuwie, które czasami przydaje się w przypadku podarcia, poplamienia, uszkodzenia! Igła z nitką, którą autorka radzi wziąć, może nie wystarczyć. Oczywiście na wyprawę w chłodne i zimne góry zaleca zabrać 18 rzeczy, chociaż też tylko po jednej parze spodni i szortów oraz łącznie 5 różnych koszul i koszulek. Nie zapominając o kostiumie kąpielowym. O butach trekkingowych, kurtkach: lekkiej puchowej, drugiej chroniącej przed wiatrem, pelerynie przeciwdeszczowej i 2 rodzajach polarów, bieliźnie itp. nie wspominam, bo chyba dla każdego jest oczywiste, że trzeba je w górach mieć na sobie lub pod ręką.

Osobno wymieniony jest dodatkowy ekwipunek, którego posiadanie, zdaniem autorki,  bywa bardzo pomocne. 2 m sznurka, kilka gumek recepturek, tabletki do ssania na ból gardła, wegańskie batony i zatyczki do uszu. Ale nawet na znacznie obszerniejszej liście dodatkowego ekwipunku, który zabiera ze sobą autorka, nie znalazłem np. elektrycznej grzałki do gotowania wody, budzika, nie mówiąc już o środkach do prania, poza małym mydłem. Skromny jest też jej ekwipunek, jak go nazywa, twórczy. Aparat fotograficzny z dodatkowym obiektywem, karty pamięci, ładowarka, notatnik, 2 długopisy i smartfon z ładowarką. Moje doświadczenie, wielokrotnie potwierdzone, wskazuje, że zawsze trzeba mieć ze sobą zapasowy aparat fotograficzny, chociażby niewielki, ale dobry i sprawdzony. Trudno mi również zgodzić się z autorką w sprawie zalecanego przez nią ekwipunku medycznego.

Radzi zabrać tylko 5 plastrów, organiczny olejek z pestek malin jako naturalny krem przeciwsłoneczny z filtrem, naturalny środek (bez DEET) przeciw komarom i tabletki do ssania na ból gardła. Ja nie wyobrażam sobie nawet parodniowego wyjazdu, zwłaszcza zagranicznego, bez środków antybólowych, i to nie od bólu głowy, chociaż nie zawsze są one potrzebne. Podobnie bez lekarstwa na rozstrój żołądka. Rozbawiło mnie stwierdzenie autorki: „Zamiast brać chemiczne leki na rozstrój żołądka, stosuję mądrą dietę, piję dużo wody i dużo śpię.” Czyżby nie słyszała chociażby o „klątwie faraona”, która dopada przynajmniej kilku pasażerów niemal każdego rejsu po Nilu nawet 5* statkami? Nie widziała ludzi, którzy przez kilka godzin nie mogą oddalić się od toalety dalej niż na 4-6 metrów? Zapewniam, że „gotowane: ryż i warzywa, herbata rumiankowa i niesłodzony sucharek” oraz rada aby „w czasie biegunki odpoczywać, dużo spać i myśleć pozytywnie” w takich przypadkach nie wystarczają.

Wśród zaleceń autorki jakiej pomocy i jak udzielać w nagłych wypadkach są jednak również cenne. Dotyczące m.in. oparzenia przez meduzę, poparzenia, ukąszenia węża, pająka, osy, pszczoły, skorpiona, czy nawet, występującej tylko w dżunglach Ameryki środkowej i południowej, mrówki pociskowej. Podobnie rady jak chronić się przed owadami – chociaż nie zostałem przekonany, że w przypadku komarów roznoszących malarię wystarczą tylko środki naturalne w postaci olejków z: eukaliptusa cytrynowego, lawendy, goździków, cynamonu, tymianku itp. Warte uwagi są, zwłaszcza początkujących podróżników, bo doświadczeni o tym wiedzą, informacje i sugestie jak zachowywać się w różnych kulturach oraz miejscach, zwłaszcza kultu religijnego. Chociaż nie zawsze są one ścisłe. Np. nie wszędzie tam, gdzie jest taki wymóg, wystarczy zdjąć buty.

Niekiedy, chociażby w sanktuariach i klasztorach w Birmie (Mjanama) należy zdejmować również skarpetki. Dla stóp nieprzywykłych do chodzenia boso, tak jak wielu tubylców, to prawdziwa męczarnia. Zwłaszcza powodowana przez rozpalone w słońcu kamienie. Jeszcze bardziej przez ostry, kaleczący żwir, gdyż boso trzeba chodzić przeważnie już od bramy, czy schodów prowadzących do całego kompleksu, a nie tylko po gładkich kamieniach i we wnętrzach. Wymyśliłem na to sposób, niestety dopiero wówczas, gdy moje stopy były już nieźle pokancerowane, a w pobliżu nie znajdowałem apteki. Podklejać je szerokimi plastrami opatrunkowymi tak, aby nie było ich widać. Pomysł ten może przydać się innym, a mnie dopiero następnym razem. Trudno mi się zgodzić z niektórymi radami znanej podróżniczki, zwłaszcza dotyczącymi żebraków.

Pisze ona: „Dziel się swoim bogactwem. Dawaj napiwki i jałmużnę żebrakom”. Niech spróbuje tego w Indiach, Pakistanie czy Bangladeszu ! Gdy da jałmużnę jednemu proszącemu o nią, po chwili zostanie bez niczego, gdyż rzucą się na nią inni domagając się również pomocy. I podtykając, dla wywołania współczucia, niekiedy specjalnie okaleczone dzieci, czy własne kończyny. Ale można też spotkać się z sytuacją jakiej świadkiem byłem w Birmie. W pobliżu jednego z sanktuariów młoda, sympatyczna kobieta z niemowlakiem w zawiniątku na plecach, usiłowała sprzedawać jakieś, chyba zrobione przez siebie z koralików i włókien bransoletki oraz inne ozdoby. Któraś z turystek chciała wspomóc ją kilkoma miejscowymi banknotami, ale kobieta odsunęła jej rękę mówiąc łamanym angielskim: „Ty mi nie dawaj jałmużny, ty kup coś ode mnie”. Turystka oczywiście kupiła. Honor Birmanki został uratowany. Dlatego ja nigdy i nikomu nie daję jałmużny.

A jeżeli widzę kogoś proszącego i wyglądającego na głodnego, proponuję mu coś do zjedzenia. Naprawdę biedni przyjmują to z wdzięcznością. Zawodowych żebraków interesują tylko pieniądze. Inny, niż autorka, mam też, oparty o wieloletnie doświadczenie na paru kontynentach, pogląd na targowanie się. „Nie targuję się zbyt mocno – pisze ona – ani dla samej zasady. Cieszę się na myśl, że ktoś zarobi dzięki mnie pięć złotych więcej. Tym bardziej, że dla niego to może być duża kwota.” Sprawdza się to, niestety, tylko w niektórych przypadkach, gdy ktoś sprzedaje swoje wyroby. Natomiast kupcy, zwłaszcza arabscy, chociaż nie tylko, handlujący pamiątkami, na widok cudzoziemców zawyżają ceny 3-4 – krotnie. Bo targowanie się, to część ich handlowego rytuału. Gdy ktoś płaci bez dyskusji, lub z symbolicznym upustem, to pieniądze oczywiście chętnie przyjmują, ale nabywcę lekceważą uważając za durnia.

Trzeba więc wiedzieć gdzie, z kim i w jaki sposób oraz w jakich granicach targować się. Umiejętność tego nabywa się wraz z podróżniczym doświadczeniem. Kilka razy egzotyczni kupcy wypędzili mnie ze swoich kramów wołając „a kysz!”. Zrozumiałem, że przesadziłem z zaniżaniem ceny. Jedno jest pewne, a tej informacji zabrakło mi w „Niezbędniku”. Jeżeli czegoś, zwłaszcza na bazarach i w sklepach Trzeciego Świata, nie zamierzasz kupić, to nie rozpoczynaj targowania się. A jeżeli już uzgodnisz cenę, to zapłać ją, bo inaczej obrazisz sprzedającego. I jeszcze jedna uwaga. Nigdzie nie znalazłem w tej książce informacji, bądź zalecenia, do czego spakować te przedmioty, wymienione jako niezbędne lub potrzebne w podróży. Sądzę, że autorka preferuje plecak. Ale powinna to wyraźnie napisać.

Bo przecież w wielu podróżach, zwłaszcza do miast, z noclegami pod dachem, znakomicie sprawdzają się lekkie walizki na kółkach, bez konieczności obciążania kręgosłupa. Mimo tych paru krytycznych uwag, „Niezbędnik” Beaty Pawlikowskiej zawiera sporo ważnych informacji, rad i zaleceń, zwłaszcza dla początkujących podróżników. Mam jednak wątpliwość, czy powinien on ukazać się aż w tak obszernej objętościowo książce do zabrania ze sobą w podróż. Przecież z większością tych zaleceń trzeba zapoznać się i zastosować do nich jeszcze przed wyjazdem. W trakcie którego są już niepotrzebne. Gdyby więc całą tę treść wydrukować bez tych około 300 stron na notatki, na cienkim papierze, to z taką lekką, najwyżej 30-40 stronicową broszurką lżej byłoby podróżować. Czy zresztą w dobie smartfonów potrzebna jest w ogóle wersja papierowa takiego niezbędnika? Ale o tym, czy przyda im się taka pamiątka z podróży, zdecydują już czytelnicy.

NIEZBĘDNIK PODRÓŻNIKA. Autorka: Beata Pawlikowska. Wydawnictwo Edipresse Polska, Warszawa 2017, cena 39,90 zł. ISBN 978-83-7945-793-9


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com