BEZDROŻA: LEONA BARSZCZEWSKIEGO POWRÓT Z ZAPOMNIENIA

Aleksander Czekanowski, Jan Czerski, Benedykt Dybowski, Karol Bohdanowicz, Wiktor Godlewski, Bronisław Grąbczewski – to chyba najbardziej znani Polacy, badacze w XIX w. Syberii, Azji Środkowej i innych regionów azjatyckiej części Imperium Rosyjskiego. Było ich, oczywiście, wielu więcej. Zesłańców po powstaniach Listopadowym i Styczniowym, oficerów carskiej armii, rzadziej tych, którzy dobrowolnie wyjechali tam do pracy. Należał do nich również, trochę zapomniany w minionym stuleciu, chociaż ma obszerną notę m.in. w Wikipedii, Leon Barszczewski (1849-1910). Rosyjski oficer, Polak i katolik, który dosłużył się stopnia podpułkownika. Badacz i fotograf, na potrzeby wojska, najpierw terenów i dróg prowadzących z ówczesnego Turkiestanu, przez Afganistan, w kierunku Indii. A następnie, również w cywilnych celach poznawczych, wielu obszarów Azji Środkowej, zwłaszcza gór i lodowców. Jako topograf, geolog, etnograf, przyrodnik – w każdej z tych dziedzin formalnie amator, ale ze znakomitymi rezultatami. Potwierdzonymi członkostwem lub przynajmniej uznaniem towarzystw naukowych. Złotymi medalami uzyskanymi na wystawach fotograficznych w Paryżu i Warszawie. Nazwanie jego imieniem jednego z lodowców w Górach Hisarskich oraz jednej z odkrytych przez niego roślin itp.

 

A obecnie w „Bezdrożach” ukazała się poświęcona mu obszerna i bogato ilustrowana jego zdjęciami książka napisana, po 30 latach badań i zbierania materiałów, przez jego prawnuka. Książka, podkreślę to od razu, szalenie ciekawa. Przybliżająca współczesnemu czytelnikowi nadal mało, lub praktycznie nieznane miejsca. Miejscowości często już nieistniejące. Poza, oczywiście, dużymi miastami, jak Buchara, Samarkanda, Szachrisabs czy Taszkient oraz kilkoma w innych regionach dawnej Rosji. I ich stan oraz życie, zwyczaje itp. ludzi żyjących tam w końcu XIX i na przełomie XX wieku.

Dla mnie książka ta okazała się tym bardziej interesująca, że pół wieku temu odbyłem w tamtych stronach podróż dziennikarską częściowo śladami jednego z największych europejskich reporterów pierwszych trzech dekad XX wieku, Egona Erwina Kischa i jego książki „Asien gründlich verëndert” – „Azja odmieniona”. Poznając także niektóre miejscowości i miejsca, w których żył, lub po których podróżował Leon Barszczewski. I utrwalając ich zmieniony obraz w kilka dziesięcioleci później.

Książka o nim i jego dokonaniach, którą omawiam, składa się z 31 rozdziałów, wstępu i suplementu. Opisuje życie, podróże i badania Leona Barszczewskiego w jego porządku chronologicznym. Z niezliczonymi, szalenie ciekawymi historiami i momentami. Oparta została ona na źródłach. Na ile okazało się to możliwe, gdyż spuścizna, w tym własne relacje tego podróżnika, uległa rozproszeniu oraz częściowemu zniszczeniu w trakcie pierwszej, a zwłaszcza w Warszawie drugiej – i tuż po niej – wojen światowych.

Z jego oryginalnych relacji z podróży i innych tekstów, w języku polskim zachował się większy chyba tylko jeden. Będąc Polakiem i katolikiem, co nie ułatwiało mu kariery w carskiej armii, z żoną i dziećmi rozmawiał po polsku. Ale już z dobrym pisaniem w ojczystym języku miał problemy, co sam przyznawał. Sporo o nim pisali natomiast inni, co autor książki pieczołowicie wykorzystał. Przede wszystkim oparł się jednak na wspomnieniach jego córki, Jadwigi Barszczewskiej – Michałowskiej spisanych pod koniec jej życia.

Co ma swoje plusy, gdyż zawierają one mnóstwo szczegółów także z życia rodzinnego porucznika, później kapitana, w Samarkandzie i innych miejscowościach Azji Środkowej. Równocześnie jednak nie brak w nich historii nieprawdopodobnych, wręcz fantastycznych. Ojciec miał bowiem zwyczaj po powrocie, z niekiedy wielomiesięcznych wypraw, opowiadać o nich, wówczas kilkuletnim dzieciom. W sposób jednak, o czym pisze autor książki, możliwy do zrozumienia przez nie.

Z uproszczeniami, ciekawostkami, ubarwieniami. Wspomnienia córki spisywane po wielu latach mogły więc utrwalić wiele faktów tak, jak je odbierała jako mała dziewczynka. A równocześnie „wygładzać” i idealizować postać oraz osiągnięcia ojca. Nie trudno zwrócić uwagę na takie, mało realne sceny i wydarzenia. Sam autor książki zresztą w kilku przypadkach wyraża wątpliwości, czy mogły one wydarzyć się w rzeczywistości. Nie zawsze chyba jednak dostrzegł niektóre wewnętrzne sprzeczności.

W dziesiątkach miejsc relacji i opisie sytuacji znajdujących się w tej książce, podkreślany jest serdeczny i przyjacielski stosunek Leona Barszczewskiego do tubylców o różnym pochodzeniu etnicznym, kulturze, językach i narzeczach w których mówili. O łatwości z jaką nawiązywał z nimi kontakt – także dzięki poznaniu z czasem kilku miejscowych języków. Oraz uznania, a także przyjaźni – padają nawet słowa o jego uwielbieniu, z jakimi spotykał się z ich strony.

M.in. dzięki leczeniu – chociaż nie był przecież lekarzem – chorych np. na febrę, czy opatrywaniu rannych. I przytaczane fakty jego znakomitych stosunków z miejscową ludnością, podkreślane przez innych europejskich – bo byli wśród nich nie tylko Rosjanie, ale m.in. Francuzi – uczestników wypraw badawczych, w których Leon Barszczewski uczestniczył, lub nimi kierował. Równocześnie jednak w wielu cytowanych jego wypowiedziach aż się roi o „półdzikich ludziach”, czy wręcz narodach, z którymi styka się.

Czy wyrażanych opinii o nich: „jacy oni są dwulicowi, interesowni, w przypadku trudnej sytuacji gotowi zdradzić cię, aby ratować własną skórę…”. Tych sprzeczności autor albo nie zauważa, albo przechodzi nad nimi do porządku dziennego. Nie brak też informacji co najmniej mało prawdopodobnych, zawartych we wspomnieniach córki oficera – podróżnika, poza tymi, co do których wątpliwości ma sam autor, również innych, nie zauważonych przez niego.

Np. w relacji z kilkutygodniowej rodzinnej podróży m.in. na wielbłądach przez pustynię do Aszchabadu, przeczytać można, że 9-letnia wówczas Jadzia, późniejsza autorka wspomnień, nie tylko świetnie jeździła konno, ale i posługiwała się bronią palną. Zaś jej ojciec władał, (oprócz rosyjskiego, polskiego, francuskiego i niemieckiego), także kilkoma językami egzotycznymi: turkmeńskim, sartowskim, tadżyckim, uzbeckim i… arabskim.

Co do pierwszych czterech, jest to bardzo prawdopodobne, chociaż w opisach konkretnych sytuacji podkreślane jest, iż w rozmowach z tubylcami, korzystał z pomocy zaufanego tłumacza. Ale skąd w tym zestawie wziął się arabski? Przecież w Azji Środkowej nie był on, i nadal nie jest używany. Może poza Koranem, ale recytowanym głównie na pamięć, często bez rozumienia treści Świętej Księgi. A rzekomo po arabsku mieli do niego zwracać się… gruzińscy powstańcy w górach Kaukazu.

Być może w uszach dziewczynki gruziński brzmiał tak samo niezrozumiale jak arabski? Tego rodzaju wątpliwych, czy raczej niewątpliwie wymyślonych, lub źle zapamiętanych, zwłaszcza przez główną autorkę wspomnień, opisów i informacji jest w książce więcej. Dotyczą one również nieścisłości w niektórych odsyłaczach. Przeważnie dosyć dokładnie wyjaśniających, kim był wspominany człowiek, gdzie znajduje się oraz jaką jest miejscowość, rzeka lub inny obiekt na opisywanej trasie podróży. W paru jednak, i to ważnych przypadkach, zaskakujących zwłaszcza niedopowiedzeniami.

Tak np. w odsyłaczu do Tamerlana (Timura Chromego), jest tylko informacja o jego zasługach, także dla sztuki i nauki oraz o zdobyczach. Ale ani słowa o tym, że był on jednym z najkrwawszych władców w dziejach. Do Lhasy, że to „miasto na Wyżynie Tybetańskiej, obecnie w południowo – zachodnich Chinach…”, z pominięciem tak ważnego faktu, że jest ono przede wszystkim stolicą Tybetu. Fatalne są również – ale to już wina wydawcy – opisy, szczególnie całostronicowych zdjęć.

Maleńkimi czcionkami, wzdłuż grzbietowej krawędzi. Trudne nie tylko do przeczytania, ale i ich otwarcia. Są to jednak w sumie drobne mankamenty. Natomiast opisy życia, wypraw, spotkań z tubylcami i innymi badaczami oraz osiągnięć jej bohatera, bardzo ciekawe. Zapowiada je zresztą autor w swoim wstępie pisząc:

„Losy, podróże i przygody Leona Barszczewskiego dziś mogą wydać się zupełnie nierealne. Bo też świata, który obserwował i dokumentował, już nie ma – został na zawsze utracony. Jego ślad trwa jedynie na niezwykłych fotografiach i szklanych negatywach. Podróżnik jawi się współczesnym jako tajemniczy pionier przemierzający nieznane lądy, bohater wyjęty z na poły fantastycznych powieści. Barszczewski bez wątpienia był pionierem – to on był zapewne pierwszym Europejczykiem, jakiego ujrzeli mieszkańcy niejednej wioski leżącej wśród azjatyckich szczytów i lodowców.

Ten obcy tiura z dalekiego kraju szybko zyskiwał ich zaufanie i sympatię dzięki swej otwartości, szczerości i szacunkowi, jakim darzył spotykanych ludzi. Nie bez znaczenia był fakt, że poznał lokalne języki i ich narzecza. Znajomość różnych rzemiosł i sztuki leczenia, posiadane środki medyczne, choć bardzo podstawowe (jak chinina), i zwyczajne „nadprzyrodzone zdolności”, a czasem nawet umiejętności kuglarskie powodowały, że w oczach tubylców stawał się kimś dysponującym niemal cudowną mocą…”.

Przytoczone wyżej przykłady i wątpliwości trochę zaciemniają ten jasny obraz. Ale z ogromnym zainteresowaniem i uwagą czytałem kolejne rozdziały opowieści o życiu oraz działalności tego oficera, podróżnika i badacza. Nawet, jeżeli czasami zżymałem się trochę na mało prawdopodobne, czy wręcz niemożliwe sceny, sytuacje bądź fakty, przedstawiane przez autora. Chyba nie zawsze z dostateczną dawką krytycyzmu w stosunku do źródeł, z których korzystał. Zwłaszcza dziecięcych wspomnień córki podróżnika.

Na szczęście również i innych źródeł. Wynagradzało mi to jednak mnóstwo fascynujących opowieści i relacji oraz ilustrujących wiele z nich zdjęć sprzed ponad wieku. Od opisów i informacji w jakie sposób Leon Barszczewski trafił na ponad 20-letnią służbę w tamten region Imperium Rosyjskiego. Poprzez relację z pierwszej i wielu następnych wypraw. Także wywiadowczych, do których trzeba zaliczyć m.in. badanie przez niego dróg do Afganistanu opisane w postaci częściowego przedruku jego tajnego raportu wojskowego. Czy o „przyjaciołach domu” w Samarkandzie: psie Aracie i wężu Zydze.

Nawet fantazje Jadzi o uzdrowieniu przez Leona Barszczewskiego „królowej gór i lodowców”. O oswobodzeniu przez niego przetrzymywanych w nieludzkich warunkach więźniów. A następnie, prawdopodobnie za to, podstępne uwięzienie carskiego oficera i niemal cudowne jego ocalenie. Przykłady można mnożyć. Zatrzymam się na chwilę przy opisie odkrycia przez niego na wzgórzu Afrasiab, wówczas w pobliżu Samarkandy, obecnie w tym mieście, niedaleko zresztą jego najsłynniejszego zabytku – zespołu Registanu, ruin i skarbów jej poprzedniczki, starożytnej Marakandy.

Mam bowiem podstawy, aby zakwestionować podawane jako bezsporny fakt, odkrycie tego miejsca właśnie przez niego. Podczas mojego pierwszego tam pobytu pół wieku temu, trafiłem bowiem na to wzgórze gruntownie badane wówczas przez ekspedycję archeologiczną Uzbeckiej Akademii Nauk. Miałem zresztą wówczas sporo szczęścia, gdyż w mojej obecności odkopano gliniany garnek ze skarbem srebrnych monet sogdyjskich z IX w. n.e. Ekspedycją tą kierował, trochę na odległość, gdyż z Taszkientu przyjeżdżał tylko raz na kilka tygodni, wybitny badacz i odkrywca starożytnych osad w Azji Centralnej, prof. Szyszkin.

Na miejscu zaś jego zastępca, Michaił Fiodorow. Jak mi się przedstawił, gdy dowiedział się kim jestem, prawnuk Aleksandra Koczanowskiego, polskiego zesłańca po powstaniu 1863 r. Opowiedział mi wówczas o największym odkryciu w trakcie prac w 1966 r.: przed islamskich fresków z VII w. n.e. A także o prowadzonych na tym wzgórzu wcześniej pracach wykopaliskowych. Po raz pierwszy w 1874 r., a więc 11 lat wcześniej, niż rzekomo odkrył je Leon Barszczewski.

Odkopano wówczas ślady cytadeli z okresu przed najazdem (329 r. p.n.e.) wojsk Aleksandra Macedońskiego. Następnie niewielkie wykopaliska prowadzono w latach 1885 – mogły to być wykopki polskiego badacza, chociaż nie wymienił jego nazwiska – oraz w roku 1904. A kolejne, już systematyczne, prace badawcze w latach 1905-1931. Prof. Szyszkin nie przepadał podobno za dziennikarzami, był też zresztą chyba trochę zmęczony, gdyż był to wrzesień – okres zbioru bawełny, gdy w mieście niewiele spraw można było załatwić.

Kto mógł, nawet jak nie chciał, musiał jechać pomagać kołchoźnikom i sowchoźnikom w jej zbiorach. Gdy więc zadzwoniłem do niego do hotelu „Registan” – mieszkałem w innym, „Samarkand” sieci Intourist, znacznie lepszym, bo pozwalała mi na to śmieszna na ówczesne polskie warunki cena – początkowo nie godził się na spotkanie i rozmowę ze mną. Ale na wiadomość, że jestem polskim dziennikarzem, przystał na „15-minutową wizytę”. I… przegadaliśmy w jego nad wyraz skromnym hotelowym pokoju ponad 5 godzin.

Po czym obdarowany zostałem publikacjami profesora z jego dedykacjami. On też mówił mi, że Afrasiab był już wcześniej częściowo badany w ciągu niemal stu lat, m.in. przez ekspedycję francuską jeszcze w czasach carskich. O tym, że wśród badaczy tego miejsca był również Polak, nie było jednak mowy. Być może nawet o tym nie wiedział, lub nie kojarzył rosyjskiego oficera z polskością. Trudno również wykluczyć, że do tego stopnia zapomniano o badaniach Leona Barszczewskiego na wzgórzu Afrasjab, albo nie uznawano ich za istotne.

Ja o nich dowiedziałem się dopiero z tej książki. A przecież część odkopanych wówczas przez niego starożytnych skarbów trafiła, sprzedana Francuzom przez odkrywcę, nawet do paryskiego Museé National des Arts Asiatiques Guimet. O tym też można przeczytać w niej. Pamiętam, że mój reportaż „Tajemnice Wzgórza Afrasjab” opublikowany w cyklu relacji z Uzbekistanu, spotkał się z dużym zainteresowaniem czytelników. Gdy po raz kolejny byłem w Samarkandzie kilka lat temu, zastałem miejsce wykopalisk nakryte budynkiem muzeum. Zaś w jego ekspozycji wiele odkrytych na wzgórzu skarbów.

M.in. chyba tych samych monet sogdyjskich, które widziałem zaraz po ich odkopaniu w 1966 r. Teraz, w trakcie lektury książki o polskim badaczu, z dużą ciekawością oglądałem zamieszczone w niej stare fotografie zabytkowych budowli Azji Środkowej. Miałem bowiem okazję nie tylko obejrzeć wiele z nich w ich obecnym stanie. Ale również sfotografować je, już w kolorze. Nie wiedząc, że robię to nierzadko z tego samego miejsca lub perspektywy, co fotograf przed ponad wiekiem.

Ale wróćmy do tekstu tej książki. Część zawartych w niej opisów i relacji powstała także na podstawie napisanych przez innych. M.in. bardzo obszernej relacji „Uroczystości weselne w Bucharze Wschodniej” (w książce zajmuje ona prawie 35 stron), napisanej przez Witolda Barszczewskiego (1867-1926), stryjecznego brata Leona i ojca znakomitej aktorki Elżbiety Barszczewskiej, na podstawie notatek oraz opowiadań podróżnika. I opublikowanej w 1902 r. w piśmie „Naokoło Świata”.

Podobnie wykorzystana została, jako częściowy przedruk korespondencji polskiego podróżnika z prof. Władimirem Lipskim, z którym odbył on jedną z wypraw badawczych oraz dziennik Leona Barszczewskiego z tej wyprawy, które stały się podstawą jej opisu. Takie, niezwykle interesujące historie – a przytaczam tylko niewielką ich część, dominują w tej książce. Naprawdę wartej przeczytania. Nie tylko dlatego, że przywraca z zapomnienia postać wybitnego polskiego podróżnika i badacza Azji Środkowej. Ale przede wszystkim dotyczy przeszłości ciągle mało znanego u nas, chociaż zasługuje on na to, regionu świata.

 

UTRACONY ŚWIAT. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX-wiecznej Azji Środkowej na podstawie wspomnień Jadwigi Barszczewskiej–Michałowskiej. Autor: Igor Strojecki. Bezdroża, wydawnictwo Helion, wyd. I, Gliwice 2016, str. 344, cena 49 zł. ISBN 978-83-283-0288-4


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com