BEZDROŻA: INDIE NIEZNANE

Oszołamiające piękno mauzoleum Tadż Mahal w Agrze. Pałac Wiatrów (Hawa Mahal) w Dżajpurze. Erotyczne rzeźby świątyń w Kadżuraho. Ghaty nad Gangesem w Waranasi (Benares), na których przez całą dobę płoną stosy pogrzebowe. Niezliczone perły architektury sakralnej buddyzmu, hinduizmu, islamu, a także pałace maharadżów w różnych zakątkach kraju. Plaże Goa i barwne święta religijne. To tylko przykładowe magnesy, które przyciągają do Indii miliony turystów z całego świata. Są jednak także inne Indie. Interioru z nędznymi wioskami i miasteczkami, a także przedmieścia w których jedynym celem mieszkańców jest przeżycie kolejnego dnia. Lokalnych wierzeń, obyczajów, przesądów, niewyobrażalnych warunków życia, z którymi cudzoziemcy prawie nigdy nie stykają się, nie mają o nich pojęcia. Taki kraj pokazuje czytelnikom znany globtroter i autor kilku wcześniej wydanych książek podróżniczych, który celem swojej szóstej wyprawy do Indii w 2015 roku zrobił przejechanie w ciągu kilku tygodni skuterem z Delhi i dalej wzdłuż Gangesu, przez położone nad nim święte miasta, aż do Kalkuty (Kolkaty). Aby po drodze pokazywać dzieciom w szkołach i domach dziecka polskie filmy animowane z Bolkiem, Lolkiem i Reksiem.

 

W zorganizowaniu tego wyjazdu nazwanego Tuk Tuk Cinema oraz zebraniu niezbędnych nań środków pomogło mu 130 osób poprzez portal Polak Potrafi. A Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku Białej udostępniło filmy i promujące je gadżety.Nie zostały to pieniądze zmarnowane, czego najlepszym dowodem jest książka, będąca relacją z tej podróży. Pokazująca inne Indie: nieznane i niesamowite, chociaż fascynujące. Czytelnik który weźmie ją do ręki, niech nie oczekuje – uprzedzam z góry – opisów zachwycających zabytków i sławnych turystycznych miejsc. One, tym razem, zupełnie autora nie interesowały.

Chociaż był w New Delhi oraz w świętych miastach nad najważniejszą, najbardziej czczoną rzeką Gangesem. Riszkeś – centrum jogi. Agrze nad Jamuną, słynnej z Tadż Mahal, twierdzy – Czerwonego Fortu, meczetu piątkowego Dżama Masdźid i wielu innych zabytków. W przemysłowym Kanpurze oraz w Allahabadzie, do którego stale przybywają pielgrzymi, a co 12 lat na spotkanie z sadhu – mistrzami duchowymi podczas święta Maha Kumb Mela przybywa, aby wspólnie odbyć rytualną kąpiel w rzece, od 70 do 100 milionów (!) wiernych.

We wspomnianym Waranasi, ale również mało u nas znanym innym świętym mieście Munger, położonym w miejscu, w którym Ganges, na krótkim odcinku, płynie na północ. A także w dużym Bhagalapurze, w którym znajduje się jeden z najdłuższych, blisko 5-kilometrowy, most przez Ganges. No i w Bodh Gaji, świątyni Mahabodhi w Biharze – miejscu związanym z życiem i nauczaniem Buddy oraz w Kalkucie.

To co przyciąga do nich, nie wszystkich zresztą, zagranicznych turystów, autor potraktował marginesowo. Trochę szerzej pisząc o świętym drzewie Bodhi – 35 metrowym figowcu, pod którym medytował Budda. Zresztą nie tym samym, bo tamten został doszczętnie zniszczony w 600 r. p.n.e., na jego miejscu w 20 lat później posadzono nowe, a to zastąpiono w 1881 r. obecnym, które wyrosło z nasion poprzedniego. Więcej uwagi poświęcił też Waranasi, przede wszystkim nadbrzeżnym ghatom.

A jednak, pomimo braku opisów wspaniałości indyjskich zabytków i pięknych miejsc, jest to książka fascynująca, chociaż równocześnie wstrząsająca. Pokazuje bowiem nieznane szerzej oblicze tego kraju, chociaż tylko jedno z kilku. Życie zwykłych ludzi, w tym również najbiedniejszych. Wierzenia, zwyczaje, przesądy, mentalność. Z bardzo surowymi niekiedy ocenami, ale wynikającymi z jednej strony z fascynacji Indiami, z drugiej koniecznością pisania prawdy oraz operowania faktami.

Perypetie związane z samym przemieszczaniem się autora skuterem, od jego kupna, oczywiście używanego w Delhi, z problemami technicznymi oraz naprawami, postojami i noclegami w rożnych warunkach, stanowią tylko niewielką część narracji. Zajmującej chyba tylko tyle miejsca, ile okazało się niezbędne. Najbardziej wyraziste i utrwalające się w pamięci czytelnika, a przynajmniej mojej, są opisy dróg i ulic oraz sytuacji na nich. A także życia ludzi, w tym na głębokiej prowincji, z niezliczonymi, konkretnymi sytuacjami i przykładami.

Ruch drogowy w Indiach jest czymś niewyobrażalnym dla Europejczyka. Przejechałem niegdyś tamtymi drogami, chociaż tylko wyjątkowo objazdami w interiorze, przede wszystkim zaś głównymi, kilka tysięcy kilometrów i to jako pasażer niewielkiego autobusu. Wydawało mi się, że mam o nim jakie takie pojęcie. Autor, swoimi dynamicznymi opisami, wyprowadził mnie z błędu. To, że znając sytuację na indyjskich drogach z pięciu poprzednich pobytów w tym kraju zdecydował się na podróż nimi samotnie skuterem, graniczyło z szaleństwem, którego innym nie polecam. Ale fakt, że dojechał do celu o czasie cały bez wypadków, chociaż z paroma wspomnianymi „kaprysami” pojazdu, graniczy z cudem.

Opisy sytuacji na tamtych drogach są na wielu stronach tej książki. Cytować przykłady tego horroru można dowolnie, nawet na chybił trafił. Oto kilka próbek. „Jazda skuterem po Delhi to zupełnie nowe doświadczenie. To coś, co cię zmienia na zawsze. Wyostrzają ci się zmysły o których istnieniu nawet nie widziałeś”. I dalej następują opisy ptaków spadających w gąszcz jadących pojazdów jak błyskawice na zwłoki przejechanego psa, aby porwać coś do jedzenia.

Tymczasem kierowca podróżnik wie, że „W każdej chwili ktoś może nadjechać, i to z najmniej oczekiwanego kierunku”. Bo jazda na trzeciego i czwartego, pod prąd, Poboczem, nawet przydrożnymi rowami, to przecież tam norma. Przy czym obowiązuje zasada: „… na drodze duży może wszystko i nikt mu nic nie zrobi”. Z wieloma przykładami sytuacji kolizyjnych z ciężarówkami, a zwłaszcza traktorami ciągnącymi przeładowane przyczepy. „Tu wszystko dzieje się w ułamku sekund. Trwa od jednego mrugnięcia oczami do drugiego i polega na zawahaniu się. Kto pierwszy zawaha się, ten pierwszy hamuje” – to kolejny cytat.

I niezliczone soczyste opisy jazdy wśród wałęsających się świętych krów, bawołów, pojazdów w fatalnym stanie technicznym. Z obowiązującą zasadą: kto najechał, ten jest winien i płaci za ewentualne szkody. Nawet, jeżeli ktoś mu zajechał drogę, pcha się pod prąd, lub pieszy przeciska na drugą stronę jezdni. Czy, gdy po podniesieniu zapór na przejeździe kolejowym, z obu stron ruszają, na całą szerokość drogi, dwie kolumny prące do zderzenia czołowego.

I jakoś przemieszczają się! Ale opisy tego horroru warte są lektury. Zwłaszcza przed podjęciem decyzji o podobnej podróży po Indiach. Problemy stwarzają tam nie tylko uczestnicy ruchu drogowego, ale i np. pasażerowie autobusów wyrzucający przez okna, wprost na lub pod inne pojazdy, śmieci, butelki po wodzie, śliskie skórki bananów.

„Gdy patrzy się na indyjską drogę – znowu zacytuję – widać rowery, autobusy, ciężarówki, traktory, skutery, motory, samochody i… całą resztę. Ta „cała reszta” to wszelkiej maści pojazdy, często samoróby. Kwiat garażowego dizajnu i bezgranicznej fantazji twórców. Pojazdy trój-, cztero- lub jeszcze więcej kołowe. Przyczepy z dospawanymi z przodu motocyklami. Pompy strażackie, odpalane korbą, napędzające mikrobusy i wszystko, co da radę pojechać, zahamować i przewieźć kogoś lub coś. A przewieźć można i trzeba wszystko…”

Najciekawsze są jednak, również niezliczone, opisy sytuacji, w których znajdował się podróżnik. Zwłaszcza życia, obyczajów i zwyczajów miejscowej ludności. Np. szkół i domów dziecka, w których usiłował, często ze skutkiem, wyświetlać, oczywiście bezpłatnie, polskie kreskówki. Przyjmowane zresztą, nie tylko przez młodzież, ale także np. robotników, fantastycznie.

Chociażby prowadzonej przez jakąś fundację szkoły „Pradada Pradadi” w której dziewczęta z biednych rodzin mają zagwarantowaną nie tylko naukę, ale także dwa posiłki dziennie, ubrania, zeszyty, książki, miejsce w szkolnym autobusie lub rower. Ich rodziców trzeba jednak przekupywać, aby zgodzili się wysyłać te dziewczęta do szkoły nawet w takich warunkach – bo każda jeszcze za przyjście otrzymuje 10 rupii dziennie. Sumę śmieszną, ale dla nędzarzy znaczącą.

Początkowo rodzice zgarniali po paru dniach to „kieszonkowe”, sprzedawali dane dziewczynom rowery i przestawały one przychodzić do szkoły. Zmieniono więc zasady. Pieniądze te wpłacane są obecnie na konto uczennic, ale otrzymują je dopiero po ukończeniu szkoły. I to już jest kwota znacząca dla biednych. Za każdy dzień nieobecności potrącane jest jednak 20 rupii. Pomogło, nie ma wagarów.

Sporo miejsca zajmują opisy wierzeń oraz zwyczajów religijnych – i nie tylko, bo również przesądów i zabobonów. W Indiach – pisze autor – wierzą w ponad 30 milionów bogów, chociaż w rzeczywistości są to kolejne inkarnacje tych samych kilku ze szczytu panteonu. I dalej: „Kto zauważa sklepikarza, który, gdy odbiera pieniądze od pierwszego tego dnia klienta, dotyka nimi czoła, serca i na koniec delikatnie je całuje. Kto zauważa kierowcę taksówki objeżdżającego buddyjski chorten, zawsze z ruchem wskazówek zegara, bo tak nakazuje tradycja. Kto zauważa muzułmanina porzucającego swój skromny stragan z warzywami, który liczy na ludzką uczciwość lub życzliwe oko sąsiada, biegnąc do meczetu na 15 minutową modlitwę”.

Szalenie ciekawe są opisy zwyczajów weselnych z kultem złota oraz przyczynami rozwodów. Jeżeli np. astrologom „wyszło z horoskopu” – a są one obowiązkowe, że w kobiecie są „złe moce”, to najpierw, z całym ceremoniałem, wychodzi ona za mąż za psa czy drzewo, aby na nie przeszły te złe moce. A po szybkim rozwodzie, możliwy jest już „bezpieczny ślub” z wybranym. Czy powód dla rozwodu: „Żona rozwodzi się z mężem, bo w jego domu za często wyłączają prąd.”

Jest wśród tych relacji opis Lotu Donikąd (Flight To Nowhere) – starego airbusa 300 bez skrzydeł i silników, w którym biedne dzieci za drobną kwotę mogą poczuć się jak w prawdziwej podróży lotniczej. Z biletami, miejscami, stewardesami i…awaryjnym lądowaniem z ewakuacją ślizgami. To pomysł byłego pilota Bahadara Gupty. Czy drogi przez góry wykutej w ciągu 22 lat przez Dasratha Mandźi młotkiem i przecinakiem. Bo jego ukochana żona zmarła w drodze do odległego o 70 km lekarza. A po przebiciu tej drogi głębokiej na 7,5, szerokiej 9 i długiej 100 m, trasa z wioski skróciła się do 15 km!

Jest relacja z innej wioski, w której zebrane zboże kładzie się na drodze, aby wymłóciły je przejeżdżające samochody, gdyż wymaga to mniej pracy, niż uderzanie snopkami o koło ustawione na krótkim palu. Wiele miejsca w książce zajmują opisy Gangesu w różnych miejscach oraz związanych z nim wierzeń, pielgrzymek i obrzędów, pełne poruszających faktów. W Kalkucie, pisze autor, woda jest ponad 100 razy brudniejsza niż zdatna do kąpieli. A ludzie piją ją… 118 miast wylewa do tej rzeki ponad 3,6 mln litrów ścieków dziennie, z czego dwie trzecie bez żadnego oczyszczenia. I opisy sytuacji w niektórych wioskach nad Gangesem.

Znowu zacytuję: „Po 200 czy 300 metrach byłem w Indiach sprzed kilkudziesięciu lat. Krowie zagrody otaczał płot z kaktusów, dzieciaki srały w polu i podcierały się ziemią, a droga była tylko swoim własnym wspomnieniem.” Jest opis wysypiska śmieci, na którym świnie, psy i krowy zajmują się ich segregacją na jadalne i niejadalne. Przy czym każde z tych zwierząt jada co innego. Jedzenia rękami, bo zdaniem wielu hinduskich duchownych, zbliża to człowieka do pokarmu. Czy życia w interiorze: „Nie ma czasu na nic więcej niż to, co potrzebne i ważne. Pielgrzymka, ślub, pogrzeb, choroba, wezwanie do sądu. Resztę czasu spędza się na pracy. Całodziennej i codziennej.”. Żeby przeżyć.

Czy można więc dziwić się, że, znowu oddam głos autorowi: „Hindusi mają inny pomysł na Piekło i Niebo. Nie wierzą, że dusza po śmierci idzie do jednego z tych miejsc. Wierzą, i to od tysięcy lat, że Piekłem jest nasze codzienne życie.” Mimo widocznej fascynacji tym krajem, autor nie szczędzi mu niekiedy szokujących ocen. Pozwolę sobie jeszcze na trzy cytaty. „Prawdziwe Indie to hałas, chaos, zapach szczyn, przypraw i ludzkich ciał oraz upału.”

„Trudno brać serio kraj, który reklamuje się jako coś wspaniałego, jako największą demokrację świata i jako piątą potęgę ekonomiczną na świecie, gdy czyta się o tym w gazecie, siedząc przy świeczkach, bo akurat znowu zabrakło prądu.” „W Indiach kto tylko może, ten się miga od pracy, tym bardziej, że praca fizyczna historycznie i kulturowo uwłacza godności człowieka i bycie kierownikiem jest jedynie słusznym zajęciem.” Książka świetnie napisana, ładnym językiem, nie jest lekturą łatwą. Ale trudno się od niej oderwać. Zawiera również sporo zdjęć autora.

 

TUK TUK CINEMA. Robb Maciąg. Wydawnictwo Helion w serii Bezdroży. Wyd. I, Gliwice 2016, str. 264. ISBN 978-83-283-2956-0


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com