BEZDROŻA: O HIMALAIŹMIE - DLA CEPRÓW

 

Blisko 20 lat temu wybitny już wówczas taternik – alpinista – himalaista (sam najczęściej określa się tym drugim) Aleksander Lwow, zdobywca 4 „ośmiotysięczników” w Himalajach i Karakorum, uczestnik dwu najważniejszych polskich wypraw w góry najwyższe (zimowej 1979/80 na Everest i również zimowej 1987/88 na K-2) oraz licznych innych na trzech kontynentach, autor co najmniej kilku pierwszych w dziejach wspinaczkowych przejść lub wejść, napisał książkę o swoich górskich pasjach „Zwyciężyć znaczy przeżyć”. Dobrze przyjętą także przez czytelników nie uprawiających turystyki górskiej, nie mówiąc już o jej ekstremalnej, sportowej postaci. Po tragicznej śmierci w marcu ub. roku dwu wybitnych polskich himalaistów Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego schodzących, po zdobyciu szczytu, z Broad Peak, a następnie śmierci innego z naszych himalajskich asów Artura Hajzera na Gasherbrumie I wrócił do niej. Pisząc obszerną, bogato udokumentowaną i ilustrowaną – doliczyłem się w niej ponad 570 zdjęć i rysunków, w tym górskich szczytów, ścian i tras, a także ludzi o których w niej wspomina – książkę pod tym samym tytułem, z dodaniem do niego „20 lat później”.

 

Są to, nawiązujące do ubiegłorocznych tragedii, wspomnienia z uprawiania przez autora tego ekstremalnego sportu. A równocześnie odpowiedzenia zainteresowanym na pytania, z jakimi najczęściej spotyka się podczas spotkań i prelekcji dla „zwykłych” ludzi. Które sprowadzić można do: dlaczego wspinacie się?, jak to się odbywa?, jak funkcjonujecie w ekstremalnych warunkach? itp. „…na kartach tej jednej, w końcu wcale nie najgrubszej książki – napisał w jej zakończeniu – starałem się przelecieć 40 lat górskiego życia, zamarkować ileś tam wypraw, przypomnieć dziesiątki nazwisk i postaci, opowiedzieć jak najwięcej anegdot”.

 

Trochę żartobliwie można więc określić, że jest to w założeniu lektura o himalaizmie dla ceprów. Ludzie uprawiający ten sport o większości poruszonych w książce spraw bowiem wiedzą, a przynajmniej wiedzieć powinni. Autor dokonuje w niej jednak także oceny dziejów oraz aktualnej sytuacji polskiego alpinizmu. Który liczy już ponad sto lat, gdyż za jego początki uważa się pierwsze, ekstremalne górskie wejścia w Tatrach w 1910 roku. Góry te były i są zresztą kolebką polskiego wspinania się na skalne ściany i szczyty, stając z czasem taternictwem – sportem wyczynowym.

 

Dopiero później przyszła pora na Alpy – pomijam wcześniejsze, bo już w XIX wieku, wycieczki w nich niektórych naszych rodaków. Tak narodził się polski alpinizm, zaś dopiero w latach 70-tych XX wieku nasz himalaizm z ogromnymi sukcesami w latach 80-90-tych. Zwłaszcza zimowy, w którym Polacy osiągnęli bezprecedensowe sukcesy.

 

Na 14 głównych 8-tysięczników zaliczanych do „Korony Himalajów” (faktycznie obejmuje ona również szczyty w pakistańskim Karakorum, o czym nie wszyscy wiedzą lub pamiętają), aż 10 pierwszych (na w sumie 12, bo 2 szczyty nadal w zimie nie zostały zdobyte) wejść dokonali Polacy. Przede wszystkim dlatego, co podkreśla autor, że w lecie szczyty te już wcześniej zdobyli przedstawicieli innych nacji. Góry najwyższe są wyjątkowo nieprzyjazne człowiekowi.

 

Powyżej 7500 m n.p.m. rozciąga się, ze względu na ogromne rozrzedzenie powietrza, „strefa śmierci”. Zaś przebywanie powyżej 8 tys. m. możliwe jest, i to daleko nie przez wszystkich, nawet w maskach tlenowych, najwyżej do kilkudziesięciu godzin. Później następuje śmierć z powodu niedotlenienia i wyczerpania organizmu. Ten ekstremalny sport autor – jego uczestnik ocenia surowo.

 

„Alpinizm – pisze – jest sztuką bezsensownego cierpienia, gdyż zmusza do czynienia rzeczy znienawidzonych lub nieprzyjemnych, np. marznięcia, wczesnego wstawania, dźwigania ciężkich plecaków i rezygnowania z towarzystwa kobiet”. A nieco dalej stawia kropkę nad i: „Każdy himalaista musi się w końcu zabić, to tylko kwestia czasu i wytrwałości w uprawianiu tego sportu”. W książce tej są dziesiątki dowodów na to.

 

Zarówno spośród najwybitniejszych polskich himalaistów, jak i zagranicznych, których sylwetki i dokonania w krótszej lub dłuższej formie autor przedstawia w tej książce. Przyczyny tych śmierci w górach bywają różne. Tragiczne zbiegi okoliczności, niespodziewane załamanie się pogody, lawiny. Ale i brak właściwej oceny sytuacji oraz trudności z podjęciem decyzji o zrezygnowaniu z dalszego wspinania się. W rezultacie zaś osiągnięcie kresu możliwości życiowych organizmu.

 

A są przecież – podkreśla Lwow – „punkty śmierci”, miejsca, przekroczenie których w trakcie wspinaczki, nie tylko w górach najwyższych, oznacza brak możliwości powrotu przebytą drogą. „Warunkiem koniecznym uprawiania wspinaczki – pisze w innym miejscu – jest umiejętność opanowywania lub przełamywania drzemiącego w człowieku strachu.” Nie bez znaczenia jest też odpowiednie przygotowanie do osiągania ambitniejszych celów.

 

A z tym, zwłaszcza w młodszym pokoleniu wspinaczy, bywa obecnie różnie. Wcześniej odpowiednich umiejętności nabywali oni we wspinaczce skałkowej, później Tatrach i Alpach. Dopiero później w innych wysokich górach, a najwyższe były ukoronowaniem wielu lat pracy. Obecnie wystarczą odpowiednie środki, aby przeskakiwać poszczególne etapy nabywania umiejętności we wspinaniu i doświadczenia w obcowaniu z ekstremalnymi warunkami górskimi.

 

Dlaczego więc ludzie wspinają się? „Poszukiwanie sensu wspinania – pisze autor – jest bezcelowe”. I dalej „… w gruncie rzeczy najważniejsze jest samo zdobywanie, dążenie do celu i walka o osiągnięcie go, gdyż w naturze człowieka zakodowano, by wciąż zwracał się ku nowemu i nieznanemu. Pięknie i zwięźle oddaje to buddyjska zasada: „Droga jest celem”. Jak już podkreśliłem, jest to książka wspomnień.

 

Autor zaczyna ją jednak od śmierci wiosną 2013 roku dwu polskich himalaistów przy schodzeniu ze szczytu Broad Peak oraz krytycznego komentarza do Raportu o tej tragedii Polskiego Związku Alpinizmu. Miał do tego prawo większe od innych wypowiadających się na ten temat, poza ocalonymi uczestnikami tego wejścia, gdyż znał tamtejsze realia. Ćwierć wieku wcześniej próbował bowiem zdobyć ten szczyt wspólnie z M. Berbeką.

 

Wycofał się w trakcie ataku szczytowego wobec wyjątkowo złych warunków atmosferycznych, dzięki czemu, jak uważa, przeżył. Jego towarzysz wspinaczki zdołał co prawda wejść wówczas na tzw. przedwierzchołek (niższy tylko o 17 m, ale i godzinę wspinaczki), przekonany, że osiągnął szczyt, ale przy zejściu i w bazie wymagał intensywnej pomocy, aby uratować mu życie.

 

Czytelnik dowiaduje się więc sporo o obu tych wyprawach, ale przede wszystkim o samym autorze i jego życiu oraz fascynacjach. O drodze do wyczynowego wspinania się po skałach, górach i kominach – bo i takie były – poprzez pływanie, modelarstwo lotnicze, ukończenie technikum lotniczego, a po wielu latach, w czasie wolnym od wspinaczki, studiów technicznych.

 

Fascynacji jazdą na rowerze, rajdami turystycznymi, ukończeniem kursu dla grotołazów, a wreszcie wspinaczkowego. Z jego konsekwencjami: członkostwem w Klubie Wysokogórskim we Wrocławiu oraz zdobywaniem kolejnych etapów wspinaczkowego „wtajemniczenia”. Na nieodległych od tego miasta skałkach, w Sudetach, później Tatrach Wysokich, Alpach, wysokich górach w byłym ZSRR, wreszcie w Hindukuszu, Himalajach, Karakorum, Andach.

 

Z dosyć szczegółowymi opisami poszczególnych etapów. Zwłaszcza tatrzańskiego i schroniska w Morskim Oku oraz w Górach Najwyższych. Zwłaszcza Himalajach i Karakorum. Ale o nich za chwilę. Wspomnienia napisane są ciekawie, z niezliczonymi mało znanymi faktami, historyjkami, anegdotami itp. Jeszcze jeden przykład: pierwszej i nadal jedynej w historii katolickiej mszy odprawionej przez księdza, uczestnika wyprawy na Szczycie Gasherbrum I (8068 m n.pm.) w Kakarokum w maju 2010 r.

 

Niestety, zwłaszcza w pierwszej części książki, napisane trochę chaotycznie, z brakami jedności czasu i miejsca narracji oraz niezliczonymi wtrętami. Przypominaniem historii bądź wydarzeń sprzed lat, lub wybiegających w przyszłość. Nie zawsze istotnych, ważnych być może dla ich uczestnika i autora, ale już nie dla współczesnego czytelnika. Z tego też powodu czytało mi się tę książkę, zwłaszcza jakąś pierwszą jedną trzecią jej objętości, dosyć ciężko.

 

Później albo przyzwyczaiłem się do tego sposobu narracji, albo relacje i opisy wydarzeń były bardziej jednorodne. Niektóre zresztą znakomite. W trakcie lektury zapisałem blisko 30 stron notatek uwzględniając w nich fakty, wydarzenia i opinie oraz cytaty o których warto by wspomnieć w recenzji. Co, oczywiście, ze względu na ich mnogość, okazało się zupełnie nierealne.

 

A przecież aż się prosiło aby szerzej zacytować, a przynajmniej omówić to, co autor napisał np. o historii zdobywania Everestu. O pierwszej próbie wejścia na ten szczyt w 1924 roku przez Georga Leigh Mallorego z towarzyszem, którzy nie wrócili z tej wyprawy. Nie wiadomo zresztą, czy Mallory nie dotarł na szczyt, a zginął dopiero schodząc. Wiadomo, że osiągnął wysokość 8540 m.

 

Na 8450 m. znaleziono czekan jednego z uczestników, na 8300 m. w 1999 r. jego dobrze zachowaną mumię. Ale to, czy 8 czerwca 1924 roku zdobył, lub nie szczyt, mogłyby wyjaśnić dopiero zrobione przez niego zdjęcia. Niestety, jego aparatu dotychczas nie znaleziono. Szalenie ciekawa jest, przytoczona w tej książce, chyba mało znana poza gronem himalaistów i specjalistów, historia próby wejścia na Everest przez angielskiego zupełnego amatora we wspinaczce górskiej Maurice Wilsona w 1933 roku.

 

Wierzącego, że Bóg mu pomoże. Była ona w tamtych warunkach od początku skazana na klęskę. Osiągnął on jednak niebywale dużo. Kupił dwupłatowy samolot z demobilu i nauczył się nim na tyle latać, że doleciał z przygodami do Indii. Tam go sprzedał i z dwoma miejscowymi tragarzami przedostał się, bez zezwolenia, do Tybetu i 16 kwietnia 1934 roku zdołał dotrzeć na wysokość 6250 m np. Zginął, szczegóły znane są z jego dziennika znalezionego przez inną nieudaną wyprawę w 1934 roku.

 

Takich historii, dotyczących również polskich wypraw, także najsłynniejszych, w których uczestniczył autor, są w książce dziesiątki. Nie tylko w Himalajach, ale i w Alpach, Andach, Pamirze i innych górach. Wartych przypomnienia oraz upamiętnienia faktów, ludzi i miejsc, chyba setki. Ciekawe są również opinie autora na temat kryzysu w polskim himalaizmie w okresie przemian ustrojowych, po okresie jego ogromnych sukcesów w latach 80-90 XX w.

 

Które, co na pewno nie spodoba się wielu czytelnikom, sprowadzić można do stwierdzenia, że osiągnięcia były możliwe… dzięki ustrojowi socjalistycznemu, w którym wyprawy w znacznym stopniu finansowało państwo. A także determinacji ich uczestników, aby wykorzystać szansę, bo następnej może nie być. „To powodowało – zacytuję – że decyzję o odwrocie, rezygnacji ze zdobycia szczytu nie podejmowano lekko. Tak jak wyprawy zachodnie, które mogły ponowić próbę za rok czy dwa.”

 

Ważnym źródłem finansowania wypraw były również ogromne na owe czasy dochody z prac wysokościowych ( "alpinizm przemysłowy"), zwłaszcza malowania fabrycznych kominów wykonywane przez alpinistów. Po przemianach ustrojowych od roku 1989 środków na sportowe, wyczynowe wyprawy wysokogórskie praktycznie zabrakło. Łatwiej jest o nie (sponsoring firm produkujących sprzęt itp.) w przypadku wypraw komercyjnych. A młodzieży nie jest już potrzebny himalaizm aby zwiedzać świat…

 

Ale te współczesne wyprawy, zwłaszcza na Everest oraz kilka innych, uważanych za łatwiejsze, ośmiotysięczników, autor ocenia – i trudno z nim się nie zgodzić – bardzo krytycznie. „Z racji swej wyjątkowości – zacytuję – Everest skupia w sobie, jak w soczewce, wszelkie możliwe skrajności – wielkość i małość alpinizmu, heroizm i podłość ludzi, sportowy wyczyn i żałosną komercję, marzenia i porażki, nadzieje i rozczarowania. Jest też polem nieustającej rywalizacji ludzi z ludźmi i ludzi z Naturą, a wszystko, co dzieje się na tej górze, niejako automatycznie przyciąga i skupia na sobie uwagę mediów.”

 

I w innym miejscu: „Obecnie 90% dzielnych zdobywców himalajskich olbrzymów dokonuje tego idąc po linii najmniejszego oporu, tzn. w ramach wypraw komercyjnych, najłatwiejszą drogą zaporęczowaną i przedeptana od dołu do góry, z szerpami (ogólnie: tragarzami wysokościowymi), z tlenem i stosując metodę „oblężniczą”, lecz tylko nieliczni potrafią zachować właściwy dystans do własnych dokonań.”

 

A napisał to człowiek, który nigdy podczas wspinaczek nie wspomagał się tlenem. Ma zresztą na jego temat w najwyższych górach też nieco odmienne zdanie. Dodając w innym miejscu, że na Everest weszło już grubo ponad 3 tys. ludzi. Niektórzy wielokrotnie – rekordzista 21 razy. Wprowadzono niewidomego, bite są rekordy „najmłodszego” (9 lat) najstarszego i najstarszej (76 lat i 340 dni oraz 73 lata) mężczyzny i kobiety itp.

 

Już z tego co napisałem, wynika chyba jasno, że jest to książka nie tylko warta przeczytania, ale stanowi też znaczącą, chociaż dla wielu chyba również, przynajmniej w szczegółach, kontrowersyjną pozycję w literaturze górskiej. A przecież ciekawych faktów i spostrzeżeń jest tam wielokrotnie więcej niż jestem w stanie wspomnieć.

 

M.in. na temat warunków organizowania wypraw, pokonywania biurokratycznych i granicznych barier nie tylko w Polsce, czy inwigilacji i prób werbowania niektórych alpinistów (m.in. o procesie „taterników”) przez Służbę Bezpieczeństwa PRL. O nielicznych, na szczęście, szwindlach i oszustwach, próbach „zaliczania sobie” szczytów, na które nie udało się wejść, z drastycznymi przykładami Koreanki i Słoweńca.

 

O „wstydliwych” faktach dotyczących polskiego himalaizmu, np. przemycania przez niektórych, aby zdobyć środki na wyprawy, złota i elektroniki itp. I w ogóle trochę historyjek z „taternickiego magla”, czy życia wrocławskiego środowiska wspinaczy. A nawet o udziale, nielicznych polskich alpinistów, głównie zresztą mieszkających zagranicą, w wojnie w Afganistanie przeciwko ZSRR. To znowu tylko nieliczne przykłady.

 

Bo są jeszcze sylwetki najwybitniejszych polskich i niektórych zagranicznych alpinistów i himalaistów z ich późniejszymi losami oraz wiele innych ciekawych faktów i informacji. Przeczytałem tę książkę z uwagą oraz dużym zainteresowaniem. Należę do tej większości, która nigdy nie pasjonowała się wspinaczką wysokogórską, a przynajmniej osobistym w niej udziałem. Kocham góry, w młodości chodziłem po nich nawet „ostro”, chociaż tylko turystycznie.

 

Zaliczając, zwłaszcza w Tatrach, chyba większość szczytów po obu stronach granicy od Garłucha w dół, osiągalnych bez stosowania technik taternickich. „Zdobywając” Złoty GOT (Górską Odznakę Turystyczną PTTK) w 1957 r., zaś w 1958 r. znacznie u nas rzadszą Odznakę Turysty SSSR. Bo liznąłem też to i owo z gór zagranicznych i wysokich, chociaż nie ich najwyższych partii, w Europie, Azji i Ameryce Południowej. I nadal, jak tylko trafia się okazja, chodzę jeszcze po łatwiejszych szlakach alpejskich bądź krajowych.

 

Sądzę, że pomaga mi to lepiej zrozumieć zarówno alpinistów jak i książkę jednego z liczących się w tym gronie. Ale i dostrzec jej wady. Nie tylko, wspomnianą już, miejscami trochę chaotyczną relację, z wtrętami o banalnych faktach w ciekawych miejscach innej narracji, czy sporo powtórzeń faktów i opinii. Przede wszystkim brak rzeczy nieodzownej, moim zdaniem, w takiej publikacji.

 

Dobrego i pełnego indeksu nazw miejsc, szczytów, opisywanych tras wspinaczkowych, a także wymienionych w tej książce ludzi. Przydałby się również słowniczek terminów i określeń fachowych, bo nie wszystkie, w tym pisane przez autora kursywą, są zrozumiałe. A nawet kalendarium najważniejszych polskich sukcesów w górach najwyższych. Podsumowując: jest to książka ciekawa i wartościowa, chociaż raczej nie dla „masowego czytelnika”.

 

Ale warta polecenia zarówno stawiającym pierwsze kroki w taternictwie lub alpinizmie, jak i wspinaczkowym „starym wygom”. Bo i ci ostatni na pewno wiele się z niej mogą dowiedzieć nowego i nauczyć. A ponadto miłośnikom gór, także biernym, ale interesującym się polskim i światowym alpinizmem, nawet tylko z foteli przed telewizorami. Czy nurtowanych pytaniami w rodzaju: po co oni tam włażą? Jak tam jest w tych wysokich górach? I podobnymi.

 

ZWYCIĘŻYĆ ZNACZY PRZEŻYĆ. 20 LAT PÓŹNIEJ. Autor: Aleksander Lwow. Wydawnictwo Bezdroża – Helion. Gliwice 2014, str. 429, cena 39,90 zł. ISBN: 978-83-246-8278-2


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com