NADARZYN: WORLD TRAVEL SHOW 2018 OTWARTE

Na terenie podwarszawskiej gminy Nadarzyn otwarto III edycję trzydniowych (19-21 października) międzynarodowych targów turystycznych Word Travel Show 2018.

 

TRZY SALONY

 

Składają się one z trzech części nazywanych salonami: Turystyki krajowej i zagranicznej, Camper&Caravan oraz Warszawskiego Salonu Jachtowego. Krajem partnerskim w br. są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. A pozyskanie ich do tej roli, z wystąpieniem na uroczystym otwarciu imprezy JE Ambasador USA w Polsce Pani Georgette Mosbacher, jest chyba największym tegorocznym sukcesem organizatorów.

Plusem od początku istnienia tych targów są dobre warunki wystawiennicze z przestronnymi halami i zapleczem. Bo z tym, co na międzynarodowych targach turystycznych – i nie tylko – jest najważniejsze dla wystawców i zwiedzających, już tak wspaniale nie jest. WTS nazywane są „Światowymi” i „Największymi w Europie Środkowej”.

Widocznie autorzy tego określenia nie uważali na lekcjach w szkole i nie wiedzą, że Berlin i Wiedeń też leżą w tym regionie naszego kontynentu. A w porównaniu, zwłaszcza z berlińskimi ITB, nadarzyńska impreza jest tylko prowincjonalną.

Przy czym zapowiedzi organizatorów „W wydarzeniu udział weźmie 800 wystawców w tym 300 z zagranicy” ładnie brzmiały na konferencji prasowej i w publikacjach, ale dosyć żałośnie wyglądają w rzeczywistości.

 

„ŚWIATOWOŚĆ” WIDZIANA Z PODWARSZAWSKIEJ GMINY

 

Jak więc naprawdę wygląda „światowość” tych targów? Lista wystawców jest rzeczywiście długa, ale nie uwzględnia tylko krajów czy ich znaczących regionów, ale każde stoisko, nawet miasteczka czy gminy, lub niewielkiej firmy handlującej na nich pamiątkami, torbami czy turystycznymi akcesoriami.

Wymienienie nazw nieobecnych krajów zajęłoby co najmniej stronę, znacznie prościej wypada to więc w przypadku uczestniczących w imprezie. Dodam, że dobrym tegorocznym pomysłem okazało się podzielenie turystyki i wystawców zagranicznych oraz krajowej, z rozmieszczeniem ich w różnych, chociaż połączonych ze sobą brezentowymi przejściami halach.

Podobnie jak w części międzynarodowej wyodrębnienie, także wizualnie, kontynentów: Europa, Afryka, obie Ameryki, Azja. W przypadku naszego, na wyliczenie stoisk narodowych wystarczy palców jednej ręki: Albania, Chorwacja, Czechy, Cypr, Słowacja. Największych europejskich krajów i popularnych kierunków wyjazdowych naszych rodaków albo zupełnie brak, np. Austrii, Hiszpanii, Francji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, albo reprezentowane są przez pojedyncze regiony lub miejscowości.

W przypadku Białorusi obwody: brzeski z Puszczą Białowieską i grodzieński. Niemiec: Brandenburgię i Saksonię. Litwę: Kowieńszczynę. Rosję: Kazań – stolicę nadwołżańskiego Tatarstanu, przedstawiającego się jednak jako „trzecia oficjalna stolica Rosji”.

 

KTO JEST, A KTO ZREZYGNOWAŁ?

 

Ukrainę: Odessę, Tarnopolszczyznę oraz Wołyń z Łuckiem. Węgry: komitat Peszt. Włochy: Trentino. Niektóre kraje europejskie, np. Grecję i Turcję, czy Rumunię, starały się reprezentować biura podróży organizujące do nich wyjazdy. Podobnie jak zaliczaną również do naszego kontynentu Gruzję, dwie niewielkie, chociaż z ciekawą ofertą firemki.

Islandię i Wyspy Owcze promuje, zapraszając na wycieczki na nie, świeżo powstałe polskie biuro podróży Blue Mermaid Travel. Zupełnie zniknęły, obecne w ub. roku: Armenia, Czarnogóra i Estonia. Z nieobecnej w 2017 r. Portugalii pojawiła się Braga nie znajdująca nawet w pierwszej „10” tamtejszych najpopularniejszych miejscowości.

W przypadku Azji te braki są jeszcze bardziej widoczne. Nie ma obecnych w ub. latach, chociażby w jakimś zakresie: Chin, Indii, Japonii, Korei, Pakistanu czy Uzbekistanu. Jest wyróżniające się, z ciekawa ofertą, kilkoma tamtejszymi biurami podróży i przedstawicielstwem linii lotniczych Air Astana, narodowymi strojami, kulturą i potrawami, zorganizowane przez jego ambasadę w Warszawie, stoisko największego z proradzieckich krajów Azji Środkowej, Kazachstanu.

I bardzo ładnie promująca się, z licznymi wydawnictwami w języku polskim oraz częstująca zwiedzających oryginalną cejlońską herbatą Sri Lanka. Inne kraje, nawet w jakiś sposób obecne, np. Tajlandia, są mało zauważalne.

 

WIĘCEJ AFRYKI

 

Jeżeli chodzi o kontynenty amerykańskie, to poza największym, zorganizowanym przez ambasadę USA w Warszawie i Dominikany oraz Kuby, raczej symbolicznie i to nie w stoiskach narodowych, obecna jest Argentyna, Panama (stoisko ambasady) i Wenezuela, co w przypadku tej ostatniej wygląda na ponury żart wobec obecnej sytuacji w tym kraju i praktycznie całkowitego zamarcia wyjazdów turystycznych do niego.

Liczniej niż w ub. r. reprezentowana jest Afryka. Nie ma co prawda Egiptu, symbolicznie zauważalne jest Maroko, które w ub. r. było krajem partnerskim, ale jest, co prawda w skromnej postaci, Tunezja, RPA, Madagaskar, Ghana, Sudan, Kenia, Tanzania, Zanzibar i to już chyba wszystko.

Chociaż widok samotnie siedzącego w jednym ze stoisk afrykańskich czarnego pana z dwoma – dosłownie – folderami przed nim, raczej nie zachęca do zainteresowania się tym krajem. Z Bliskiego Wschodu Izrael reprezentuje Elat. Z „dalszego świata” dają się zauważyć Filipiny. Trochę zmieniła się, moim zdaniem na korzyść, oprawa i część artystyczno – muzyczna pawilonu międzynarodowego. Przyjechało co prawda kilka zespołów artystycznych, m.in. białoruski i niewielka orkiestra ukraińska, w stoiskach są przedstawiciele różnych krajów w strojach ludowych i narodowych oraz występy, ale jest zdecydowanie ciszej, bez łomotu i hałasu zakłócającego konferencje, prelekcje i prezentacje odbywające się po sąsiedzku.

 

BOGATY PROGRAM TOWARZYSZĄCY

 

Program towarzyszący targom jest bowiem bogaty, co również należy uznać za plus targów. Podobnie jak gastronomię w wielu miejscach i z dużym wyborem, nawet kuchni chińskiej. Chociaż po porze lunchu widziałem raczej smutne miny personelu tych bufetów z przygotowanymi stertami przekąsek i pojemnikami dań na gorąco oraz niewielkim zainteresowaniem nimi.

Wróćmy jednak do imprez. Kolejki po autografy ustawiały się do stoisk piszących i publikujących oraz umiejących promować się podróżników. Spore zainteresowanie budziły też różnego rodzaju prezentacje, przeglądy oferty turystycznej i kulturalnej. Chociaż widziałem także kilkoro prelegentów występujących pierwszego dnia targów przed widownią z 200 krzesłami, na których doliczyłem się niewiele ponad 10 słuchaczy.

Za dobry pomysł uważam oddzielenie turystyki krajowej od zagranicznej i umieszczenie ich w różnych pawilonach. Nie ma już takich nonsensów, jak w ub. roku, gdy np. stoisko Kozienic wciśnięto między Czarnogórę i Maroko.

Porównanie z poprzednią edycją targowy wypada zdecydowanie na korzyść kraju. Reprezentowanych, i to ciekawie, w dużych stoiskach, jest większość naszych regionów. Wyróżniają się Mazowsze, Śląsk z Katowicami, Łódzkie oraz z niego Piotrków Trybunalski.

 

DOPISAŁY POLSKIE REGIONY

 

Ale również Sądeckie, Lubelskie, Kujawy i kilka innych regionów, lub poszczególnych miejscowości i obiektów. Turystyka wiejska, Czarny Groń, Bochnia, Szwajcaria Kaszubska, czy park dinozaurów Bałtów. Reklamujący się już w hali międzynarodowej wielkim dinozaurem z tworzywa sztucznego.

Brak jednak, chociaż prezentowały się w ub. roku, Podkarpacia (Poza Krosnem – Miastem Szkła), Podlasia, Ziemi Lubuskiej. Chyba mniej jest różnych firm transportowych i muzeów. Niektóre stoiska prowadzą też handelek pamiątkami. Między nimi znajdują się różnych firm oferujące odzież, obuwie, sprzęt turystyczny i sportowy itp.

Zresztą w hali międzynarodowej też jest m.in. duże stoisko Mercedesa, Polskiej Izby Turystyki, National Geografic czy UNICEF. Jakoś przecież trzeba było tę powierzchnię zapełnić. Bo nawet przy dosyć luźnym rozstawieniu stoisk i większych pawilonów wystawienniczych, pozostały jeszcze setki metrów kwadratowych wolnych przestrzeni.

Spore zainteresowanie budzi Salon Jachtowy w ramach określanych jako największe w Polsce targi jachtów i camperów. Sporo jest też innych jednostek pływających od licznych kajaków, poprzez rowery wodne po pontony.

 

DROGIE BILETY

 

Impreza trwa, program jest bogaty i każdy może znaleźć coś dla siebie. Problem w tym, czy zechce. Barierą zniechęcającą do tego są tegoroczne ceny biletów: po 40 zł. Przy kilkuosobowej rodzinie to już spory wydatek. W dniu otwarcia ruch na targach był zdecydowanie mniejszy niż w roku ubiegłym.

Mimo iż kilkunastoma autokarami przywieziono młodzież, chyba ze szkól turystycznych i hotelarskich. Tłoczno było na uroczystym otwarciu. Przed największą sceną z 250 krzesłami dla bardzo wielu osób zabrakło nawet miejsc siedzących. Przybyli bowiem licznie oficjele, korpus dyplomatyczny, działacze turystyczni i podróżnicy.

Ale już przed godziną 14.00, a targi czynne były do 18.00, na wielu stoiskach wystawcy siedzieli samotnie nudząc się i czekając, aż ktoś zainteresuje się ich ofertą. Targi już dawno przestały być bowiem miejscem kontaktów przedstawicieli turystycznej branży polskiej i zagranicznej.

Od tego jest Internet i bezpośrednie spotkania z dawnymi i stałymi partnerami, ewentualnie na ITB w Berlinie. Tutaj wystawcy czekają przede wszystkim na potencjalnych turystów, którzy zainteresują się ofertą ich krajów, lub konkretnych miejscowości i firm.

 

BRAK KOMUNIKACJI PUBLICZNEJ

 

A zwiedzających, jak dowiedziałem się od zaprzyjaźnionych zagranicznych wystawców, także w sobotę było mniej niż przed rokiem. Co stawia pod znakiem zapytania sens udziału wystawców w takiej imprezie. W br. narzekają oni również na zawyżone ceny wynajmu powierzchni wystawienniczej oraz dodatkowe opłaty, m.in. za oświetlenie.

Które w halach generalnie budzi sporo zastrzeżeń, jako zbyt oszczędne. W br. barierą zniechęcającą do zwiedzania WTS są jednak ceny biletów. No i fatalne warunki dojazdów komunikacją publiczną, której z centrum Warszawy brak.

Własnym środkiem transportu można dojechać teoretycznie, gdy nie ma korków, w ciągu około 25 minut.

Dwie podmiejskie linie autobusowe z dosyć odległej krańcówki tramwajów na Ochocie, przejeżdżające w sporej odległości obok terenów targowych PTAK EXPOw gminie Nadarzyn, kursują, w zależności od pory dnia, co jedną lub… dwie godziny.

Organizatorzy „zapewniają” co prawda bezpłatny dojazd specjalnym autobusem, ale stanowi on jakieś nieporozumienie. Ten, kto ustalał jego rozkład jazdy: co godzina spod Dworca Centralnego i spod targów jednego autobusu kursującego wahadłowo, nie miał albo elementarnej wiedzy w tym zakresie, ani wyobraźni.

 

„BEZPŁATNY AUTOBUS” Z BLISKA"

 

Przejechanie w tym czasie tych odcinków, przy różnym nasileniu ruchu, jest przeważnie niemożliwe. Co powoduje załamanie się częstotliwości odjazdów przeważnie już po pierwszych kursach. Tak było zresztą również w latach ubiegłych, ale nie wyciągnięto z tego żadnych wniosków. J

ak to wyglądało w dniu otwarcia w praktyce, przekonałem się osobiście. Skorzystałem z pierwszego kursu o godz. 9.00 sprzed stacji WKD koło Dworca Centralnego. Kierowca autobusu wynajętego w jednym z podwarszawskich miasteczek, pewno „aby było taniej”, pomylił drogę, wiózł nas okrężną przez Michałowice i jeszcze jakieś inne miejscowości.

I nie wysadził, jak w latach poprzednich, przed głównym wejściem na targi, lecz na przystanku autobusów podmiejskich, odległym od niego o około kilometr i kwadrans dojścia. Po czym, jak dotarliśmy w gronie kilku dziennikarzy do tego wejścia, to okazało się, że przez nie nas nie wpuszczą.

Bo najpierw trzeba w recepcji odebrać plastikowe identyfikatory, nawet jeżeli wcześniej załatwiło się akredytację. Recepcja ta mieści się przy wejściu z drugiej strony do hali, odległym o kilkadziesiąt metrów od tego, w którym nas zatrzymano. I ochroniarze, mimo pokazywania legitymacji prasowych, nie przepuszczali, „bo nie mamy identyfikatorów”.

 

NIGDY WIĘCEJ !

 

usieliśmy pójść tam dookoła, i to nie jednej hali, lecz całego ich ciągu, gdyż połączone są one brezentowymi tunelami i w żadnym miejscu nie można ich przekroczyć w poprzek. Oznaczało to ponad kilometrowy „spacer”, tak krótki tylko dlatego, że po awanturze przy którejś z kolei barierze, ochroniarz zgodził się przeprowadzić nas na drugą stronę, abyśmy nie weszli na teren targowy bez uiszczenia stosownej opłaty.

Taki miał rozkaz i o to trudno było winić o ten idiotyzm organizacyjny. W drodze powrotnej było jeszcze ciekawiej. Dojście z hali na przystanek zajęło mi kwadrans. A czekanie na autobus, który miał ruszyć o 16.28, kolejne 35 minut, bo nie zdążył dojechać z Warszawy.

Mimo, że był pojemny, przegubowy, siedzących miejsc starczyło tylko dla części zwiedzających targi i czekających na przystanku. Podróż pod Dworzec Główny miała trwać do 25 minut. Po przebijaniu się przez ponad 40 minut przez korki, autobus „rozkraczył się” blisko 2 km przed Dworcem Zachodnim, między przystankami autobusów miejskich.

Kierowca stwierdził krótko: proszę wysiadać, dalej nie jedziemy!. W rezultacie droga z hali targowej do centrum Warszawy zajęła mi ponad 2 godziny! Wniosek: Nigdy więcej! Niech na te „Światowe targi” na podwarszawskim pustkowiu w ten sposób podróżują inni naiwni!

 

Zdjęcia autora


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com