GALINDIA - MAZURSKI EDEN

 

 

Jedziemy mazurską drogą wśród lasów w okolicach Iznoty koło Mikołajek. Mijamy, nie zauważając, jakieś drewniane rzeźby i znaki. Nagle zatrzymuje nas dwu drabów w strojach jak z filmów o wczesnym średniowieczu. Skórzanych czapach i butach do połowy łydek sierścią na zewnątrz oraz takich samych strojach, spod których wyłażą jednak dżinsy. W rękach trzymają długie pały. Stać! Do kogo? Po co? Gdy okazuje się, że umówieni jesteśmy z szefem i właścicielem Galindii nazywanej też Mazurskim Edenem, możemy podjechać pod drewniany częstokół otaczający główny obiekt jego siedziby oraz schody prowadzące do recepcji.

 

 

PRZYGODA NIEMIECKICH GOŚCI

 

I tak potraktowani zostaliśmy ulgowo, nie tak jak swego czasu grupa niemieckich biznesmenów. Im drogę tu zatarasowały powalone pnie drzew. Autokar otoczyli ubrani w skóry, brodaci oraz uzbrojeni w maczugi i włócznie ludzie. Większość gości zza Odry znała Polskę tylko z niezbyt pochlebnych dla nas wówczas gazet oraz opowieści.

 

I była przekonana, że napadli na nią tak dziwnie ubrani prawdziwi rosyjscy gangsterzy. Bez sprzeciwu wyjmowali portfele, zdejmowali zegarki, panie bez oporu także biżuterię. Oddawali i inne cenne przedmioty. Wywleczono ich z autokaru, spętano i wyprowadzono do lasu. Część grupy poszła na bagna, reszta do kurhanu.

 

Dopiero po chwili zorientowali się, że ten niesamowity skok adrenaliny jaki im zaaplikowano, to uzgodniona z szefostwem wyjazdu dodatkowa atrakcja. Bo Galindia jest co prawda ośrodkiem wypoczynkowo – konferencyjnym, ale zupełnie nietypowym. Jej właściciel odtworzył, a przynajmniej miał i ma taki zamiar, wczesnośredniowieczną osadę żyjącego wówczas najprawdopodobniej w tym regonie plemienia Galindów.

 

Spokrewnionych z Prusami i podobnie jak oni wytępionymi. A ich niedobitki zostały zasymilowane przez zwycięzców. Pragnąc, już po powrocie do domu, dowiedzieć się z bardziej godnych zaufania źródeł niż Wikipedia, w której m.in. pomylono Polan z Polakami, czegoś pewnego o Galindach, sięgnąłem do encyklopedii.

 

KREWNIACY PRUSÓW I LITWINÓW

 

„Galindja”, bo hasła „Galindowie” brak – czytam w przedwojennej Encyklopedii Powszechnej Gutenberga – południowo–wschodnia część kraju Prusów (Prusy Wschodnie). Dziś jest zamieszkała w całości przez Mazurów pruskich.” O jej mieszkańcach – Galindach, ani słowa. Sięgam więc do hasła „Prusacy”, a w nim znajduję:

 

„ Plemię spokrewnione z Litwinami, zamieszkiwali pierwotnie Prusy Wschodnie, zajmowali się rolnictwem, rybołówstwem, pszczelnictwem i łowiectwem. W małżeństwie istniała poligamia i kupno żon, religia polegała na czci sił przyrody, uosobionych w różnych bóstwach, ceremonje wykonywał stan kapłański, przyczem składano ofiary w ludziach, zwłoki zmarłych palono…”.

 

Hasło „Galindowie” znajduję w Nowej Encyklopedii Powszechnej PWN, a w nim informację: „Plemię zachodniobałtyckie wymienione w XIII w. przez krzyżackiego kronikarza Piotra z Duisburga i lokalizowane w zachodniej części Pojezierza Mazurskiego. G. są powszechnie kojarzeni z ludem Galindai, wspomnianym przez Klaudiusza Ptolomeusza, łączonym z wielkim skupiskiem stanowisk archeologicznych z I w p.n.e. – IV w n.e. na Pojezierzu Mrągowskim i w Krainie Wielkich Jezior.

 

Pozostawili po sobie liczne rozlegle cmentarzyska z bogatym wyposażeniem grobowym, obejmującym m.in. liczne przedmioty pochodzące z cesarstwa rzymskiego (fibule, monety). Niewątpliwie dobrze rozwinięte kontakty ze światem śródziemnomorskim były związane (podobnie jak w przypadku Estów) z handlem bursztynem, wydobywanym z miejscowych złóż…”.

 

Następnie są ciekawe informacje o wędrówkach Galindów z Gotami na południe Europy, m.in. do Hiszpanii. I dalej:

 

„W XII w. najazdy Jaćwingów i Polan doprowadziły do rozbicia G; do czasów krzyżackich przetrwały ich tylko niewielkie skupiska. W XIII-XIV w. dawne terytorium G. stanowiło nie zamieszkaną tzw. Pustać Galindzką, na której osadzano mazowieckich chłopów (Mazurów), przodków mazurskiej ludności Prus.”

 

U UJŚCIA KRUTYNI DO JEZIORA BEŁDANY

 

Nawiązywanie więc do nich w tym miejscu, nad rzeką Krutynią i jeziorem Bełdany, jest więc jak najbardziej uzasadnione. Chociaż o jakiejkolwiek kontynuacji, poza nazewnictwem mowy być nie może. Skąd się wziął jednak pomysł stworzenia Galindii?

 

O tym rozmawiam z Yzegusem II, jej twórcą i szefem Cezarym Kubackim, psychoterapeutą i lekarzem oraz jego żoną Helena II Piękną – Marią Kubacką, którzy tak nazywają się również na biletach wizytowych. Opowiadają o prapoczątkach ich Galindii oraz pomyśle na nietypowy ośrodek.

 

– W 1971 r. – wspomina obecny Yzegus II – przyjechaliśmy, ja jako lekarz, do ogromnego szpitala nad jeziorem, wybudowanego jednak bez mieszkań dla personelu. Pojechałem do Mikołajek aby kupić drewniane domki dla pracowników. A tam zaproponowano mi przeniesienie się do ośrodka zdrowia w Ukcie nad Krutynią, bo akurat poszukiwali lekarza.

 

Żona zdecydowała, że bardzo jej się tu podoba i nie zamierza ruszać się dokądkolwiek. Przyjąłem więc propozycję tej pracy i zacząłem „judymowanie”. Kupiłem katamaran aby mieć własną łódź i łowić ryby na pobliskim jeziorze Bełdany. W 1976 r. trafiła nam się okazja kupienia nad nim, u ujścia do jeziora Krutyni, 20 hektarów leśno – bagnistych gruntów.

 

Wówczas wymagany do tego był dyplom rolnika, oboje zdali więc eksternistycznie egzamin i stali się dodatkowo „rolnikami”. Do własnej ziemi wydzierżawili drugie tyle i stworzyli największa w Polsce plantację ziół leczniczych. Duże pieniądze, wspominają, zrobili w okresie stanu wojennego osobiście zbierając i susząc zioła dla „Herbapolu”.

 

A później tworząc Galindię z myślą o ośrodku wypoczynkowym. Nietypowym jednak, gdyż nawiązującym do żyjących gdzieś w tych stronach plemion Bartów i Galindów. Zbudowali parterowy hotel o 180 miejscach noclegowych, z wysokim poddaszem wykończony drewnem i otoczony palisadą oraz rzeźbami w drewnie.

 

LOCHY, TERMY, UROCZYSKA…

 

A także takie budowle lub pomieszczenia jak pieczary, groty biesiadne, termy, lochy demonów, studnie głodowe, uroczyska leśne, kamienny krąg rytualny, labirynt Galindów itp. Dr Kubacki postanowił sobie za cel zrekonstruować zwyczaje i kulty dawnych mieszkańców tych ziem. O których, jak wynika ze źródeł przytoczonych na wstępnie, wiadomo bardzo mało.

 

Są to więc, chociaż twórca Mazurskiego Edenu może się na to obruszyć, bardziej wyobrażenie na zasadzie analogii do innych plemion w tej części Europy w tamtych czasach, jak m o g l i żyć Galindowie. A nie rekonstrukcja ich osady. Na życzenie turystów „odtwarzane są” jednak obrzędy i zwyczaje dawnych mieszkańców.

 

Przy czym goście nie są w nich biernymi widzami, lecz przebranymi w stroje nawiązujące do wczesnego średniowiecza w tych stronach współuczestnikami tych zabaw. Kilka razy do roku odbywają się tu również rytualne spotkania Galindów.

 

W sali w piwnicy można obejrzeć w telewizorze – średniowieczna sceneria nie wyklucza obecności tu zdobyczy nowoczesnej techniki – zarówno filmowe relacje z nich, jak i opowieści o życiu i zwyczajach dawnych mieszkańców tych stron.

 

Yzegus II wierzy, że w XXI wieku w leczeniu niektórych schorzeń, zwłaszcza nerwic, depresji, uzależnień alkoholowych czy zaburzeń zachowań emocjonalnych, mogą być pomocne niektóre elementy dawnych technik szamańskich. Uzupełnia więc o nie swoją wiedzę lekarską i stosuje w psychoterapii.

 

Wewnątrz głównego budynku hotelowego są mroczne piwnice – w jednej z nich rozmawiamy przy świecy, a Yzegus II wyjaśnia mi niektóre problemy rysując to i owo na kartce papieru. W Bursztynowej Komnacie znajduje się ciekawy i bogaty zbiór tych skamieniałych łez drzew iglastych.

 

Na każdym kroku, zarówno w budynku jak i na zewnątrz oraz rozrzucone, a raczej rozstawione po całym terenie, są niezliczone rzeźby nawiązujące do przypuszczalnych wierzeń i zwyczajów Galindow. Dziesiątki, raczej nawet setki. Mój rozmówca nie jest w stanie określić nawet w przybliżeniu ich liczby.

 

MIEJSCE MOCY I TRON WŁADCY

 

Rzeźby wykonywane są przez niego, lub innych artystów – amatorów. Zarówno w pniach uschniętych drzew, bez ruszania ich z miejsca, jak i w potężnych bierwionach. Jedne lśnią świeżością, trafiłem nawet na pomalowane, chociaż rażą one trochę w tym otoczeniu. Inne, najstarsze, już rozsypują się.

 

Gdy zwracam na to uwagę mojemu cicerone oprowadzającemu mnie po swojej Galindii, słyszę krótką odpowiedź: to naturalny proces przemijania, niczego nie będziemy poprawiać, lecz tworzymy nowe. Przy rytualnym kręgu kultowym zwraca uwagę, że jest to „miejsce mocy”. Dowód na to, jaki przytacza i demonstruje jest przekonujący.

 

Wszystkie stojące trochę dalej od niego stare i potężne drzewa mają, zgodnie z prawami przyrody, większość gałęzi skierowanych na południe. Natomiast najbliższe drzewo całą ogromną masę wydłużonych gałęzi kieruje na północ, w kierunku pobliskiego kręgu.

 

 Wspomniane rzeźby przedstawiają wojów, kobiety w kąpieli, pary – np. mężczyznę porywającego sobie przyszłą żonę, zwierzęta lub ich łby itp. Do Galindii są dwa wejścia, także ozdobione takimi rzeźbami. Od strony lądu oraz od jeziora, na którym w przystani w trzcinach stoi drewniana łódź wzorowana na używanych w tamtych czasach.

 

Bo w programie pobytu tutaj mogą być również przejażdżki łodziami po jeziorze i łowienie w nim ryb. Nad jeziorem, odwrócony do niego tyłem, stoi tron władcy Galindów z wielkim orłem oraz książęcą korona na oparciu pleców i łbami zwierząt na poręczach. W wielu miejscach rosną kwiaty oraz dziko liczne rośliny.

 

Jest to więc chyba jeden z najoryginalniejszych w Polsce ośrodków wypoczynkowych i spotkaniowo – konferencyjnych. A zarazem świetne miejsce wypadowe na Wielkie Jeziora Mazurskie – w pobliżu są m.in. Śniardwy oraz do Puszczy Piskiej. Więcej na jego temat można znaleźć na: www.galindia.com.pl.

 

Zdjęcia autora


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com