CHORWACJA: BLASK ADRIATYCKICH PEREŁ

Pod tym tytułem opublikowałem reportaż z mojej pierwszej podróży po chorwackim wybrzeżu Adriatyku równo… 60 lat temu. Do powrotu do niej i tamtych, odległych czasów, zachęciła mnie dr Agnieszka Puszczewicz, dyrektorka przedstawicielstwa w Polsce Chorwackiej Wspólnoty Turystycznej. W bogatej już historii turystycznych wyjazdów Polaków w tamte strony był to zaledwie mało znaczący epizod. Ale dotyczył powstającego dopiero kierunku podróży, który z czasem stał się masowym.

 

   A tegoroczna, imponująca w okresie pandemii koronawirusa Covid 19, już niemal 70 tysięczna, liczba naszych turystów w Chorwacji, odnotowana tam została jako znacząca dla narodowej gospodarki. Bo przecież turystyka stanowi jej bardzo ważny segment.

   W Polsce przełom lat 50 i 60-tych ub. wieku, po naszym Październiku 1956 r. odblokował i zapoczątkował zagraniczne wyjazdy turystyczne, których wcześniej w latach powojennych praktycznie nie było. W tym ich nowe kierunki, m.in. do ówczesnej Jugosławii, w której Chorwacja była jedną z jej 6 republik.

 

POCZĄTKI TURYSTYKI Z POLSKI

 

   Polacy, nieliczni zamożni, wyjeżdżali nad Adriatyk także w latach międzywojennych, przede wszystkim do popularnego od końca XVIII, a zwłaszcza na przełomie XIX i XX wieku kurortu Opatija na półwyspie Istria w ówczesnej Austrii, od 1918 roku w Królestwie SHS (Serbów, Chorwatów i Słoweńców), później Jugosławii.

   Wcześniej, w wiekach XVIII – XIX, odwiedzali tamte strony także polscy podróżnicy, ale były to jednostki. Z królewską Jugosławią (lata międzywojenne) Polska miała bardzo dobre stosunki. Podczas II wojny światowej nasi rodacy walczyli w tamtejszych oddziałach partyzanckich.

   A Jugosławia stala się u nas popularna, zwłaszcza w kręgach opozycyjnych, po konflikcie dwu marszałków Józefów: Stalina (1878-1953) i Broz Tito (1892-1980), gdy ten drugi nie podporządkował się pierwszemu. Po tym sporze ten południowosłowiański kraj został przez Kreml „wyklęty”.

   W Polsce budził zainteresowanie, bo chociaż i w nim panował komunistyczny terror, to trochę łagodniejszy niż w „Nienaruszalnym Związku Wolnych Republik”, jak zapewniał hymn ZSRR, i w innych krajach "obozu socjalistycznego". Jugosławia jednak udowodniła, że można się od „Starszego brata” uwolnić. Jakoś nie brano pod uwagę faktu, że nie leży ona, tak jak Polska, na najkrótszej trasie: Moskwa – Berlin – Paryż. ”.

 

MONOPOL „ORBISU” I WKŁADKI PASZPORTOWE

 

   Na organizowanie z Polski wycieczek do Jugosławii początkowo monopol otrzymało Polskie Biuro Podróży „Orbis”. Były one nieliczne, drogie, ale popyt na nie znacznie przekraczał liczbę miejsc. Różnego rodzaju „inicjatywa prywatna”, „badylarze” i część artystów miała jednak pieniądze.

   A urlop w tym kraju, gdy niedostępne było jeszcze Lazurowe Wybrzeże, plaże Italii czy Półwyspu Pirenejskiego, nie mówiąc już o zamorskich, stał się dowodem „prestiżu”, a więc i pożądania. O tym, jak „zdobywano” miejsca na tych wycieczkach, krążyły legendy. Z czasem, w latach 70-tych, sytuacja zmieniła się. Raz na dwa lata można było starać się o przydział dewiz – równowartość 100 dolarów, przy średnich zarobkach niewiele ponad 20 $, na urlop w Jugosławii. I wyjeżdżać również indywidualnie, samochodami.

   Wprowadzono nawet specjalny dokument – dziwoląg nazwany „Wkładką paszportową do dowodu osobistego”. Taką samą jak na wyjazdy prywatne do Bułgarii, Czechosłowacji, NRD, Rumunii, na Węgry i do ZSRR, ale wyłącznie na podróże do Jugosławii. Były one bardzo podobne do paszportu zagranicznego, jednak bez zdjęcia posiadacza. Dlaczego?

  To oczywiste! Gdyby wówczas na takie wyjazdy wydawano paszporty, to zapewne część turystów przekraczałaby granicę jugosłowiańsko – austriacką lub włoską i tam „wybierała wolność”. Pomimo monopolu „Orbisu” na wycieczki do Jugosławii – inne biura podróży otrzymały na to prawo dopiero na początku lat 70-tych, już „za Gierka”, uprawnienia takie wcześniej przyznano organizacjom młodzieżowym, w tym odrodzonemu w grudniu 1956 r. ZHP:

 

TYLKO NAJLEPSI INSTRUKTORZY

 

   Były to wycieczki nisko budżetowe, w warunkach „spartańskich”. Związek Harcerstwa Polskiego pierwszy wyjazd tam zorganizował w roku 1958 dla 30 czynnych instruktorek i instruktorów w wieku 18-25 lat. Wyłonionych w konkursie ogłoszonym przez Główną Kwaterą ZHP z szeregiem poważnych wymagań do spełnienia.

   Ja otrzymałem miejsce w 22 osobowej grupie instruktorskiej, która w sierpniu 1960 roku pojechała tam na 15 dni. Na podstawie dowodów osobistych i listy uczestników zastępującej paszporty. Pociągiem, najpierw na 2 czy 3 dni do Belgradu, a następnie przez Knin do Zadaru, gdzie otrzymaliśmy miejsca na obozie studenckim.

   Zwiedzając z niego to piękne, zabytkowe miasto nad Adriatykiem, a także odbywając całodzienną wycieczkę kutrem na wyspy archipelagu Kornati. Zobaczenie życia rybackiej wioski na jednej z ich oraz parogodzinne kąpiele morskie, z jedzeniem fig prosto z drzew na drugiej, bezludnej – to było przeżycie!

   Ale blisko tydzień przewidziano tylko na plażowanie w Zadarze. Wybrzeże dalmatyńskie i półwysep Istria posiadają jednak tyle wspaniałych miejsc i zabytków, że postanowiłem zobaczyć, co się z nich da, rezygnując z „byczenia się” nad morzem. Znalazłem jeszcze jednego chętnego, ułożyliśmy plan i ruszyliśmy w drogę.

 

Z GROSZAMI W PORTFELU I SUCHYM PROWIANTEM

 

   Było to zadanie karkołomne ze względu na brak pieniędzy. Problemów językowych nie spodziewałem się. Mówiłem w trzech językach słowiańskich i niemieckim, a wówczas sporo Jugosłowian było gastarbeiterami w Niemczech i Austrii, a po powrocie do kraju zakładali swoje firemki lub budowali domy z pokojami dla turystów. Zaś wśród zagranicznych dominowali tam wówczas Niemcy. W naszym przypadku mógł to być język „awaryjny”.

   Ale z Chorwatami, Serbami czy Bośniakami dogadywałem się, jak się okazało, bez problemów. Gorzej było z jugosłowiańskimi dinarami. Na cały okres pobytu otrzymaliśmy tylko symboliczne kieszonkowe. O żadnym „handelku”, z którego wkrótce mieli „zasłynąć” polscy turyści nie tylko w Jugosławii, na plażach Bułgarii i Rumunii, czy wiedeńskim „Mexicoplatz”, w przypadku instruktorów harcerskim nie mogło być nawet mowy.

   Podobnie jak o przemyceniu z kraju dolarów, bo legalny ich wywóz, a także wcześniejsze kupno u „cinkciarzy”, były zabronione i surowo karane. Ponieważ formalnie byliśmy uczestnikami obozu studenckiego, chociaż w wieku już mocno „postudenckim”, otrzymaliśmy obozowe kartoniki identyfikacyjne.

 

WODA Z ULICZNYCH ZDROJÓW I FONTANN

 

   A na ich podstawie mogliśmy kupić najtańsze bilety na statki żeglugi przybrzeżnej, z miejscami na pokładzie. Gorzej było z wyżywieniem. Dinarów nawet na najtańsze jadłodajnie nie wystarczyłoby. Mogliśmy tylko „zaszaleć” wypijając dziennie jeden, w porywach dwa, taniutkie „szprycery” – szklankę zimnego białego wina z wodą sodową.

   Na szczęście rozwiązaliśmy problem wody pitnej, jakże istotny tam podczas sierpniowych upałów. Nabieraliśmy ją do składanych aluminiowych kubków z ulicznych zdrojów, a nawet fontann. Plastykowych butelek jeszcze nie wynaleziono. Pierwsze na świecie pojawiły się przecież dopiero w roku 1978.

   Noszenie wody w szklanych zbyt obciążało chlebaki. A jedzenie? W obozie otrzymaliśmy na drogę suchy prowiant za talony żywieniowe, których i tak nie bylibyśmy w stanie wykorzystać. I on musiał nam wystarczyć. Chociaż gdy w wąskich uliczkach zabytkowych miast czuliśmy zapachy chorwackiej kuchni, to aż skręcało nas z chęci zjedzenia czegoś smacznego i gorącego.

   Popłynęliśmy najpierw nocą do Splitu, zostawiając rano bagaże w ich przechowalni w porcie – na to starczało pieniędzy, zwiedzając tamtejsze zabytki oraz robiąc także wypad do przepięknego Trogiru. I śpiąc gdzieś „pod chmurką”

 

WSPANIAŁE ZABYTKI

 

   Podobnie pokonaliśmy następny etap, do Dubrownika. To, co zobaczyłem w tych przepięknych miastach, zachwyciło mnie i wręcz oszołomiło. Ale katedra w Trogirze z kamiennym, romańskim portalem dłuta Radovana z XIII w i wspaniałym wnętrzem oraz wiele innych zabytków w tym mieście, czy podobnie Split z pałacem Dioklecjana, mogły zwalić z nóg nawet takiego podróżnika jak ja, który już to i owo widział wcześniej w Europie.

   O Dubrowniku nawet nie wspominam, bo „nie starczało mi tam już sił na zachwyty”. Podobnie zresztą było podczas kolejnego pobytu, po latach w tym oszołamiającym mieście. .

   Przeżyłem w nim zresztą wówczas jedną z dwu nieprzyjemnych przygód podczas tamtego podróżowania po Chorwacji. „Orbis” reklamował w swoich biurach turystykę do Jugosławii wielkimi, pięknymi, wielobarwnymi plakatami z widokiem Dubrownika, z jego wysokimi, średniowiecznymi murami jak gdyby wyrastającymi z morza.

   Widocznymi z perspektywy, spod gałęzi iglastego drzewa. Postanowiłem znaleźć to miejsce i zrobić podobne zdjęcia. Niestety to, co na plakacie wydawało się bliskim, na górzystych zboczach w okolicy miasta okazywało się bardzo odległe.

 

PORAŻENIE SŁONECZNE…ŁYDKI

 

   Zwłaszcza w południowym skwarze. Byłem w krótkich spodniach i harcerskiej bluzie bez chusty, w pewnym momencie poczułem szybko rosnący ból prawej łydki. Popatrzyłem, była na niej wielka plama koloru buraka. Porażenie słoneczne! Szedłem na wschód i ta część nogi była cały czas nasłoneczniana.

   Na szczęście miałem w chlebaku puszkę „sucho prowiantowych” sardynek. Otworzyłem ją, oliwą posmarowałem nogę, a rybki zjadłem zakąszając suchym chlebem. Trochę złagodziło to ból, ale musiałem zrezygnować z dalszego poszukiwania upragnionego miejsca do sfotografowania panoramy Dubrownika.

   Wieczorem pojawiła się wysoka gorączka i dreszcze, ale już byliśmy ponownie na pokładzie statku płynąc w powrotnej drodze bezpośrednio do Zadaru. W obozie kurowałem się jeszcze dwa dni. A gdy wracając do kraju zatrzymaliśmy się w Rijece, wyruszyłem z niej w przeciwnym od Dubrownika kierunku, na zachód, do antycznej Puli na półwyspie Istria.

   Już sam, jakimś starym autobusem. Zająłem miejsce z prawej strony kierowcy i gdy mijaliśmy przełęcz nagle zobaczyłem wytaczające się do przodu, jak gdyby spod mojego fotela, koło autobusu. I niemal w tej samej sekundzie iskry, które z drogi krzesała ośka oraz poczułem, jak przewracam się w dół, na prawą stronę.

 

W AUTOBUSIE Z URWANYM KOŁEM

 

   Po prostu… urwało się koło. Na szczęście od szczytu przełęczy autobus zdążył przejechać zaledwie kilka metrów i to powoli. Kierowca zdołał zahamować, ale podróż była skończona. Autobusy innych przewoźników, które zatrzymywały się koło nas widząc awarię, nie chciały zabrać pasażerów uszkodzonego bez kupienia kolejnego biletu.

   A ja miałem pieniądze już tylko na drogę powrotną. W końcu ulitował się nade mną któryś kierowca dowiadując, że jestem Polakiem. I z niewielkim opóźnieniem zdołałem zobaczyć to, co zaplanowałem. Po raz pierwszyw życiu rzymski amfiteatr, świątynię i inne antyczne zabytki.

  W drodze powrotnej do kraju mieliśmy jeszcze pobyt ze zwiedzaniem stołecznego Zagrzebia. Wrażeń z tej podróży było mnóstwo. Szybko napisałem po niej krótką relację do dwutygodnika instruktorów harcerskich „Drużyna”.

   A później obszerny reportaż z adriatyckiego wybrzeża, ze zdjęciami, od którego wspomnienia zacząłem tę relację. Przy czym napisałem go i opublikowałem w kraju, ale… po rosyjsku. Nie miałem wówczas jeszcze dziennikarskiego etatu, byłem „wolnym strzelcem” w tym zawodzie – anglosaski termin „freelancer” nie był wówczas u nas używany. Kończyłem właśnie pięcioletni epizod pracy nauczycielskiej rusycysty, po wcześniejszym, rocznym ekonomisty.

 

JAK ZOSTAŁEM DZIENNIKARZEM ROSYJSKOJĘZYCZNYM

 

   A po studiach ekonomicznych i filologicznych rozpoczynałem pomagisterskie dziennikarskie. Ten zawód odpowiadał mi bowiem najbardziej. Od 10 lat współpracowałem już zresztą z prasą młodzieżową i hobbystyczną. Nie tylko polską, bo również czeską. Tego języka nauczyłem się początkowo sam, korespondując po wojnie z junakami – czeskim skautami oraz czytając przysyłane przez nich czasopisma i książki.

   A następnie na lektoracie na uniwersytecie. Publikowałem też w polskiej prasie codziennej. W pewnym momencie zadzwonił do mnie Pantelejmon Juriew, redaktor naczelny wydawanego w Łodzi dwutygodnika „Russkij Gołos”. Było to pismo Rosyjskiego Towarzystwa Społeczno – Oświatowego w Polsce.

   Skupiającego Rosjan mieszkających u nas od czasów przed I wojną światową i emigrantów, którzy opuścili ojczyznę po bolszewickim puczu 1917 roku, nazywanym Wielką Socjalistyczną Rewolucją Październikową, lub po wojnie domowej, jaką spowodował.

   Poprosił o zgodę na opublikowanie fragmentów mojej pracy magisterskiej na temat prozy Mikołaja Gogola w polskiej krytyce literackiej. Napisanej na polskim uniwersytecie po rosyjsku, bo wówczas – nie wiem, jak jest obecnie – absolwenci filologii obcych na polskich uczelniach pisali prace dyplomowe w językach, które studiowali.

 

TRWAŁE ZAUROCZENIE

 

   Poza rusycystami także angliści, germaniści, romaniści itp. Juriew o tej pracy magisterskiej dowiedział się od mojej znakomitej, uniwersyteckiej nauczycielki rosyjskiego i jej językowej konsultantki, Ludmiły Aleksandrowny Francewej, przedrewolucyjnej absolwentki petersburskiej pensji dla „dobrze urodzonych” panien.

   Wkrótce też zaproponował mi stałą współpracę. I przez kilka lat, równolegle z pisaniem i publikowaniem po polsku oraz, w mniejszym zakresie, po czesku, pisywałem do „Russkogo Gołosa” reportaże i korespondencje z Moskwy, Kijowa, Krymu, Budapesztu oraz z Wiednia i byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego Mauthausen – Gusen koło Linzu.

   Przy czym w Austrii byłem nie tylko jako delegat ZHP na VII Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów w 1959 roku, ale także „specjalny wysłannik” nań tego rosyjskiego dwutygodnika. Pisywałem do niego także reportaże krajowe, recenzje teatralne sztuk rosyjskich itp.

   A jak wróciłem z Jugosławii, to także mój pierwszy w życiu reportaż z Chorwacji i wybrzeża adriatyckiego. Zauroczenie tym krajem, wzmacniane podczas następnych w nim pobytów, pozostało mi do dziś. Chociaż po nim zdołałem poznać jeszcze kilkadziesiąt innych, i w niektórych z nich również zakochać się.

 

 

Zdjęcia sprzed 60 lat i współczesne: autora