SŁOWACJA: TRZY SKANSENY NAD GÓRNĄ NITRĄ

Region nad górnym biegiem rzeki Nitry w zachodniej części kraju od dawna był rolniczym i rzemieślniczym. Przez pewien czas jednak równocześnie górniczym. Wydobywano w nim węgiel brunatny, ale nie metodą odkrywkową, jak u nas, lecz w tradycyjnych kopalniach. Po zaprzestaniu wydobycia, jedna z nich, Baňa Cigel’ zamieniona została w skansen górniczy, dostępny dla turystów. W pobliżu głównego miasta tego regionu, powiatowej Prievidzy, znajdują się również dwa inne skanseny, prezentujące inne tutejsze specjalności: Muzeum płótna, tkactwa i haftu oraz Szklarski „Szklany Sen”, oba we wsi Valaská Belá.

 

 

DWIE GODZINY POD ZIEMIĄ

 

   Hornonitransky banský skansen Baňa Cigel’, bo tak brzmi jego słowacka nazwa, czynny jest przez cały rok. Prowadzi go Stowarzyszenie Ochrony Dziedzictwa Górniczego Górnej Nitry (www.banskyskanzen.sk). Wycieczki w grupach minimum 6 osobowych organizowane są od poniedziałku do piątku w godzinach 10.00 i 14.00.

   To, że tylko w dni powszednie, nie wydaje się dobrym rozwiązaniem, gdyż potencjalni turyści najczęściej przyjeżdżają w te strony w weekendy. Terminy trzeba rezerwować z wyprzedzeniem, najpóźniej poprzedniego dnia, na e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript..

   Zjazd pod ziemię możliwy jest tylko dla dorosłych oraz dzieci i młodzieży powyżej 6 roku życia. Przy czym każdy z chętnych, w przypadku osób poniżej 15 roku życia, jego prawny opiekun, musi wyrazić na to zgodę. Każdy z chętnych na takie zwiedzanie sam musi ocenić, czy jego stan zdrowia i psychika pozwalają mu na to.

   Są również inne wymogi – o których za chwilę – gdyż jest to przecież autentyczna, podziemna kopalnia. A głównie w tej jej części odbywa się poznawanie górniczych tradycji tego regionu, niekiedy ekstremalnych warunków wydobycia węgla brunatnego oraz jego procesu.

   Kilkukilometrowa trasa podziemna obejmuje 15 miejsc i ekspozycji tematycznych. Po krótkim wprowadzeniu przez przewodnika, byłego sztygara, zaczynamy wraz z nim wycieczkę codziennym górniczym szlakiem. Najpierw instruktaż bezpieczeństwa. Ubranie się w ochronne płaszcze i białe kaski.

   Sprawdzenie latarek, który każdy dostaje do ręki, gdyż umocowanie jej, tak jak robili to górnicy, na czole hełmu, przy nieumiejętnym poruszaniu się, oślepiałoby innych. I sprawdzenie osobistej aparatury ratunkowej w przypadku pojawienia się gazu – metanu. Nie miało to miejsca od bardzo dawna, ale wymogi bezpieczeństwa są bezwzględne.

   Konieczne jest zabranie, jednego z dwu, metalowych numerków, gdyż jego brak na wieszaku po zakończeniu pracy, a w naszym przypadku podziemnej wycieczki, świadczyłby, że ktoś – konkretny – nie wrócił. Przed zejściem do górniczej kolejki – trasa zwiedzania znajduje się niezbyt głęboko pod powierzchnią ziemi – jeszcze obowiązkowe, tak jak robili to codziennie górnicy, spojrzenie w duże lustro.

   Nad nim jest tabliczka z absolutnym zakazem palenia oraz bardzo wyraźna informacja: „Aj tento zamestnanec zodpovedá za tvoju bezpečosť” (To ten pracownik odpowiada za twoje bezpieczeństwo), ze strzałką na oglądającego się w lustrze.

   Przechodzimy przez kolejne stalowe drzwi, na peron, przy którym stoi pociąg z niewielkimi, mało zachęcającymi wagonikami, którymi górników wożono „na przodek”. Wsiadamy, maszynista zamyka każdy z kilkuosobowych przedziałów, ruszamy. Nie jest to na pewno najbardziej luksusowa podróż w moim życiu.

   Wręcz przeciwnie: pociąg zgrzyta i hałasuje, wagoniki trochę trzęsą, zwłaszcza na spojeniach i połączeniach torów. Dojeżdżamy do stacji początkowej pieszej wędrówki. Wypuszczają nas z wagoników. Jest mało zachęcająco. Korytarze są wysokie, chociaż w niektórych miejscach osoby wyższe muszą uważać, aby nie uderzyć hełmem w strop.

   Równocześnie trzeba stale patrzeć pod nogi, oświetlając sobie drogę latarką. Chodnik jest nierówny, wilgotny, w wielu miejscach stoją kałuże wody spływającej po ścianach, płyną wąziutkie strumyczki. Zatrzymujemy się w przewidzianych miejscach: ekspozycji techniki wiercenia, pomieszczenia do lepszego oddychania, stacji trafo, zaporze przeciwwybuchowej.

   Później w dawnych miejscach wydobywania i podziemnego transportu węgla itp. Przewodnik wszystko objaśnia, pokazuje, po czym idziemy dalej kolejnymi korytarzami, do następnych miejsc ekspozycji. Oglądamy maszyny górnicze, taśmociągi, sprzęt ratowniczy i wiele innych oryginalnych eksponatów, dających pojęcie o pracy górników.

   Po około dwu godzinach docieramy do pociągu, a nim na peron wyjściowy. Stoją przy nim inne lokomotywki oraz wagon z urobkiem i napisem: „Posledná tona z bane Cígeľ” (Ostatnia tona wydobyta z kopalni). 27.10.2017”. Wychodzimy korytarzami do szatni. Pozostawiamy to, w co zostaliśmy zaopatrzeni, pamiętając o powieszeniu na właściwym miejscu metalowego numerka. Wszystko się zgadza, możemy wychodzić na zewnątrz.

   Koniec pouczającego zwiedzania. Dodam w tym miejscu jeszcze jedną ciekawostkę. Dokładnie nad kopalnią, na terenach po górniczych, częściowo lekko zapadniętych, znajduje się pole golfowe klubu Agama w miejscowości Koš, który zwiedzamy tego samego dnia popołudniu. Utytułowany, gdyż jego zawodniczki, w tym m.in. właścicielka, wspólnie z mężem, oraz ich córka, są, i były w poprzednich latach, wicemistrzyniami Słowacji w tym sporcie.

 

SZKLANY SEN

 

   We wsi Valaská Belá są, jak już wspomniałem, dwa skanseny. Najpierw zwiedzamy Szklany sen. Tak nazywa się jedyny na Słowacji czynny zakład, określany jako żywe muzeum, w którym można obserwować proces wykonywania różnych naczyń i cudeniek ze szkła. Mieści się on w parterowym domu z ogródkiem.

  Jego właściciel, Peter Dolinaj, jest zarazem artystą szklarzem wydmuchującym z płynnego szkła, roztopionego w elektrycznym piecu w temperaturze 1200ºC, niezliczonych wzorów dzbanków, pater, wazonów, szklanek itp. A także figurek i innych pamiątek, które można kupić na miejscu.

   Wystawa jego prac, umieszczonych na półkach wzdłuż jednej ze ścian tej mini – huty szkła, w której mistrz pracuje oraz demonstruje swoją pracę, robi wrażenie. Jeszcze większe sposób jego pracy. Bierze do ręki długą rurkę – dmuchawę. Moczy jej koniec w przygotowanym surowcu, raz bezbarwnym, innym razem z dodanymi barwnikami i wkłada na chwilę tę końcówkę do pieca.

   Gdy już osiągnie potrzebną plastyczność, a następuje to błyskawicznie, rozpoczyna wydmuchiwać przez ustnik na drugim końcu rurki zamierzony kształt przyszłego wyrobu. I, wkładając go od czasu do czasu ponownie do otwartego pieca, obrabiać i kształtować. Dla obserwujących tę pracę wydaje się ona miłą zabawą, chociaż wymaga wysiłku i umiejętności.

   Artysta, bo trudno goi chyba nazwa c rzemieślnikiem, ma pod ręką wiszący na ścianie zestaw dziesiątków metalowych narzędzi różnego kształtu i przeznaczenia. Niemal wszystkie własnej roboty, wymyślone i skonstruowane przez mistrza zgodnie z potrzebami jego pracy. Obok, na kilkupoziomowych półkach stoi bogaty zestaw słoików z surowcami do wytapiania z nich szkła oraz mineralnymi barwnikami.

   Pracuje przy warsztacie, którego uchwyty i urządzenia pozwalają formować płynne szkło oraz nadawać mu zamierzony kształt. I, oczywiście, naczynie z wodą, aby rozpalone szkło w razie potrzeby chłodzić. Praca ta, pozornie lekka, odbywa się jak gdyby odruchowo, jej efekty są znakomite a przynajmniej interesujące.

   Kameralne warunki powodują, że obserwowanie w jaki sposób powstają te szklane cudeńka, jest bardzo ciekawe. Znacznie bardziej, niż w wielu innych podobnych pracowniach, przeważnie kilku lub wieloosobowych, w których byłem wcześniej w innych krajach nie tylko europejskich. W drukowanych informatorach na temat atrakcji regionu, jakie otrzymujemy, jest sporo informacji o tym muzeum – skansenie.

   Przedstawiającym zapomniany już na Słowacji sposób ręcznego formowania szkła. Przy czym chętni zwiedzający mogą także osobiście spróbować tej pracy i, jak to ładnie sformułowano: „skúsiť na ručnej sklárskej pištaľe vyfúknuť zo žeravého skla svoj vlastny „sklený sen”. A więc spróbować wydmuchać, przy pomocy ręcznej szklarskiej dmuchawy, z roztopionego szkła swój własny „szklany sen”. A komu się to nie uda, po prostu kupić na pamiątkę jakiś szklany drobiazg. Więcej szczegółów znaleźć można na www.sklenysen.sk.

 

Z KONOPI, LNU, OWCZEJ WEŁNY

 

   Drugim skansenem w Valaskej Belej jest Muzeum płótna, tkactwa i haftu. Mieści się w piętrowym budynku tutejszego Domu Kultury i w kilku salach prezentuje tradycyjne historyczne zajęcia tego regionu. Zwiedzać je można w dni robocze w dosyć nietypowych godzinach: od 7.30 do 11.30.

   Przy czym jest to także żywe muzeum, gdyż krosna obsługują tkaczki, wykonujące pracę na oczach zwiedzających. W muzeum jest kilka oryginalnych, starych warsztatów używanych do przygotowywania nici i tkania, a także zdobnictwa. Ale te, na których pracują muzealne tkaczki, są, sądząc z ich wyglądu, współczesnymi replikami.

   Warte uwagi są też gotowe wyroby, z typowymi dla tej miejscowości wzorami. Serwetki i obrusy, makatki, ręczniki, pokrowce na poduszki, pokojowe chodniczki i wiele innych. Muzeum to założył Anton Blaho pragnąc zachować dziedzictwo kulturalne przodków. Poza ekspozycją sposobów wyrobu płótna oraz innych tkanin, obejrzeć można kołowrotki, a także wyszywanki należące do najstarszych wzorów na Słowacji.

   Bardzo ciekawa jest, w osobnej sali, wystawa starych strojów ludowych – niektóre z nich mają po 70-80 lat, a także obrusy. Zwiedzający mogą kupić tu różnorodne, stylowe wyroby wykonane tradycyjnymi, historycznymi technikami według oryginalnych wzorów ludowych. Interesujące są informacje na dużych tablicach w korytarzu.

   Szkoda, że tylko w języku słowackim, który może okazać się trudnym do zrozumienia dla cudzoziemców. A są to informacje ważne. Bielańska odzież ludowa – czytam na jednej z nich – nawiązywała do starych przyodziewków Słowian. Początkowo była oryginalnej, naturalnej białej barwy. Z czasem mieszkańcy regionu belanskiego ozdabiali ją charakterystycznym haftem, w różnych odcieniach żółtego aż do ochry i złotej.

   Gdy mężczyźni zaczęli wyjeżdżać do pracy w inne strony, przywozili nowe odcienie i bardziej pstrą kolorystykę farb. Wybitnemu czeskiemu malarzowi Jozefowi Mánesovi (1820-1871) tak spodobały się belanskie stroje ludowe, że uwiecznił je na znanej akwareli „Marina kurincová”. Było to wydarzenie w tamtych czasach, aby obscy pan namalował wiejską dziewczynę.

   Ludowym haftem zdobiono na Słowacji zarówno odzież, jak i tekstylia domowe. Kryje on w sobie wiele symboliki i tradycji. Równocześnie prezentuje precyzyjną pracę kobiet, których życie było ciężkie, ale pomimo tego wieczorami, przy świeczkach, wykonywały piękne ozdoby. Przy czym na Słowacji każda wioska miała własne, charakterystyczne stroje.

   Niegdyś na podstawie ubioru człowieka można było od razu stwierdzić, skąd pochodzi, a w przypadku kobiet, czy jest wolna czy zamężna. A nawet, czy miała żałobę, jaką pracę wykonywał jej mąż i jaką miał pozycję społeczną Z innej tablicy poświęconej Haftom belanskim, można dowiedzieć się, że początkowo nie była ona pstra.

   Haftowano na białym podkładzie, głównie płótnie, i to zgrzebnym. Dopiero z czasem zaczęto używać płótna barwionego. Poza nim stosowano wełnę owczą, którą farbowano i tkano z niej grubsze tkaniny na kabaty, spodnie i kożuszki. Haftowano nićmi konopnymi w różnych odcieniach żółci. Pomarańczową nazywano rudeną – miedzianą.

   Strój wyhaftowany białymi nićmi był żałobnym. Nosiły go kobiety, którym umarło dziecko, lub mąż. Na post i pogrzeby stosowano haft fioletowy. Natomiast wielobarwne przeznaczone były na wesela i święta. Odzież codzienna haftowana była skromnie, lub wcale. Czasami noszono na co dzień starą, znoszoną odzież świąteczną.

   Interesujące są również informacje na temat sposobów wyszywania i rodzaju haftów oraz wzorów. A także odzieży męskiej i kobiecej. Warunki klimatyczne ziem słowackich wymagały noszenia ciepłej odzieży przez cały rok. Wykonywano ją ze skór, kożuchów, włókien roślinnych: lnu, konopi oraz wełny owczej. Ubranie pokazywało, do jakiej warstwy społecznej należy osobą nosząca je.

   Odzież wieśniaków aż do XX wieku zachowywała stare formy. Wykonywana była w domach, z dostępnych w nich materiałów. Płótna, sukna, owczych kożuchów itp. Były to koszule, spodnie części odzieży kobiecej itp. Uwagę zwracano przede wszystkim na trwałość. Np. kożuch, ciżmy (obuwie), czy baranica musiała wystarczyć na całe życie, a czasami były dziedziczone z pokolenia na pokolenie.

   Opisane są również tradycyjne stroje męskie tego regionu. Koszula wpuszczana do gaci, czyli spodni wykonanych z półgrubego płótna. Noszono też bieliznę pod spodniami z sukna w kolorze białym lub szarym. Opasano je rzemieniami, aby nie spadały. Do pracy noszono szerokie gacie, na dole rozcięte.

   Po czym następują opisy odzieży wierzchniej, nakryć głowy i obuwia – kierpców ze skóry wołów lub cieląt. A także strojów kobiecych. Osobna tablica informacyjna poświęcona jest haftom. Z informacją, że początkowo płótna tkano z włókien konopi, a następnie lnu, w domach i na potrzeby domowe. W XVIII w. zaczęto je wykonywać także na sprzedaż.

   Najpierw na Orawie, Spiszu i Szariszu (region na wschodzie Słowacji), a później lniane płótno również na terenie całych Węgier . Bo przecież ziemie słowackie przez 10 wieków do nich należały. Eksportowano je także na Bałkany, a nawet do północnej Afryki. Rodzaje tkanin zależały od ich przeznaczenia na różne rodzaje odzieży i jej elementów oraz inne potrzeby domowe. Np. na płachty do noszenia słomy lub drewna.

   Od połowy XIX w. domowy wyrób płótna nie mógł już konkurować z jego produkcja przemysłową, więc domowe tkactwo stopniowo zanikało. Są to bardzo ciekawe informacje, zwłaszcza dla osób związanych z produkcją i wzornictwem odzieży, lub zainteresowanych rzemiosłem ludowym.

 

Zdjęcia autora

Autor był uczestnikiem wyjazdu prasowego na zaproszenie organizacji turystycznej Regionu Horná Nitra – Bojnice, współorganizowanego przez spółkę Medianet – TV Production z Krakowa.


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com