WOŁYŃ 2019 (4): ŚLADAMI HISTORII

Dwa największe miasta Wołynia, 70-tysięczny Kowel i „stołeczny”, blisko 220-tysięczny Łuck łączy dobra szosa, a przejazd samochodem bez pośpiechu zajmuje nieco ponad godzinę.

 

 

ŁUCK: DOBRE CENTRUM INFORMACJI TURYSTYCZNEJ

 

   Dla niezmotoryzowanych są też autobusy, marszrutki i kolej. Tym razem nie szukamy noclegów na własną rękę, chociaż mam w notatkach 15 wypisanych z Internetu nazw i adresów łuckich hoteli, moteli i apartamentów, których lokalizacja i ceny wchodzą w grę.

   Jedziemy prosto do Centrum Informacji Turystycznej mieszczącego się w śródmieściu, tuż przy deptaku tylko dla pieszych – bulwarze Łesi Ukrainki. Mamy zresztą niezły plan miasta otrzymany jeszcze na ubiegłorocznych targach turystycznych w Warszawie. Przy czym jedynego wołyńskiego miasta, jaki udało mi się zdobyć.

   Również tutejsze CIT jest pod tym względem wyjątkiem, gdyż w pozostałych miastach, w których byliśmy, nie znaleźliśmy żadnej placówki informacyjnej dla turystów. Nikt też z pytanych „miejscowych”, również w hotelach, o takiej nie słyszał.

   Ładny lokal na parterze, nieźle zaopatrzony w bezpłatne plany, mapki i foldery, głównie po ukraińsku i angielsku, a także płatne wydawnictwa m.in. albumowe, pamiątki itp. ma personel życzliwy gościom. Rozpoczynam rozmowę trochę łamanym ukraińskim wiedząc, że za „moskalskoj mowoj”, jak wielu na Ukrainie nazywa język rosyjski, nie przepadają, chociaż niemal wszyscy potrafią się nim posługiwać.

 

BRAK DRUKOWANYCH PRZEWODNIKÓW

 

   Gdy jednak okazuje się, że jesteśmy polskimi dziennikarzami, którzy zamierzają pisać o atrakcjach Łucka i Wołynia, natychmiast pojawia się pracownica mówiąca nieźle w naszym języku i służy wszelką pomocą. Otrzymujemy mapki, plany i foldery – w tym dwa po polsku, a także bogato ilustrowaną, obszerną broszurę formatu albumowego „Podorożujemo po Wołyni” z tekstami tylko ukraińskimi, ale to nie stanowi dla mnie problemu.

   Niestety, żadnego przewodnika turystycznego ani po tej części Ukrainy, ani po samym Łucku, nie mówiąc już o innych miastach, nie ma. Także płatnych, w jakimkolwiek języku. Pytam, czy mogą polecić jakiś niedrogi hotel blisko centrum.

   Po rozmowie telefonicznej pracownicy, która nas obsługuje, otrzymujemy jego nazwę i adres, co prawda na obrzeżu centrum, ale w odległości 5 minut pieszo od niego, a do starej części miasta na jego południu 10-15 minut. Z karteczką z numerem zarezerwowanego pokoju.

   Poruszanie się po Łucku pieszo, to najlepsze wyjście, gdyż są w nim problemy ze znalezieniem miejsca, w którym można zaparkować. Zwiedzanie miasta i jego zabytków odkładamy jednak na później, będziemy tu zresztą dwa dni, najpierw chcę trafić do wsi Liplany.

 

      ŚLADAMI TAMTEGO WRZEŚNIA

 

   To w niej we wrześniu 1939 r. byłem, z rodzicami i maleńką siostrą, przez 10 dni uchodźcą z centrum kraju, spod niemieckich bomb i ostrzału karabinów maszynowych wrogich samolotów. Szerzej napisałem o tym w 1 części tej relacji. Do Liplan jest tylko 7-8 km, ale nie ma ich na turystycznej mapie.

   Szukając drogi trochę błądzimy, bo oznakowanie lokalnych jest tu, podobnie jak w innych częściach Wołynia, w których byliśmy, fatalne. Podobnie jak nawierzchnia drogi odchodzącej od szosy kowelskiej. Liplany były przed wojną wsią głównie ukraińską, ale sąsiadowała z nią czeska kolonia osadnicza.

   A w niej była polska szkoła powszechna, której kierownik udzielił nam w niej schronienia. Kiedy i na jakiej zasadzie czescy rolnicy z ówczesnej Austrii trafili na włączony po I rozbiorze Polski do Rosji Wołyń, tego nie udało mi się ustalić. Prawdopodobnie na podobnej, jak czescy tkacze do podłódzkiego Zelowa.

   Jadąc do Liplan zdawałem sobie sprawę, że znalezienie kogoś z przedwojennych mieszkańców wsi, którzy uczyli się w tej szkole, raczej nie wchodzi w grę, bo od tamtego czasu zbyt wiele się tu wydarzyło. No i ludzie tutaj nie żyją aż tak długo.

 

 

STARA SŁOWACZKA

 

   Wjeżdżając prostopadle do wsi rozciągniętej nad Styrem na jej główną drogę nazywaną dumie ulicą Sanatoryjną, liczyliśmy na przypadek. Jadąc nią, mijaliśmy obojętnie ludzi w średnim wieku. Zresztą już na pierwszy rzut oka widać było, że to zupełnie inna wieś, niż te, przez które przejeżdżaliśmy na północy i zachodzie Wołynia.

   Wiele zabydowań, chyba nawet większość, to nowe domy i zadbane, chociaż niewielkie zagrody. Albo starym mieszkańcom nieźle się powodzi, albo, co wydaje się trafniejsze, gospodarstwa wykupili zamożni ludzie z Łucka i mają tu domy letniskowe.

   W pewnym momencie zauważyliśmy bardzo starą, na oko, kobietę obrabiającą coś motyką w przydomowym ogrodzie. Podszedłem, zapytałem ją po ukraińsku czy mogę z nią porozmawiać. Przerwała pracę, z trudem przykuśtykała do płotu, odpowiedziała też w języku ukraińskim, ale z jakimś trochę dziwnym akcentem.

   Okazało się, że jest Słowaczką przesiedloną tu jako dziecko, z rodzicami, w 1947 roku, z okolic Mukaczewa na Rusi Zakarpackiej. Należącej przed wojną do Czechosłowacji, od 1939 r. do faszystowskiego Państwa Słowackiego, a następnie zagarniętej przez ZSRR.

 

TAMTEGO ŚWIATA JUŻ NIE MA

 

   Czesi i Polacy, mówiła, którzy przeżyli tu wojnę, po niej wyjechali do swoich krajów. A nas, Słowaków, przesiedlono z Zakarpacia do ich zagród. Opowiadała też różne powojenne historie, ale o starej szkole nic nie wiedziała. Skierowała nas jednak w przeciwnym, w którym jechalismy, kierunku do nowej szkoły, gdzie być może ktoś coś będzie wiedzieć.

   Ten zespół budynków szkolnych z internatem na pewno nie był tą szkołą, którą zapamiętałem. Ale ktoś z personelu sprowadził starszego człowieka, chociaż najwyżej 60-70-letniego, który powiedział mi, że tamtej, drewnianej szkoły już nie ma, zamieniono ją w cerkiew. I wskazał ją, cofniętą od wiejskiej ulicy.

   Podjechaliśmy do niej, ale już z daleka zobaczyłem, że jest to nie dawna szkoła, lecz zupełnie nowy budynek, chociaż też drewniany. Należący do żeńskiego klasztoru w sąsiedniej wsi. Opiekująca się cerkwią, mieszkająca w domu obok niej mniszka, okazała się bardzo życzliwa, chciała mi pomoc.

   Sama nic nie wiedziała o tamtej szkole, ani o tym, co znajdowało się wcześniej na miejscu cerkiewki. Przez dłuższy czas szukała bezskutecznie, dzwoniąc przez telefon komórkowy, kogoś starego, kto coś może pamietać lub wiedzieć. Wreszcie znalazła w sąsiedniej wsi.

 

      KLASZTOR W ŻYDYCZYNIE

 

   Zaproponowała doprowadzenie nas, wsiedliśmy do samochodu i tak trafiliśmy do Żydyczyna. O tamtejszej „cudownej” ikonie w dawnym klasztornym kościele bazylianów słyszałem, ale nie miałem pojęcia, że znajduje się on pod Łuckiem.

   Osoba, która czekała na nas, wiedziała rzeczywiście o losach liplańskiej szkoły, chociaż ze względu na wiek nie mogła jej oczywiście pamiętać. Okazała się historyczką sztuki, Iraidą Majdaniec, spokrewnioną przez męża z naszą, znaną w przeszłości piosenkarką Heleną. Potwierdziła, że przedwojenny budynek szkolny w Liplanach dawno nie istnieje, a na jego miejscu zbudowano obecną szkołę z internatem, w której byliśmy.

   Tyle, że odgrodzoną płotem, podobnie jak tamtejsza cerkiewka, od wąziutkiego w br. ze względu na suszę, nurtu Styru, nad którym bawilismy się przed 80-ciu laty. Przy okazji oprowadziła nas po remontowanej cerkwi i barokowej siedzibie metropolity, pokazała „świętą” ikonę z jej tajemnicą, a także inne miejscowe zabytki.

   Ale to już osobny temat, na który wkrótce napiszę. Podobnie jak o Łucku. Poza znajdującymi się w nim wieloma zabytkami i atrakcjami turystycznymi, stanowi on także dobry punkt wypadowy do poznawania ciekawych miejsc i obiektów w okolicach. Następnego dnia wybraliśmy się do odległej o około 40 km Ołyki

 

OŁYKA: RADZIWIŁŁOWIE MOGĄ PRZEWRACAĆ SIĘ W GROBACH

 

   Wieś ta położona jest na południowo wschodnim krańcu obłasti wołyńskiej, tuż przy jej „granicy” z równieńską. Po lekturze na odwrotnej stronie mapy turystycznej opisu znajdującego się w niej dawnego pałacu Radziwiłłów, oczekiwałem czegoś klasy Nieświeża na Białorusi.

   Rzeczywistość okazała się jednak żałosna. Dawny pałac, to obecnie bardzo zaniedbany szpital psychiatryczny, ze zdewastowanym parkiem i budynkami pomocniczymi. A informacja o nim na odwrocie mapy, to tylko wspomnienie o świetnej przeszłości. Ale wyjazd do Ołyki nie okazał się czasem zmarnowanym.

   Trafiliśmy bowiem na cotygodniowy piątkowy jarmark, z dominującymi w części przemysłowej chińską odzieżą, obuwiem i innym tamtejszym badziewiem. Handlarze oferują także wyroby ukraińskie oraz miejscowe płody rolne.

   Obejrzeliśmy też, niestety tylko z zewnątrz, gdyż była zamknięta, zabytkową drewnianą cerkiew. Przede wszystkim jednak mogliśmy zapoznać się z pracami rewaloryzacyjnymi, ponownie katolickiego, barokowego kościoła św. Trójcy z lat 1635-1640, powadzonymi przez polskich i ukraińskich konserwatorów zabytków.

 

 

 

W OKOLICACH UŚCIŁUGU

 

   To kolejny temat na osobną relację, podobnie jak miejsca, w których byliśmy ostatniego dnia tej podróży: 40-tysięcznego Włodzimierza Wołyńskiego. Dawnej, w średniowieczu, stolicy Rusi Włodzimiersko – Halickiej oraz równie starego, obronnego, prawosławnego klasztoru Swiatogorsko – Uspienskiego (Zaśnięcia Matki Bożej) we wsi Zimne.

   Dodam, że między Łuckiem i Włodzimierzem Wołyńskim jest świetna, chociaż nie ekspresowa szosa, z najlepszą, świeżą asfaltową nawierzchnią, po jakiej jeździliśmy na Wołyniu. Opuściliśmy go przez przejście graniczne Uściług (Ustiłuh) – Zosin, w kierunku na Hrubieszów.

   Odprawy odbywają się na nim po polskiej stronie Bugu, ale też, pomimo wjechania na pas dla „Europejczyków” (samochody z UE), pochłonęły one stanowczo zbyt dużo czasu jak na oczekiwania turystów.

   Na zakończenie tej ogólnej, chociaż obszernej relacji z krótkiego wypadu na Wołyń, trudno nie wspomnieć o tym, co poza zabytkami i innym atrakcjami, hotelami i stanem dróg, najbardziej interesuje turystów. Czyli wyżywieniu. A jest to, w mojej ocenie, jedna z najlepszych stron zarówno Wołynia, jak i Ukrainy.

 

 

GŁODOWAĆ NIE SPOSÓB

 

   Chyba nawet w najbardziej zapadłych tutejszych wioskach są sklepy i sklepiki – „magaziny” i „kramnycie”, w których można kupić coś do zjedzenia. A w większych oraz miasteczkach, nie mówiąc o miastach, są restauracje, bary czy lokale nazywane po tutejszemu „kafe”.

   W których nie zawsze jest kawa, ale z reguły coś gorącego do zjedzenia oraz piwo i mocniejsze trunki, a także napoje bezalkoholowe. Im wyższa kategoria, tym wybór dań większy. Przeważnie nawet w pizzeriach, tak często spotykanych tu, czyli na każdym kroku w miastach, jak apteki i placówki bankowe, których gęstość wręcz szokuje, można otrzymać coś z kuchni ukraińskiej.

   W najgorszym przypadku warenyky (pierogi) z różnym nadzieniem, pielmeni (rodzaj uszek z mięsem, a dla wegetarian, także z serem), deruny, czyli placki ziemniaczane i jakąś zupę. Turystom oszczędnym, nisko budżetowym, polecam jednak wspomniane „kafe”.

   Ich wystrój budzi niekiedy zastrzeżenia, sposób serwowania dań też odbiega od tego w restauracjach z gwiazdkami Michelina. Ale jest relatywnie czysto, zdrowo, smacznie i do syta za naprawdę niewielkie pieniądze. Poczynając od śniadań, gdyż nie korzystaliśmy z hotelowych. Nie wliczanych w cenę noclegu, płatnych (słonawo) dodatkowo.

 

SMACZNIE I TANIO

 

   Warto też posłuchać personelu cafe, barów i restauracji, gdy coś proponuje z dostępnych potraw. W Łukowie np. było to jakieś danie, którego nazwy już nie pamiętam. Bardzo gorące, w glinianym garnuszku prosto z pieca, a w środku coś w rodzaju gęstej zupy z fasoli, ziemniaków, kawałków wieprzowiny i przypraw.

   Smaczne, sycące i za zaledwie 40 hrywien, czyli 6 złotych. Za taką samą cenę w Kowlu, w sympatycznym cafe przy deptaku, otrzymałem  w głebokim talerzu 9 dużych "ruskich" pierogów z ziemniakami, w sosie z wędzonką.. Ponieważ byliśmy głodni, a okazało się, że w karcie, wśród wielu innych dań, są także placki ziemniaczane z gęstą śmietaną lub masłem, w cenie chyba 35 hrywien, czyli nieco ponad 5 złotych.

   Dobraliśmy więc jeszcze jedną ich porcję na dwu i ja ledwo byłem w stanie to zjeść. We Włodzimierzu, gdzie dosyć długo szukaliśmy jakiegoś odpowiadającego nam lokalu gastronomicznego, bo ten obok stacji autobusowej nie był zachęcający mimo niskich cen, zaproponowano nam trzydaniowy „bussines lunch” za 45 czy 50 hrywien.

   Cena była tak niska, że postanowiliśmy sprawdzić, co za takie pieniądze można zjeść. Porcja barszczu ukraińskiego, nie była zbyt duża, ale do niej podano talerz surowki z kapusty i czegoś jeszcze oraz jakąś zapiekankę z ziemniakami, mięsem i sosem w ceramicznym naczyniu.

 

 

RÓŻNE FORMY SPRZEDAŻY

 

   A na deser szklankę kompotu. Mnie – kolega, jako o wiele lat młodszy, potrzebował trochę więcej kalorii – wystarczyło to na dobrych kilka godzin. Dania bardziej wykwintne, mięsne, w lepszych restauracjach, są oczywiście droższe. Ale zdecydowanie tańsze niż w podobnej klasy lokalach u nas.

   Np. popularny „kotleta po kyiwśky” (de volaille) z piersi kurczaka kosztuje niemal tyle samo, co porcja pierogów. A wybór dań jest zwykle spory. Dobrze jest, przed zajęciem miejsca przy stole, najpierw na progu lokalu, lub w bufecie, zapoznać się z kartą dań i cenami. Na każdym kroku można otrzymać też kawę w różnych wersjach i piwo.

   A np. w Łucku w estetycznym kiosku w centrum, i zapewne nie tylko tam, oferują znakomity miejscowy kwas chlebowy i trzy inne napoje bezalkoholowe. W plastikowych kubkach po 0,3 i 0,5 l, lub nalewany z beczki do naczynia klienta. Kwas, naturalny a nie z koncentratu, w cenie 11 hrywien (1,70 zł) litr.

   Są oczywiście też „cafe” tylko cukiernicze, lub ze słodyczami. No i piwa, wina oraz mocniejsze alkohole w firmowych butelkach w sklepach. Ale w Kowlu trafiliśmy także, przy głównej ulicy, na sporą „pijalnię”, w której oferują również wódkę, wino, whisky, gruziński 3*** koniak i czaczę z beczki.

 

WARTO TU PRZYJEŻDŻAĆ, ALE KONIECZNE JEST SKRÓCENIE ODPRAW GRANICZNYCH

 

   Na kieliszki, w cenie 12-13 hrywien za 50 g., ale można też poprosić o nalanie wielokrotności tej porcji do przyniesionej butelki. Lub kupić ją na miejscu. W przypadku koniaku skorzystałem z takiej formy zakupu, gdyż po niewielkiej degustacji przypadł mi do smaku, a cena 20 zł za pół litra też nie odstraszała.

    Na rynkach i bazarach można nabyć, taniej niż w Polsce, bo po około 120-130 hrywien za litrowy słoik lub plastykowy pojemnik, ewentualnie w mniejszych opakowaniach, znakomite miejscowe miody, np. leśne czy gryczane. No i pierzgę oraz inne „dary” uli. Oczywiście również warzywa i owoce, chociaż ich ceny są podobne jak u nas.

   A twarogi i śmietana nawet trochę droższe. Turystom na Wołyniu proponuje się też sporo imprez kulturalnych, sportowych oraz inne atrakcje. To naprawdę może być świetny, bliski kierunek krótszych i dłuższych wyjazdów turystycznych od nas.

   Bez radykalnego skrócenia jednak czasu odpraw granicznych, a zwłaszcza oczekiwania na nie po obu stronach granicy, szanse na to widzę raczej umiarkowane. O miastach i miasteczkach, zabytkach, zamkach, klasztorach, świątyniach itp., w których byliśmy w trakcie tego wyjazdu, wkrótce napiszę osobno. 

 

Zdjęcia autora


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com