GOŚCIE GLOBTROTERA: MAZURY – PAŁACE I KURNIKI

Tematem pierwszego listopadowego spotkania w tym cyklu w Stowarzyszeniu Dziennikarzy – Podróżników „Globtroter” miały być mazurskie pałace oraz narastający problem z budowanymi tam, zagrażającymi środowisku naturalnemu oraz turystyce, ogromnymi fermami kur. Ten drugi temat zdominował jednak zarówno prezentację i wystąpienia gości, jak i dyskusję po nich. I chyba dobrze, bo uczestnicy spotkania zostali przekonani, iż konieczne są zdecydowane działania zarówno na szczeblu centralnym jak i gmin, aby powstrzymać nadmierne, groźne dla tego przepięknego regionu kraju, apetyty inwestorów podających się za rolników. A w rzeczywistości tworzących ogromne fermy drobiu oraz ich ubojnie i przetwórnie.

 

Gośćmi „Globtrotera” byli p.p.: Edyta Kostrzewa – właścicielka pałacu Warlity, Iwona Gorczana, która przeniosła się na Mazury i mieszka w pobliżu dużej, planowanej fermy w Zawadach, Adam Antonijczuk z firmy Hostea Consulting i Jakub Urbanowicz – mieszkaniec tamtych stron.

Edyta Kostrzewa krótko przedstawiła swój pałac i jego odbudowę praktycznie z ruin, co znakomicie ilustrowały zdjęcia. Stoi on w Warlitach Małych koło Olsztynka. Jest stosunkowo młody, bo z XIX w., i niewielki – ma tylko 12 pokoi, ale prezentuje się obecnie wspaniale. A otaczają go piękne ogrody oraz jezioro. Wkrótce można będzie przeczytać o nim więcej na www.warlity.pl.

Na razie po próbie otwarcia jego stron pojawia się informacja, że są one w budowie. Jeszcze niedawno było to sielskie, urocze miejsce, ale coraz bardziej zagraża mu, podobnie jak innym pałacom, dworom, miejscowościom turystycznym oraz jeziorom, inwazja „kurzych” inwestorów.

Nie chodzi oczywiście o małe kurniki, lecz wielkie hodowle na 1,5 miliona równocześnie, a więc około 8 mln sztuk rocznie – i więcej. Po okolicach Mławy i Żuromina, w których znajdują się największe obszary hodowli kur w Polsce, wkraczają one obecnie na Warmię i Mazury. Od Nidzicy i Olsztynka po Wielkie Jeziora.

Poszczególni inwestorzy kupują nawet po ponad tysiąc hektarów ziemi, aby, oczywiście, nie uprawiać na nich zbóż, ziemniaków czy buraków, lecz prowadzić bardziej opłacalną hodowlę drobiu na skalę przemysłową.

– Niespełna pięć lat temu – usłyszeli dziennikarze, uczestnicy tego spotkania – cała Polska jednoczyła się w głosowaniu mającym zapewnić Wielkim Jeziorom Mazurskim tytuł nowego Cudu Świata. Zaś akcja promocyjna „Mazury Cud Natury” wyróżniona została przez organizatora tego konkursu – szwajcarską fundację „New7Wonders”. Otrzymała też szereg nagród krajowych.

Obecnie jednak region ten staje w obliczu poważnego zagrożenia, który w przypadku próby powtórzenia tego plebiscytu trudno będzie ukryć w „zielono – niebieskim” obrazie Warmii i Mazur. Zagrożenie to wynika z gwałtownego zwiększenia liczby wydawanych zezwoleń na budowę w tym regionie kraju, w unikalnym krajobrazie, wielkotowarowych ferm hodowlanych.

Wystąpiono już – mówili goście „Globtrotera” o pozwolenia na zbudowanie ogromnych ferm drobiu m.in. w Kozłowie, Platynach, Żabinach, Sarnowie. Przy czym niektóre na obszarach chronionego krajobrazu oraz w pobliżu już zrealizowanych inwestycji turystycznych! Nie panują nad tym gminy, przeważnie biedne i bez lokalnych planów zagospodarowania przestrzennego.

Od wielu lat ustawowe uregulowania utykają w uzgodnieniach międzyresortowych. Tymczasem fermy drobiu o tak ogromnej skali są dużo bardziej szkodliwe od innej działalności rolniczej. Wykluczają też, ze względu na zapachy oraz zatruwanie środowiska, jakąkolwiek działalność turystyczną oraz wielu innych branż w szerokim promieniu.

Przy czym w świetle istniejącego prawa i braku m.in. tzw. „ustawy odorowej”, tego rodzaju inwestycje są przeważnie legalne. A jeżeli nawet następuje naruszanie prawa, to kontrola jego przestrzegania jest iluzoryczna lub zupełnie fikcyjna. Brak możliwości blokowania takich inwestycji skazuje mieszkańców i inwestorów turystycznych na klęskę.

Dotyczy to m.in. małych, tematycznych pensjonatów i hotelików, które przez cały rok mogłyby utrzymywać się na tych terenach i dawać zatrudnienie mieszkańcom. Podobnie dworów i pałaców odbudowanych przeważnie ogromnym wysiłkiem finansowym ich nowych właścicieli.

Goście podkreślali, że istnienie oraz budowa nowych ferm drobiu, o wiele bardziej szkodliwych dla środowiska i otoczenia, niż np. hodowli na duża skalę trzody chlewnej, powoduje długofalowe i trudno, lub w ogóle nieodwracalne, szkody. Wzrasta bowiem zagrożenie epidemiologiczne.

Ewidentnie rośnie ilość substancji i pierwiastków powodujących szybsze zanieczyszczanie wód gruntowych oraz okolicznych jezior. Zdecydowanie spada wartość nieruchomości w okolicach takich ferm. A uczestnikom spotkania pokazano zdjęcia fermy z 30 ogromnymi kurnikami zlokalizowanej tylko o 500 m od jeziora!

Szybkiemu niszczeniu ulegają drogi nie dostosowane do tak intensywnej eksploatacji przez ciężkie pojazdy. Przewożą one zarówno drób do ubojni, paszę dla niego, wywożą nieczystości oraz padłe ptaki. Po drogach dla samochodów o ciężarze do 3 ton, jeżdżą nawet 15-tonowe. Wymieniano rzeczywiście szokujące liczby dotyczące ogromnych ferm.

Np. 18.810 ton obornika do wywiezienia rocznie. Ilość, zdaniem fachowców, nie do przetworzenia. 269.280 padłych kur do utylizacji. 792 m³ ścieków – o takiej objętości nie do wywiezienia, a więc zagrażających czystości wód gruntowych i jezior. Mówiono, że kurzy obornik zawiera duże ilości azotu, fosforu i potasu.

I mimo, iż więcej powstaje go w procesie hodowli trzody i bydła, to ten z ferm ptasich jest bardziej niebezpieczny dla środowiska. Zawiera bowiem pozostałości antybiotyków, cyst, larw, kurzu ściółkowego. W tej samej objętości obornika znajduje się 3-4 więcej azotu, niż w bydlęcym i świńskim oraz do 24 razy więcej fosforu.

Przy czym coroczna ilość obornika z przykładowej, małej fermy tylko na 22 tys. szt. brojlerów (a nie miliony !) rocznie, zawiera tyle samo fosforu, co całoroczne ścieki typowego, 6-tysięcznego miasteczka.

Prezentacja ta, oraz wystąpienia gości, były rzeczywiście bulwersujące, chociaż w gronie uczestników spotkania tylko nieliczni dziennikarze znali się, i pisują na tematy rolnicze, nie mówiąc już o hodowli drobiu.

Wielkości, o których słyszeliśmy, to zresztą już nie działalność rolnicza, za którą jest podawana przez inwestorów, jako pretekst do uzyskiwania pozwoleń na budowę ferm - gigantów, lecz przemysłowa na dużą skalę. Przy czym dzielonych nierzadko na tym samym obszarze, aby nie raziły wielkością, formalnie na rzekomo różnych właścicieli.

Wywiązała się więc dosyć długa i ciekawa dyskusja, z generalnym wnioskiem: problem jest poważny, zagrożenie dla środowiska oraz turystyki w regionach budowania tak wielkich ferm niewątpliwe.

Przy czym wymagające lepszego i skuteczniejszego nadzoru oraz przeciwdziałania negatywnym skutkom zarówno w gminach – przede wszystkim w drodze przygotowywania i uchwalania planów przestrzennych oraz konsekwentnego ich przestrzegania, jak i przez władze państwowe.

Zwłaszcza przyspieszenie uchwalenia przez Sejm koniecznych uregulowań prawnych. A wprowadzenie ograniczeń wielkości w jednym miejscu wielkoprzemysłowego tuczu trzody chlewnej i drobiu, zapisane zostało jako jedno z ważniejszych zadań Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi już na lata 2006-2009… !

 

Zdjęcia ze spotkania autora

 

 


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com