AUSTRIA: WSCHOD SŁOŃCA W KARYNTII

Stoimy przy metalowym krzyżu ustawionym na Ferlacher Spitze w karynckich Alpach. Wędrowaliśmy na szczyt góry o wysokości 1730 m n.p.m. od świtu. Naszym celem było ujrzenie wschodzącego słońca i pojawiającej się w jego blasku panoramy pięknej Karyntii. Ula Łapanowska z austria.info, z którą podróżujemy po Karyntii, najbardziej na południe wysuniętym regionie Austrii, zarządza pobudkę na godzinę trzecią. - Może w ogóle nie kłaść się spać? – rozmyślam. To zły pomysł, więc idę wieczorem do łóżka nastawiając budzik na nocne budzenie. Gdy dzwoni, za oknem jest zupełnie ciemno. Biegnę na zbiórkę oświetlając sobie drogę latarką.

 

Na parkingu czekają na nas dwa terenowe auta oraz Walter i jego współpracownik Dominik. Walter stoi koło samochodu boso. – Czyżby to kolega Wojciecha Cejrowskiego? – przemyka mi przez myśl. Pakujemy się do środka i opuszczamy hotel nad jeziorem Faak See. Po 30 minutach jazdy leśnym górskim traktem auta stają. Dalszą drogę musimy pokonać pieszo.

 

Stromą, leśną ścieżką w górę

 

Ruszamy wąską ścieżką pnącą się stromo w górę. Nie jest łatwo. We wspinaczce pomagają nieco naturalne stopnie utworzone gdzieniegdzie przez kamienie i korzenie drzew. Na szczęście Walter, który oprowadza turystów po górach od 35 lat, dobrze wie, że co pewien czas trzeba zrobić postój. Jeden z nich wypada przy niewielkiej chatce.

 

Ledwo ją widać, bowiem świt jeszcze na dobre nie nastał. Przewodnik informuje, że przez dziesiątki lat każdego dnia dyżurowali tu celnicy, którzy próbowali udaremniać kontrabandę. Jesteśmy na granicy austriacko – słoweńskiej. Znów wspinamy się po kamienistej leśnej ścieżce. Panuje całkowita cisza, nawet ptaki chyba jeszcze śpią.

 

Powitanie dnia przy metalowym krzyżu

 

Gdy już z trudem łapię oddech z wysiłku, słyszę upragnione słowo: szczyt. Mobilizuję więc siły i docieram do osnutego jeszcze w szarościach metalowego krzyża. Ten krzyż ustawili na Ferlacher Spitze w 1973 roku „miłośnicy gór z Villach”. Jak go tu wciągnęli, nie wiem. Mamy witać Słońce, ale jak to często bywa, aura spłatała nam psikusa i niebo zasnuło się chmurami. Nie psuje nam to jednak humoru, bo mogło być przecież gorzej.

 

Mogło padać, albo mocno wiać… Jest już widno, mamy więc całą panoramę powiatu Villach jak na dłoni. Widać miasto Villach i zmieniające kolor z minuty na minutę turkusowe jezioro Faak See. Z nocnej mgły wyłaniają się też inne jeziora. Trudno je zliczyć, bowiem w Karyntii jest ich ponad 200! Pomiędzy wzgórzami wije się malownicza rzeka Drawa, która płynie nie tylko przez Austrię, ale także Słowenię, Włochy, Chorwację, Węgry.

 

Największe wrażenie robią na mnie Alpy, które od południa tworzą skalną ścianę oddzielającą Karyntię od Słowenii i Włoch. Tuż za nami dostojna góra Mittagskogel o wysokości 2135 m n.p.m. i pasmo Karavanken, którego góry są i w Austrii i w Słowenii. Jest pięknie, mimo że nie udało się zobaczyć słonecznej kuli.

 

Herbata w schronisku u Berty

 

Droga w dół wydaje się łatwiejsza, przede wszystkim dlatego, że już ją doskonale widać. Trzeba jednak uważać na kamienie i wystające korzenie. Po kilkudziesięciu minutach pomiędzy drzewami dostrzegamy drewniany budynek. To schronisko Bertahűtte zbudowane w 1885 roku. Berta to imię żony pewnego leśnika, która zasłużyła się dobrocią dla bliźnich.

 

Kobieta zmarła w 1947 roku, ale dzięki przystani dla wędrowców wciąż się o niej pamięta. Pijemy gorącą herbatę, jemy chleb z konfiturami domowymi i jajecznicę. Na koniec gospodarz częstuje malutkim kieliszkiem nalewki z sosnowych szyszek, podobno świetnej na trawienie. Wychylamy go za zdrowie wszystkich, którzy kochają góry.

 

Zdjęcia autorki