CZECHY: ATRAKCJE ZA MIEDZĄ (II) - WIDŁY DIABŁA, SZTRAMBERSKIE USZY I KĄPIEL W PIWIE

 

Na nocleg zjechaliśmy do sympatycznego hotelu górskiego w miejscowości Vrbno pod Pradziadem – najwyższym, 1.492 m n.p.m., szczytem Moraw i Śląska. Hotel ten, rozbudowany, a być może nawet zbudowany na nowo, jeżeli porównywać go ze starym zdjęciem, na górskim zboczu, nazywa się „Vidly” czyli „Widły”. Nazwę swoją wywodząc od diabelskich wideł.

 

Wątpliwości co do czego nie pozostawia rysunek na tablicy informacyjnej. Oferuje on nie tylko wygodne noclegi, ale także znakomitą regionalną kuchnię. Ale ten pierwszy dzień Press-tour okazał się tylko rozgrzewką. Następny był bowiem bardzo bogaty w wydarzenia. Przy czym niemal każdy punkt programu zasługuje na osobną prezentację.

 

 

Trudno bowiem w paru słowach opisać urocze miasteczko Budišov nad Budišovkou słynne w przeszłości z wydobywania łupków osadowych i wykonywania z nich pokryć dachów budynków, m.in. katedry św. Vita w Pradze. A i obecnie znajduje się w nim słynne Muzeum Łupków.

 

Podobnie w przypadku Arboretum w Nowym Dworze (Nový Dvůr) z bogatą kolekcją roślin tropikalnych, żywych motyli egzotycznych oraz ogromnym parkiem, jednym z najbogatszych w różnorodne drzewa i krzewy z kilku kontynentów. To samo dotyczy historycznej Opavy i tamtejszego, najstarszego w Czechach Muzeum Ziemi Śląskiej.

 

Jak również fortyfikacji „Na Trati” sprzed II wojny światowej w Bohuminie. Drugi nocleg mieliśmy w hotelu „Vista” w Ostrawie, przebudowanym w ciekawy sposób z dawnego hotelu robotniczego. Oferujący gościom standard noclegów i wypoczynku powyżej formalnej kategorii 3* jaką posiada.

 

Oglądaliśmy w nim m.in. pokoje dla VIP-ów o podwyższonym standardzie, ale także dostępną dla gości, zajmującą chyba całe piętro siłownię znakomicie wyposażoną w urządzenia i aparaturę dla samo udręczeń ciała. O znakomitej hotelowej kuchni tylko wspomnę, gdyż kolacja była po prostu pyszna.

 

W Ostrawie, której zwiedzania nie mieliśmy w programie, wpadliśmy tylko na krótko, a część uczestników wyjazdu także na drugą, nocną turę, na słynną ulicę Stodolną „która nigdy nie zasypia”. Znajduje się przy niej 60 klubów, kawiarni, pubów, barów, restauracji oraz kilka hoteli.

 

I nie tylko w wieczory weekendowe, ale praktycznie przez cały tydzień i cała dobę jest na niej i w tych lokalach mnóstwo ludzi. Także ostatni dzień poznawania tego regionu morawskiego Śląska rozpoczęliśmy od wizyty w dosyć niezwykłym, nowym hotelu „Miura” w Czeladnej.

 

Zbudowany w górskiej okolicy, z pięknymi krajobrazami z okien i balkonów wszystkich 44 pokoi (łącznie o 88 łóżkach) skierowanych na południe, z widokami na góry, z zewnątrz przypomina trochę długi bunkier. Tak bowiem jego autor i inwestor rozumieją współczesne wzornictwo, nazywane oczywiście z obca design.

 

Pewną monotonię, przynajmniej dla mnie, tej długiej, leżącej bryły, od podjazdu i głównego wejścia prawie bez okien, przerywają zabawne postacie – rzeźby postaci ludzkich zbudowanych z prostokątnych bloczków metalu przypominających duże klocki Lego. W jednym miejscu taki cyklop podtrzymuje, jak gdyby walącą się ścianę hotelu.

 

W innym postać siedzi na krawędzi dachu, czy „opala się” nad oczkiem wodnym. Z okien hotelu roztacza się też widok na leżące obok pola golfowe. Należące jednak, jak dowiedzieliśmy się, do innego niż hotel właściciela. Wnętrza hotelu są luksusowe, z zapleczem fitness i spa, konferencyjnym, barowo – restauracyjnym.

 

Nie ma wątpliwości, że można tu zabawić się i odpocząć znakomicie. Chlubą tego hotelu jest też podwójny portret Mony Lisy Andy Warhola przechowywany w barze w przeszklonym sejfie. Dostęp do oryginału mają tylko dwie osoby, a możliwy on jest wyłącznie z użyciem przez nich równocześnie posiadanych – po jednym różnym – kluczy. Jest to jeszcze jedna tutejsza ciekawostka.

 

Nic nie poradzę, że twórczość tego artysty pop artu nie jest dla mnie żadną wielką sztuką, a jedynie ogromnymi pieniędzmi wygenerowanymi przez jego reklamę. Trzy kolejne punkty programu naszej Press-tour: Muzeum Tatra w Kopijnicy, obchodzący w br. 700-lecie Nový Jičin z tamtejszym muzeum i pokazami produkcji filcowych kapeluszy oraz Muzeum Techniki w Vitkovicach, też zasługują na odrębne prezentacje.

 

Parę słów w tej ogólnej relacji poświęcę natomiast słodkiemu przysmakowi jakim są „Sztramberskie Uszy” i Zameczkowi w Zabrzehu, w którym mieliśmy pożegnalny obiad. Pierwsze z nich to ciastka mające status produktu regionalnego UE. Ich tradycja sięga roku 1241.

 

Wówczas na Morawach buszowali Tatarzy, rozgromieni ostatecznie w tymże roku dopiero w bitwie pod Legnicą. Mieszkańcy tutejszych okolic uciekli przed najazdem do trudno dostępnego Kotouča i nad znajdujące się na nim wypełnione wodą stawy rybne. Znajdowały się one tuż nad obozowiskiem najeźdźców.

 

Obrońcy przekopali w nocy wały tych stawów i zalali tatarskie obozowisko. Penetrując je po ucieczce tych wrogów, którzy przeżyli lawinę wody i błota, znaleźli skórzane worki pełne uszu odciętych zabitym chłopom i zasolonych, aby później pokazać chanowi ilu wrogów pokonano.

 

Od tamtego czasu w dzień Wniebowstąpienia NMP odbywa się w Štramberku procesja upamiętniająca tamto zwycięstwo. A jego symbolem są właśnie „Sztramberskie Uszy” wypiekane z ciasta piernikowego i korzennego. Wyłącznie ręcznie. Jak się to odbywa, mogliśmy zobaczyć w zakładzie Ladislava Hezký’ego.

 

Najpierw mistrz rozwałkowywał, podobnie jak na pierogi, wcześniej przygotowane ciasto. Następnie wykrawał z nich krążki, które jego pomocnica smarowała tłuszczem lub miodem, rozkładała na blachach, a po krótkim pieczeniu wkładała, przed ostatecznym etapem produkcyjnym, do specjalnych metalowych rożków nadając im właściwy smak.

 

Znakomity, dodam, chociaż jeść ten przysmak można także napełniając „uszy” bitą śmietaną lub konfiturami, np., z malin. Wspomniany już Zameczek w Zabrzehu – dzielnicy Ostrawy, w przeszłości rzeczywiście służył celom obronnym. Zbudowano go w XV w. a później parokrotnie przebudowywano. W 2007 roku założono w nim mini browar oraz hotelik.

 

Browar warzy trzy gatunki piwa praktycznie tylko na potrzeby własnej piwiarni i restauracji. „Na wynos” sprzedawane jest ono tylko w dużych, metalowych pojemnikach. Na piętrze znajdują się pokoje hotelowe. Podobnie jak restauracja są one wyposażone stylowo w repliki starych pancerzy, tarcz i broni, a także mebli. Ponadto liczne łby upolowanych zwierząt lub ich poroża.

 

Piwo jest smaczne, zarówno tradycyjne jęczmienne jak pszeniczne oraz ciemne. A kuchnia wręcz rewelacyjna. Tak fantastycznie przyrządzonej, mięciutkiej wołowiny w sosie bardzo dawno nie jadłem. Natomiast hitem tutejszego hotelu są kąpiele piwne. Przy czym ich nazwa jest trochę myląca.

 

W wydzielonej łazience znajduje się dwuosobowa kadź, do której oprócz wody wlewany jest słód i drożdże piwne – już nie nadające się do produkcji piwa, a znakomite podobno do celów kosmetycznych. Korzystając z kąpieli piwnej można nalewać sobie samemu z kraników koło kadzi już prawdziwe miejscowe piwo. A następnie po kąpieli odpoczywać na leżankach. Cały ten zabieg trwa 1,5 godziny i kosztuje 1.790 koron (tj. około 300 zł) od 2 osób.

 

Niestety, nie mieliśmy tego w programie. Czas zresztą naglił, trzeba było przed nocą wrócić do kraju. W sumie był to bardzo udany wyjazd, który wielu z jego uczestników zaskoczył faktem, jak wiele ciekawych miast i miasteczek, zabytków, miejsc i innych wartych zobaczenia obiektów znajduje się niemal o przysłowiowy rzut beretem od naszej południowej granicy. O tych, które tylko wspomniałem, napiszę szerzej wkrótce.

 

Więcej o atrakcjach turystycznych Czech na: www.czechtourism.pl

 

Zdjęcia autora


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com