DROGAMI BIAŁORUSI: NAD BUGIEM, PINĄ, PRYPECIĄ… (2)

 

Program drugiego dnia podróży okazał się nie mniej bogaty, jak pierwszego i kolejnych. Najpierw pojechaliśmy na bardzo zaniedbany, ale z ciekawymi fragmentami, cmentarz katolicki w Brześciu. Ładnie utrzymana, ale to już zasługa naszej strony, jest kwatera żołnierzy polskich. Następnie na trasie do Pińska przejechaliśmy przez Kobryń, odkładając jego zwiedzenie na drogę powrotną. W pobliżu miasteczka Bezdzież zatrzymaliśmy się przy (Lista UNESCO) Południku Struwego, a nieco dalej obok przydrożnej kapliczki z XVIII w. Wg. informacji naszej przewodniczki, to w tym miejscu konfederaci barscy pod dowództwem M. Ogińskiego stoczyli w 1771 roku ostatnią bitwę z kozakami pułkownika Albyszewa, który w niej poległ.

 

REWELACYJNE „BEZDZIEŻSKIE FARTUSZKI”

 

Hitem dnia – to kolejny temat na osobną publikację – okazało się niezwykłe Muzeum Sztuki Ludowej „Bezdziżskie fartuszki”. W miasteczku Motol w rejonie Iwanowskim (d. powiat Janowski) był nie tylko obiad, ale i zwiedzanie tamtejszego, jednego z najzasobniejszych na Białorusi, Muzeum Archeologicznego „Nasze korzenie”.

Pisałem już o nim obszerniej w relacji ze zwiedzania go w 2011 roku.

 

We wsi Woroncewicze bardzo ciekawym okazało się, niedawno otwarte po kapitalnym remoncie, muzeum i galeria Napoleona Ordy w jego rodowym pałacyku. W Pińsku zaś zdążyliśmy zwiedzić szybko tylko Muzeum Białoruskiego Polesia, w drodze do przystani żeglugi rzecznej na Pinie. Skąd odbył się rejs stateczkiem obok połączeń tej poleskiej rzeki z Prypecią.

 

A także „okrągły stół” na pokładzie, z przedstawicielami miejscowej branży turystycznej. Po nim była jeszcze wizyta w katolickiej katedrze, wcześniej kościele franciszkanów z 1712 roku oraz krotki spacer po starej części miasta. Zmieniło się ono bardzo na korzyść od mojego poprzedniego, nie pierwszego zresztą w nim pobytu, przed czterema laty.

 

HORNOWO, HORODNOJE, STOLIN

 

Głównie dzięki środkom jakie otrzymało – to białoruska tradycja – na godne przygotowanie się do krajowych dożynek. Tym razem nocowaliśmy nie w miejscowym hotelu, lecz w nowym gospodarstwie agroturystycznym „Podsołnuch” („Słonecznik”) w odległej od miasta o 9 km wsi Hornowo. Składa się ono z kilku dwupokojowych domków, z wygodnym pomieszczeniem wspólnym, w którym również w razie potrzeby można nocować.

 

Z nowoczesnymi węzłami sanitarnymi, telewizją itp. Ponadto z budynku restauracyjnego. Wszystkie wybudowano z drewnianych bali, zapewniając gościom dobre warunki wypoczynku.

 

Pierwszą część trzeciego dnia podróży spędziliśmy w rejonie stolińskim, ostatnim na naszej trasie w obwodzie brzeskim. Najpierw zapoznając się w miasteczku garncarzy – Horodnoje – z ciekawymi tradycjami i współczesnością tego rzemiosła w obecnej wsi.

 

Następnie zwiedziliśmy niespełna 13-tysięczny obecnie Stolin, jedno z najstarszych miast Białorusi, położony na wysokim, lewym brzegu rzeki Horyń. W przeszłości (XI-XIII w.) należało ono do księstwo Turowsko – Pińskiego, następnie do Wielkiego Księstwa Litewskiego, I Rzeczypospolitej, zaś w latach międzywojennych do Polski.

 

PARK I MUZEUM W MAŃKOWICZACH

 

Był on jednym z najważniejszych centrów ortodoksyjnego judaizmu na Polesiu i rezydencją cadyka. Z dawnej przeszłości niewiele jednak tu pozostało po wojennych zawieruchach. Ruiny XVIII – wiecznej synagogi uznanej za zabytek i czekającej na odbudowę, dom rabina, cerkiew z 1938 roku.

 

W pobliskich Mańkowiczach, obecnie przedmieściu Stolina, z dawnego zamku Radziwiłłów zachował się tylko blisko 28 hektarowy park założony w 1885 roku. A w nim kamień z pamiątkowym tekstem oraz ciekawe Muzeum Krajoznawcze. Jedno z najstarszych na Białorusi. Szczyci się ono posiadaniem 20 tys. eksponatów prezentowanych w działach: przyroda, archeologia, historia, garncarstwo i etnografia.

 

Obejrzeć można w nim m.in. narzędzia ludzi z okresu neolitu i epoki brązu. W materiałach informacyjnych, jakie w nim otrzymałem podkreśla się, że pierwsze prace archeologiczne na terenie powiatu stolińskiego prowadził w II połowie lat 30-tych XX wieku wybitny polski uczony Roman Jakimowicz.

 

Warta uwagi jest również muzealna kolekcja numizmatyki i falerystyki, ikon z XVIII-XIX w., starodruki oraz zbiory etnograficzne.

 

 

GORĄCE POWITANIE NA GRANICY OBWODÓW

 

A także kolczuga z XIII w., broń palna i biała, m.in. własnej roboty miecze powstańców 1863-1864 roku, mundury żołnierzy z 1812 roku i wiele inny eksponatów. W Dawidgródku weszliśmy na niewysoką Górę Zamkową, na której przed wojną wykopaliska prowadził wspomniany już Roman Jakimowicz. A u jej podnóża malowniczo płynie rzeka Horyń. W centrum tego miasteczka stoi pomnik jego założyciela księcia Dawida.

 

Jest też cerkiew św. Kazańskiej Matki Bożej zbudowana, a może tylko dokończona, podczas wojny w 1942 roku i sporo uroczych domków wiejskiego typu. Na „granicy” obwodów: brzeskiego i homelskiego czekało nas niezwykle uroczyste powitanie. Nie tylko z tradycyjnym chlebem i solą, ale również ludowym zespołem muzyczno – tanecznym, który później towarzyszył nam wieczorem na pikniku nad Prypecią.

 

Poznawanie Turowa, w którym poprzednio byłem już dwukrotnie, rozpoczęliśmy nietypowo dla wyjazdów o tematyce turystycznej. Od zwiedzenia na obrzeżach miasta nowoczesnego, wybudowanego przez Włochów, ale dla białoruskich firm, kombinatu mleczarskiego, przedmiotu dumy miasta i regionu. Produkującego głównie włoskie odmiany serów i twarogów, od mozarelli poczynając. Nie obeszło się oczywiście bez ich degustacji.

 

TURÓW ODMIENIONY

 

Z Turowskich nowości obejrzeliśmy również kompleks agroturystyczny „Strumień”.

Turów od mojego poprzedniego w nim pobytu przed trzema laty zmienił się nie do poznania. W centrum miasteczka wybudowano w ub. roku sobór katedralny p.w. św. św. Cyryla i Laurentego Turowskich.

Domy przy ulicach starej części otoczono jednolitymi, niebiesko – białymi płotami.

 

Na Górze Zamkowej tamtejsze wykopaliska znalazły się pod dachem na wzór brzeskiego „Berescia”. W ten sposób powstało muzeum krajoznawcze „Stary Turów”. Byliśmy oczywiście także na historycznym cmentarzu borysoglebskim, urządzonym na miejscu średniowiecznego klasztoru. Słynnego z „rosnących” kamiennych krzyży oraz „samopiszącej się” ikony w cmentarnej kaplicy.

 

O tych fenomenach, podobnie jak o ciekawych dziejach miasta, pisałem już obszerniej w relacji z podróży tutaj w 2011 roku. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do tego tekstu (Drogami Białorusi – Starosłowiański Turów) nadal do przeczytania w naszym portalu.

 

Otwarto też dla nas specjalnie drewnianą  cerkiew Wszystkich Świętych z 1890 roku, pełną zabytkowych ikon, a słynną z wielkiego kamiennego krzyża. Drugi, który także stał w niej uprzednio, podarowany został soborowi gdzie, w specjalnej kaplicy obok świątyni, jest miejscem kultu i celem pielgrzymek.

 

W PŁYWAJĄCYM HOTELU

 

Dodam, że są to dwa spośród kilku podobnych krzyży turowskich – inne „zniknęły” pod rządami komunistycznymi – które według legendy przypłynęły ze staroruskiego Kijowa, pod prąd, wodami Dniepru i Prypeci. W miejscowym, też nowym hotelu „Turów”, odbył się kolejny „okrągły stół” z przedstawicielami branży turystycznej zarówno lokalnej, jak i z innych miejscowości obwodu homelskiego.

 

Zdaniem uczestniczących w nim polskich touroperatorów, najciekawszy i najlepiej rokujący na bliższą współpracę w przyszłości. Pierwsze ustalenia w tym zakresie zapadły zaraz po obradach, w bezpośrednich rozmowach między firmami polskimi i białoruskimi. Gospodarze bardzo atrakcyjnie zorganizowali końcówkę naszego pobytu w Turowie. Kolację i nocleg mieliśmy w pływającym hotelu „Polesie”.

 

Jest to budynek na płaskodennym kadłubie statku, z ośmioma dwułóżkowymi (w większości piętrowymi) kajutami, z sanitariatem, umywalką i prysznicem każda oraz z niewielką restauracją i miejscem na dziobie pod odkrytym niebem. Hotel ten ciągnie, lub przeważnie pcha, po Prypeci i Strumieniu holownik. Popłynęliśmy więc w niezbyt daleki rejs do miejsca, w którym na wysokim brzegu czekała na nas, jak to uroczo mówiła po polsku pani Tatiana, „niespodziewanka”.

 

„NIEPODZIEWANKA” NAD PRYPECIĄ

 

Stateczek i holownik zacumowały na noc – wówczas nie pływają, zwłaszcza przy niskim stanie wody. A na górze czekała na nas zaimprowizowana estrada i namiot ze stołami zastawionymi przekąskami, a później serwowaną również „uchą” – zupą rybną oraz mięsiwem z grilla.

 

Zaś ludowy zespół wokalno – taneczno – instrumentalny, który powitał nas na granicy obwodów, dał znakomity pokaz swoich artystycznych możliwości. Przerywany występami równie dobrej solistki w repertuarze estradowym oraz fantastycznego, niesłychanie żywiołowego tercetu wokalno – tanecznego młodych Cyganek. Impreza trwała niemal do północy. Zaś sen na pokładzie tego hotelu był mocny i krzepiący.

 

Poranny rejs powrotny do Turowa odbył się również z atrakcją, tyle, że nieplanowaną. Pływający hotel utknął w pewnym momencie na mieliźnie – poziom wód w poleskich rzekach jest w br. wyjątkowo niski – i holownik nieźle się napracował, aby ściągnąć go z powrotem na głębszą wodę.

 

Na brzegu nastąpiło serdeczne pożegnanie z gościnnymi gospodarzami i ruszyliśmy w kilkusetkilometrową drogę powrotną do Warszawy. Z naszym własnym już programem. Wjazdem na chwilę do Pińska aby ci, którzy jeszcze nie widzieli domu dzieciństwa Ryszarda Kapuścińskiego mogli go zobaczyć.

 

ODNOWIONY KOBRYŃ

 

Później zjazdem z głównej drogi do Hruszowej, w której znajdował się niegdyś majątek pisarki Marii Rodziewiczówny. Po jej dworku nie ma śladu. Stoją natomiast jakieś dwa czy trzy, chyba późniejsze budynki w stanie ruiny, z pozabijanymi płytami oknami i drzwiami. Jedyną pamiątką jest poświęcona jej tablica pod starym, rozłożystym dębem „Di Wajtis”, opisanym w jednej z jej powieści.

 

Kolejny postój zrobiliśmy w Kobryniu na obiad, krótką przerwę dla kierowcy i zobaczenie obiektów związanych z Polską oraz innych miejscowych atrakcji. Byłem tu już wcześniej cztery razy w ciągu minionych 10 lat. I… z trudem poznałem to miasto. Odnowione, świetnie utrzymane, z parkiem w centrum, trasami spacerowymi itp. To efekt kolejnych dożynek. Obejrzałem jednak po raz kolejny kilka miejsc znacznie zmienionych na korzyść.

 

M.in. dawny dworek Trauguttów, później feldmarszałka Suworowa, sobór katedralny oraz pomnik upamiętniający pierwsze zwycięstwo wojsk rosyjskich nad napoleońskimi w 1812 roku. W finale tej podróży po Białorusi był jeszcze krótki postój w Brześciu na ostatnie zakupy. A przede wszystkim zwrot urządzenia rejestrującego długość jazdy płatną szosą. I granica. Tym razem odprawa po jej obu stronach przebiegła sprawnie. Ale w sobotę popołudniu rzadko kto jeździ stąd do Polski.

 

O GRANICY BEZ OWIJANIA W BAWEŁNĘ

 

Skoro o granicy mowa, trudno nie wspomnieć o jedynym ciemnym punkcie tego wyjazdu: przekraczaniu granicy i sposobie załatwiania na niej formalności. Zwłaszcza czasowej białoruskiej odprawy celnej samochodów i autokarów. Polscy kierowcy nie są w stanie zrozumieć, dlaczego aby to załatwić, trzeba kilkakrotnie chodzić od okienka znajdującego się w budynku, do innego w kiosku, kilkadziesiąt metrów dalej.

 

Żartobliwy argument, że to w trosce o ich zdrowie, aby mogli trochę rozruszać się po kilku godzinach siedzenia za kółkiem, nie do wszystkich przemawia. Jeszcze więcej czasu i nerwów wymaga uzyskanie (i zwrot) urządzenia do naliczania opłaty za jazdę drogami płatnymi, które od stosunkowo niedawna obowiązują na Białorusi.

 

Chociaż do przejechania nimi mieliśmy w obie strony niewiele ponad 60 km, tj. od Brześcia do Kobrynia – a nie ma między tymi miastami innej prostej drogi, to ta, wydawałoby się prosta formalność, chociaż nieodzowna pod groźbą wysokiej kary pieniężnej, okazała się bardzo skomplikowana i czasochłonna.

 

Nie można bowiem załatwić tego na granicy, trzeba jechać do miasta, do specjalnej placówki ubezpieczeniowej. A w drodze powrotnej ponownie, aby rozliczyć się z pobranej zaliczki i zwrócić urządzenie rejestrujące przebyte płatne kilometry.

 

HAMULCE ROZWOJU TURYSTYKI

 

Zajmuje to w każdą stronę około godziny cennego czasu. Polscy touroperatorzy wysyłający grupy wycieczkowe i sanatoryjne na Białoruś autokarami bardzo skarżą się też na długie czasy czekania w kolejce do odpraw i samych odpraw. Po obu – podkreślę ponownie – stronach granicy. A także, opisany wyżej, sposób załatwiania czasowej odprawy celnej pojazdów przy wjeździe na Białoruś.

 

Organizacja sposobu naliczania opłat za jazdę drogami płatnymi stanowi dodatkowe i, zdaniem laika, zupełnie niepotrzebne utrudnienie. Wszystko powinno być załatwiane bowiem na przejściu granicznym, i to w jednym miejscu. Bez rozwiązania tego problemu nie może być mowy o wzroście liczby wyjazdów turystycznych z Polski na Białoruś.

 

A przecież jest to szalenie ciekawy, a zarazem, biorąc pod uwagę nie tylko wspólną historię, ale i odległość, tak bliski nam kraj. Z sympatycznymi i życzliwymi gościom mieszkańcami. Naprawdę wart bliższego poznawania. Ale muszą być po temu stworzone chociażby elementarne warunki. Wspomniane problemy z odprawianiem pojazdów i systemem obliczania należności za jazdę drogami płatnymi, na pewno do nich nie należą.

 

 Zdjęcia autora