INDIE: PLAŻE, BIAŁE KOŚCIOŁY I KARNAWAŁ W GOA

Szeroki plaże indyjskiego stanu Goa ciągną się kilometrami. Z zielonych gajów palmowych wyrastają białe kościoły. Na targowiskach roznosi się zapach przypraw, a od barwnych kobiecych strojów kręci się w głowie.

 

 Podróżnicy twierdzą, że malutki stan Indii, Goa, przycupnięty do zachodniego wybrzeża kraju, nad Morzem Arabskim, to nie Indie lecz zupełnie odrębna kraina. A to za sprawą 450-letniego władania tym terytorium przez Portugalczyków.

 

Europejscy kolonizatorzy narzucili mieszkańcom nie tylko swoją religię, ale także styl architektoniczny, muzykę, kuchnię, styl bycia i niektóre zwyczaje, jak choćby huczne obchodzenie ostatnich dni karnawału.

 

 

Na szczęście mieszkańcy Goa całkowicie nie ulegli przybyszom zza morza, dzięki czemu w tej niewielkiej części Indii spotkamy się z niezwykle interesującym miksem portugalsko – hinduskim.

 

450-LETNIA KOLONIA

 

A wszystko zaczęło się w 1510 roku, gdy do wybrzeża dopłynęło ponad 20 okrętów z żeglarzami i żołnierzami dowodzonymi przez Alfonso Albuquerue. Wcześniej ziemie te podbijane były między innymi przez wojowników muzułmańskich. Admirał i konkwistador portugalski początkowo myślał jedynie o korzystnym handlu przyprawami.

 

Ale gdy, podobno przypadkiem, uratował stolicę hinduskiego królestwa od oblężenia przez jednego z sułtanów, postanowił zorganizować tu faktorię handlową, która szybko stała się kolonią portugalską. Zamorska kolonia funkcjonowała przez ponad 450 lat, do roku 1961, gdy po bezkrwawych walkach Portugalczycy oddali władzę rządowi Indii.

 

 

 

GOAŃSKI ŚWIĘTY

 

W czasie dominacji portugalskiej zburzono niemal wszystkie hinduskie świątynie. Nakazywał to specjalnie wydany edykt. W ich miejsce jak grzyby po deszczu wyrastały chrześcijańskie kościoły, a na terenie dzisiejszego Goa niezwykle aktywnie prowadzili swą działalność misjonarze. Jednym z nich był Franciszek Ksawery, franciszkanin, uczeń założyciela zgromadzenia Ignacego Loyoli.

 

Franciszkanin z zapałem oddawał się szerzeniu chrześcijaństwa, założył seminarium, opiekował się chorymi. Działał także na terytorium innych azjatyckich krajów. Zmarł w 1552 roku na wyspie Sancian u wybrzeża Chin. Jego ciało dotarło do ukochanego Goa nienaruszone, co zostało uznane za cud. Papież Grzegorz XV w 1622 roku ogłosił go świętym.

 

Szczątki misjonarza do dziś spoczywają w Bazylice Bom Jezus w Starym Goa. Co 10 lat, w rocznicę śmierci świętego, 3 grudnia, zjawiają się w niej chrześcijanie z całego stanu, bowiem trumna przenoszona jest do położonej kilkaset metrów dalej Se Cathedral, największego kościoła nie tylko na Goa, ale także całych Południowych Indii. Podobno podczas takiej procesji dochodzi do licznych cudów i uzdrowień.

 

STARA I NOWA STOLICA

 

Stare Goa, dawna stolica kolonii, to obecnie zaledwie kilka kościołów. Miasto zniszczyła w połowie XIX wieku zaraza. Pozostali przy życiu mieszkańcy opuścili je, a domy mieszkalne w większości zburzono w obawie, że w ich murach wciąż czai się śmiercionośna choroba. Stolicę przeniesiono do Pandżim położonego nad rzeką Mandovi.

 

I właśnie z tej rzeki miasto wygląda najpiękniej. Budowle, w tym białe kościoły, przebijają się przez soczystozielone gaje palmowe. Palmy kokosowe to najczęściej chyba spotykane drzewo na Goa. Ulice stolicy są gwarne, pełne skuterów i motorowych riksz. Kupcy zachęcają do zajrzenia do wnętrz sklepów z hinduską biżuterią, szalami, tradycyjnymi strojami.

 

Ale stroje najpiękniej wyglądają na mieszkankach Goa, które niezależnie od statusu społecznego, wyglądają w swych sari czy pandżabi (tunika i szerokie spodnie) jak barwne motyle. Najpiękniejszą i najbardziej znaną budowlą stolicy jest stojący przy gwarnym trakcie Kościół Niepokalanego Poczęcia ze znanymi z wielu goańskich fotografii skośno biegnącymi schodami.

 

TAJEMNICZE KROPKI

 

Ale Goa to także świątynie hinduskie. Przed jedną z najważniejszych, Mahalsa, w pobliżu Starego Goa, oglądamy piękny dziedziniec z kilkumetrową metalową lampą oliwną, do której zapalenia potrzeba 28 litrów oliwy, z wizerunkami bóstw, między innymi Wisznu, Sziwy czy Ganeszy. Aby wejść do środka, koniecznie trzeba zdjąć buty.

 

Wierni, którzy zapalają kadzidełka i składają ofiarne kwiaty, zdają się nie zwracać uwagi na natrętnych turystów. Przed świątynią znajduje się stragan z kopczykami wyglądającymi jak zmielone przyprawy na targowisku. Czerwone kopce to jednak nie przyprawy, a pasta, którą wierni nakładają sobie na czoło (albo nakłada im kapłan – bramin).

 

To znak religijny, tilaka. Tilaki nie wolno mylić z niezwykle popularnymi wśród hindusek kropkami bindi. Te, w różnych kolorach i kształtach, przyklejane są jedynie dla ozdoby. Jeśli kobieta chce pokazać, że jest mężatką, maluje sobie na czole kreskę, a czerwoną pastą niekiedy smaruje także przedziałek we włosach. Taki znak nazywa się sindur.

 

KARNAWAŁ W MARGAO

 

Najlepiej mogłam przyjrzeć się mieszkańcom Goa w Margao, stolicy południowej części stanu. A zawiódł mnie tam karnawał, czy raczej jego koniec. Cztery ostatnie dni przed Środą Popielcową, mieszkańcy stanu szaleli na paradach, które przechadzały się po czterech miastach niczym po sambodromie w Rio de Janeiro.

 

Główna ulica Margao pełna była platform, na których jechali poprzebierani członkowie różnych szkół, stowarzyszeń, firm, ugrupowań politycznych i Bóg raczy wiedzieć, czego jeszcze. Publiczność, wśród której także było wielu przebierańców, co chwilę obsypywana była kolorowymi papierkami, cekinami czy pachnącym talkiem. Muzyka przypominała raczej brazylijską sambę niż delikatne hinduskie dżwięki.

 

SKARBY GOA

 

Największymi skarbami Goa, jednego z najbogatszych stanów Indii, są, z perspektywy turystów, plaże. Nadmorskie pasy szerokie niekiedy na kilkaset metrów, z drobniutkim jak mąka ziemniaczana piaskiem, ciągną się przez dziesiątki kilometrów. Dla świata odkryli je hippisi, którzy przybywali tu, głównie w latach 60., zachęceni pięknem krajobrazu, niskimi cenami, dostępnością do narkotyków, tolerancją miejscowej ludności.

 

 O zabawach znanych ludzi, jak choćby członków zespołu The Beatatles, do dziś krążą legendy. Ja jednak nie spotkałam hippisów, narkomanów, pijaków, ani nachalnych handlarzy (przed czym przestrzegają przewodniki). Spotkałam za to pogodnie do życia nastawionych ludzi, malownicze pejzaże i pyszne jedzenie, wśród którego królowały ogromne krewetki, langusty i doskonale przyprawione ryby.

 

Zdjęcia autorki.