TAJWAN: FORMOSA CZYLI PIĘKNA WYSPA

Po 17 godzinach lotu, z przesiadką we Frankfurcie nad Menem, lądujemy w Tajpei. W Warszawie nie ma jeszcze północy. Tu minęła szósta rano. Różnica czasu – 7 godzin.
 
Krótkie formalności graniczne – obywatele polscy wjeżdżają na Tajwan bez wiz, ale podobnie jak inni podróżni muszą przejść obok urządzenia sprawdzającego na odległość temperaturę ciała aby wyłowić chorych.
 
Dojazd do hotelu na obrzeżach centrum i już jestem w stolicy wyspy oraz ponad 23–milionowego kraju, bo należy do niego także kilka wysepek. Uważanego w Pekinie za „zbuntowaną prowincję”, a tutaj za jedynego legalnego kontynuatora Republiki Chińskiej utworzonej w 1911 roku po upadku cesarstwa.
 
 
Wyspy, która w II połowie XX wieku zrobiła oszałamiającą karierę przekształcając się z zapadłego, prowincjonalnego „miejsca zesłań” – niemal dosłownie, bo tak traktowane było skierowanie na nią do pracy urzędników z Chin kontynentalnych, w jednego z „azjatyckich tygrysów” bardzo liczących się w gospodarce światowej.
 
Jej dzieje, mimo marginalnego znaczenia w przeszłości, były okresami bardzo burzliwe. Nie miejsce tu, aby pisać o nich szczegółowiej. Ale przypomnienie paru podstawowych faktów uważam za konieczne. Ludzie mieszkali tu już około 30 tys. lat p.n.e. Tajwan zasiedlony został jednak „dopiero” około 4 tys. roku p.n.e. I to bynajmniej nie przez Chińczyków, lecz ludność austronezyjską.
 
To ich nieliczni potomkowie są tajwańskimi Aborygenami. Osadnictwo chińskie zaczęło się co prawda już w III w n.e., ale było niewielkie. Nie sprzyjał mu klimat, a także góry i wyżyny pokrywające dwie trzecie wyspy, z najwyższym – 3952 m n.p.m. – szczytem Yu Shan. W 1517 roku Tajwan odkryli Portugalczycy nadając mu używaną w świecie niemal do naszych dni nazwę Formosa.
 
Podobno to Jan Huyhgen van Linschotten, nawigator płynącego wzdłuż jej brzegów statku, w pewnym momencie wykrzyknął „Ilha Formosa” – Piękna Wyspa. Dodam, że ta właśnie portugalska nazwa współcześnie używana jest w jej promocji. W nieco ponad sto lat później, w 1624 roku, Holendrzy założyli na południu Formosy faktorię sławnej Kompanii Wschodnioindyjskiej.
 
I rozpoczęli uprawę ryżu oraz trzciny cukrowej, które aż do XX wieku stały się głównymi towarami eksportowanymi z wyspy. A ponieważ lokalnej siły roboczej było bardzo mało, sprowadzali ludność chińską z kontynentu. To od wtedy datuje się masowe zasiedlanie Formosy Chińczykami, nasilone w czasach 22–letnich rządów chińskiego dowódcy Chenga Chenggonga i jego następców, który wyparł Holendrów.
 
W 1683 roku Tajwan przyłączony został, co dodatkowo wzmogło chińską imigrację, do cesarstwa Chin. Nie na zawsze jednak. W roku 1895 musiało ono, na pół wieku, przekazać ją Japonii. A ona – nie w smak jest przypominanie Chińczykom zasług tych okupantów – przekształciła wyspę w nowoczesny region.
 
Japończycy zbudowali linię kolejową z północy na południe. A wspomnę, że liczący tylko 36 tys. km kw. Tajwan ma w najdłuższych miejscach 377 km długości i 142 km szerokości, rozbudowali drogi i porty, przemysł, zbudowali sieć elektrowni. Wprowadzili też powszechny system szkolnictwa, założyli uniwersytet itp. I chociaż Tajwan pod rządami japońskimi nie był oazą spokoju i dobrobytu, korzenie dynamicznego rozwoju wyspy w II połowie XX wieku tkwią również w tamtym okresie.
 
Przegrana Kuomintangu i nacjonalistów Czang Kai-szeka w wojnie domowej z komunistami Mao Tse-tunga i ewakuacja w 1949 roku rządu Republiki Chińskiej na Tajwan zapoczątkowała nowy rozdział w jego dziejach. Do tego stopnia, że dzielone są one na „przed” i „po” tym wydarzeniu. Z „generalissimusem” przeniosła się nie tylko blisko milionowa armia, ale także dwa miliony ludności cywilnej.
 
Przede wszystkim bogatej, z zasobami gromadzonymi od pokoleń. Kto mógł, na kontynencie zostawiał tylko ziemię i budynki. Trafiły tu również skarby chińskiej kultury narodowej, wśród nich najważniejsze: zbiory Muzeum Pałacowego w Zakazanym Mieście w Pekinie. Dziś główny magnes – napiszę o nim osobno – przyciągający do Tajpei turystów z całego świata.
 
Dyktatorskie rządy Czanga ( zmarł w 1975 roku ) i jego syna Cziang Czing-kuo oraz innych przywódców z Kuomintangu nie były bynajmniej demokratyczną idyllą. Wręcz przeciwnie. Była to satrapia – stan wojenny trwał 38 lat ! – porównywana z maoistowską, tyle że bez „Rewolucji kulturalnej”.
 
Lata nazywane dziś w demokratycznym już Tajwanie Okresem Białego Terroru – jego ofiary mają już własny pomnik w centrum stolicy. Równocześnie jednak dynamicznego rozwoju gospodarczego, w czym znaczący udział miała pomoc amerykańska. A także naukowego, kulturalnego i w wielu innych dziedzinach.
 
Celem mojego tu przyjazdu nie jest jednak zajmowanie się imponującą gospodarką tajwańską i jej ogromnymi rezerwami walutowymi. Lecz nieliczne tutejsze zabytki, wspaniałe zbiory muzealne oraz kilka innych ciekawych miejsc i obiektów. Nie tylko starych. Już podczas pierwszej „penetracji” okolic hotelu natrafiłem w jego pobliżu na niezwykle interesującą nową świątynię taoistyczną Bóstwa Opiekuńczego Ziemi.
 
Wierzenia religijne Tajwańczyków to odrębny, obszerny temat. Nie czuję się jednak na siłach aby go rozwinąć. Są tu wyznawcy konfucjanizmu, taoizmu, buddyzmu, nieliczni chrześcijanie różnych wyznań. Swoje ślady pozostawił animizm kultywowany przez rdzenne narody wyspy, ogromną rolę nadal odgrywa kult przodków.
 
Obszerny jest panteon tajwańskich bogów i bogiń, wśród których prym wiedzie Yu Huang – główny władca niebios – „Nefrytowy Imperator”. Powszechnie czczony jest Tudi Gong – „Boski Starzec” -bóg sukcesu dobrobytu. Podobnie Guan Gong – „Starzec Guan”, legendarny wódz z III w. n.e. , a także Ma Zu – „Pramatka”. Ale wrócę do wspomnianej świątyni.
 
Na sporym placu jak gdyby wyciętym u zbiegu dwu ulic z wielopiętrowymi domami, najpierw zobaczyłem kilkupoziomową, niezwykle barwną budowlę w tradycyjnym chińskim stylu architektonicznym, ze smokami i innymi ozdobami na krańcach dachów. Później w podobnym stylu, ale przypominającą arkę lub łuk tryumfalny, bramę na teren świątyni.
 
A między nimi z boku wielki piec do spalania pieniędzy ofiarowywanych bóstwom oraz w centrum ogromną brązową kadzielnicę strzeżoną przez smoki. Dodam, aby uspokoić Czytelników którzy na podstawie co napisałem mogą sądzić, że wierni palą, zamiast ofiarować, prawdziwe pieniądze, że do tego celu używa się, kupowanych za grosze, papierowych papierków przypominających pieniądze.
 
Ze zwyczajem tym spotkałem się już wcześniej w Tybecie i innych krajach himalajskich, w Makau, Hongkongu, a nawet w Chinach. Świątynia jest nowiutka, wzniesiona, a przynajmniej oddana do użytku, już w XXI wieku. Na frontonie, nie mówiąc już o wnętrzach, trudno znaleźć – od posadzek po dachy – wolny od ozdób centymetr kwadratowy.
 
W porównaniu z tym, co tu oglądam, najbardziej przeładowane detalami europejskie barokowe, czy w stylu rokoko kościoły, to przykłady zdobniczej skromności, a nawet ascezy. Rozglądam się. Nie ma pozostawionych na zewnątrz butów. Wchodzę. Wewnątrz widzę zaledwie dwie osoby. Jedna modli się z zapalonymi cieniutkimi świeczkami czy kadzidełkami w dłoniach.
 
Młoda dziewczyna właśnie wychodzi. Mijając mnie skłania wschodnim zwyczajem głowę. Odwzajemniam ukłon. Zaczynam oglądanie detali. Wyjmuję aparat fotograficzny. Nie widzę zakazu, robię więc zdjęcia rozległego wnętrza ciągnącego się na całą szerokość – od placyku – oraz głębokość parteru. Ołtarzy, rzeźb, wieżyczek, detali oraz modlącego się mężczyzny.
 
Po chwili dostaję oczopląsu od feerii barw z dominującym złotem i czerwienią, świateł i ich odblasków. Zewsząd otaczają mnie złocone figury bóstw. Niezliczone malowidła, rzeźby smoków i innych stworów oraz inne dekoracje architektoniczne pokrywają ściany, sufity, kolumny itp. Rozglądam się, widzę jakieś kręte schody na wyższy poziom. Schodzi z nich kobieta, tak jak poprzednia skłania głowę.
 
Na górze jest chyba administracja – myślę. Wychodzę, muszę ochłonąć. Znowu oglądam wszystko z zewnątrz. Dostrzegam, że wszystkie trzy poziomy świątyni są jednakowo bogato ozdobione. Wracam do środka, wchodzę na piętro. Ściany i sufit klatki schodowej też pokryte są malowidłami. Poręcze schodów – rzeźbami.
 
Okazuje się, że na drugim poziomie świątyni jest identyczna, chociaż różniąca się rodzajem ołtarzy, rzeźb, ozdób i detali, sala modlitwy. A może to kolejna świątynia czy kaplica? Wzdłuż jej dłuższego boku, od strony placyku i ulicy, vis a vis głównych ołtarzy, widzę drzwi na taras. Wychodzę nań. Jest on szeroki na jakieś 3 metry, z kolejną brązową kadzielnicą, kamiennymi płaskorzeźbami na ścianach, smokami, malowidłami, kolumnami. Na trzecim poziomie budowli kolejna, także bardzo podobna, znowu różniąca się detalami, kaplica czy sala modlitwy.
 
Robię dziesiątki zdjęć. Podczas mojego blisko godzinnego poznawania tej świątyni spotykam zaledwie kilka modlących się w niej osób. No cóż, jest sobota, wczesne godziny przedpołudniowe. Pora wracać do hotelu, wkrótce ruszamy na zwiedzanie tajpejskich zabytków i innych ciekawych obiektów tajwańskiej stolicy. Ale o nich napiszę wkrótce. Wrażenie, jakie zrobiła na mnie świątynia Bóstwa Opiekuńczego Ziemi, okazało się ogromne. I chyba pozostanie jednym z najmocniejszych z Tajwanu.
 
Zdjęcia autora