BIRMA: RANGUN – DLA DUCHA I CIAŁA

Na przecięciu ważnych arterii śródmieścia Rangunu – Sule Pagoda Rd. i Maha Bandoola Rd., po środku dużego ronda stoi pagoda Sule. Jedna z „Wielkiej Trójki” – obok najważniejszego dla Birmańczyków sanktuarium Szwe Dagon i pagody Botatung – tutejszych świątyń.
 
W tym 5-milionowym mieście bardzo religijnego kraju jest ich oczywiście o wiele więcej. Nie tylko dominujących buddyjskich, ale i innych religii. Hinduiści mają trzy świątynie: Sri Kali, Sri Siva i Sri Devi poświęcone ich głównym bogom.
 
Chrześcijanie katedrę katolicką św. Marii – St. Mary’s Cathedral i kościoły: baptstów Immanuel Baptist Church oraz metodystów Melugu. Wyznawcy judaizmu synagogę Moseah Yeshua. Muzułmanie meczety Cholia Jama i Narsapuri. Jest także ponad 100-letnia świątynia chińska Kheng Hock Koeng.
 
 
 
 
Pagoda Sule jest niemal tak stara jak stupa Szwe Dagon o której pisałem w jednym z poprzednich reportaży z Birmy. Ma podobno około 2 tys. lat, chociaż jej obecny kształt jest znacznie późniejszy. To nie tylko obiekt sakralny, ale i miejsce spotkań mieszkańców. Cudzoziemcy, podobnie jak w sanktuarium Szwe Dagon, płacą za wstęp do niej.
 
Centralnym obiektem tej świątyni, której nazwa pochodzi od ducha Sule strzegącego wzgórza Szwe Dagon wznoszącego się ponad 2 km na północ od niej, jest 48–metrowej wysokości stupa – zedi Kyaik Athok. Co w języku mon znaczy Święty Włos. Zawiera bowiem w sobie relikwię Buddy – jego włos. Jest pokryta 24 – karatowym złotem i widoczna z daleka.
 
Stupa ta nie tylko zbudowana została na schodkowej podstawie 8-kąta symbolizującego liczący tyle dni buddyjski tydzień, ale niemal cała, aż do dzwonu na jej szczycie, jest ośmiokątna. Co nawiązuje do tradycji birmańsko – buddyjskiej i potwierdza jej wielosetletnie dzieje. Według legendy początek dali jej mnisi – misjonarze, którzy około 230 r. p.n.e. przybyli tu z Indii z włosem Buddy.
 
Do pagody Sule wchodzi się, oczywiście boso, nawet bez skarpetek, podobnie jak do wszystkich buddyjskich w tym kraju. W upalne dni bywa to niekiedy bolesne, bo rozgrzane kamienie parzą stopy, a żwir i gruz ruin potrafi je zranić. Ale taka jest cena za możliwość poznawania tych, przeważnie wspaniałych świątyń.
 
I tak samo jak w Szwe Dagon wejście prowadzi po schodach przez pawilon ze sprzedawcami pamiątek. Ale także bawiącymi się w nich dziećmi oraz rozmawiającymi ze sobą kobiet. Stupę Kyaik Athok otaczają mniejsze stupy i pagody – kaplice z niezliczonymi posągami Buddów. Są też między nimi pięknie zdobione i złocone studnie z ołtarzykami.
 
Jak również nisko zawieszone dzwony, w które każdy może uderzyć drewnianą, zdobioną pałką, aby jego modlitwy zostały lepiej usłyszane. Dla dzieci stanowi to zabawę, której nikt nie przeszkadza. Całość zespołu pagody jest kameralna. Widzę sporo osób modlących się zarówno indywidualnie, jak i zbiorowo.
 
Na zewnątrz świątyni stoją, jak gdyby przyklejone do niej, pawilony astrologów i wróżbitów reklamujących się plakatami z rysunkami otwartej, pełnej magicznych znaków dłoni. Poznawanie w ten sposób przyszłości stanowi ważny element życia Birmańczyków. A tuż obok, dosłownie po drugiej stronie ruchliwej jezdni, toczy się wielkomiejskie życie.
 
Stoi ogromny, jeszcze z czasów kolonialnych, City Hall – ratusz. Na cztery strony świata rozchodzą się szerokie arterie. Obok ronda, środek którego zajmuje pagoda Sule, zaczynają się ogrody Maha Bandżola, nad którymi góruje 46–metrowy Pomnik Niepodległości. W pobliżu jest również wiele innych budowli użytku publicznego.
 
Nieco ponad kilometr w linii prostej od pagody Sule, w pobliżu brzegu rzeki Rangun (Yangon), znajduje się trzecia z najważniejszych buddyjskich świątyń miasta, pagoda Botatung Paya. Z nią również związana jest legenda. Według niej ośmiu mnichów, którzy przed dwoma tysiącami lat przybyli z Indii z relikwiami Buddy, na brzegu rzeki witała warta honorowa tysiąca – stąd nazwa świątyni – żołnierzy.
 
Pagodę tę zbombardowało w 1943 roku – Rangun i Birma okupowane były wówczas przez Japonię – lotnictwo alianckie. Została odbudowana po wojnie. Na poznanie w Rangunie zasługują nie tylko te trzy stare buddyjskie obiekty sakralne. Także wśród nowych można znaleźć coś interesującego.
 
Należy do nich niewątpliwie pagoda Chauk Htat Gyi (Chaukhtatgyi Paya), w której centralne miejsce zajmuje ogromny posąg odpoczywającego Buddy. Jego kilkumetrowej wielkości stopy pokrywają symbole 108 punktów – znamion. Dodam, że wśród buddystów i w ogóle w tym regionie świata, za rzecz nieprzyzwoitą i obraźliwą dla innych uważane jest pokazywanie stóp. Nie dotyczy to jednak Oświeconego.
 
Duże tablice w językach birmańskim i angielskim rozmieszczone w kilku miejscach przy ogrodzeniu otaczającym ten posąg, objaśniają znaczenie poszczególnych symboli. W pagodzie tej są również ołtarze z licznymi figurami, wśród nich znacznie mniejszego odpoczywającego Budy.
 
Na jednym z nich dostrzegam i fotografuję artystę pokrywającego drewnianą rzeźbę stojącego Buddy czarną, smolistą substancją, do której przyklejane będą cieniutkie płaty złota. Trzy stojące obok posągi siedzących Buddów już są gotowe. Przed wielkim posągiem leżącego Buddy bez przerwy zmieniają się wierni. Modlą się zarówno indywidualnie, jak i zbiorowo.
 
Moją uwagę zwraca m.in. grupa kobiet w białych bluzach i – to tutaj rzadkość – długich, też białych spodniach, której towarzyszy buddyjski mnich. Nie samą strawą duchową: oglądaniem świątyń, zabytków, muzeów czy bazarów, człowiek jednak żyje. Musi też nie tylko spać, ale i jeść. Wybór restauracji, barów, kawiarni i jadłodajni jest w Rangunie ogromny.
 
Od prymitywnych, raczej brudnawych i odrzucających samym widokiem garkuchni. Chociaż podobno spożywanie w nich świeżo zdjętych z ognia potraw nie powoduje zatruć i sensacji żołądkowych. Na wszelki wypadek jednak tego nie ryzykowałem. Po lokale luksusowe, nawet bardzo, i odpowiednio drogie. Bezpłatnie rozdawane plany miasta i informatory turystyczne pełne są ich reklam.
 
French Bar & Restaurant. Bar & Tai Restaurant. L’Opera Italian Restaurant & Bar. Le Planteur – Modern European and Indochine Fine Dining. Sky View – Cyber Café & Restaurant. Morning Star – Café & Bakery. Bar.B.Q Thai & Chinese Cuisine. Padonmar Restaurant. Coffee Circles – Coffeehouse & authentic cusines. Love Boat – Rice & Noodle Bar. The Seoul – Korean restaurant.
 
To tylko wybrane na chybił – trafił przykłady. Są jednak w Rangunie także lokale o wysokim standardzie, a zarazem z rozsądnymi cenami. Można w nich nie tylko znakomicie zjeść, ale i na dodatek otrzymać coś dla ducha. Chyba najbardziej znany i popularny jest Karaweik.
 
Ogromny, przez niektórych uważany nawet za monstrualny, pałac – pagoda nad brzegiem jeziora Kandawgyi we wschodniej części miasta. Wzorowany na królewskim statku – jego podstawa to rzeczywiście dwa jak gdyby płynące obok siebie ogromne mityczne ptaki z bardzo długimi tułowiami i podniesionymi z drugiej strony gmachu ogonami. O pałacowych wnętrzach i stosowną do nich obsługą.
 
Gdy wieczorem jest mocno oświetlony, rzeczywiście można go pomylić z pagodą. Wchodzi się do niego po pomoście szerokim prawie jak sopockie molo. Przed wejściem gości witają halabardnicy w historycznych strojach. Po przekroczeniu progów zaś kolejni, odpowiednio ubrani, majordomusowie i hostessy. Wnętrza do złudzenia przypominają królewskie lub książęce pałace.
 
Bogate posadzki i zdobione stropy. Kolumny, rzeźby i posągi. Samoobsługowe stoły w scenerii kapiących od – imitacji – złota i szlachetnych kamieni dekoracji. Kuchnia znakomita, wybór dań i potraw duży. Ale główną atrakcją lokalu jest scena i występy na niej zespołu artystycznego wykonującego klasyczne tańce birmańskie. Piękne tancerki i przystojni tancerze. Jest to feeria strojów, barw, ruchu.
 
Najpierw tańce dworskie, później coś bardziej ludowego. Zmagania poganiacza ze zbuntowanym słoniem, w roli którego, pod ozdobnymi kapami, występuje dwu tancerzy. Gości wychodzących po kolacji i spektaklu zaprasza jeszcze kosmetyczka w stroju damy dworu proponując i demonstrując ochotnikom zabiegi oraz środki upiększające.
 
Żegna zaś para królewska siedząca w salonie na pięknie rzeźbionej i złoconej sofie. I co chyba jest tu najbardziej zaskakujące, nie dostrzegłem w tym wszystkim kiczu, o który przecież tak łatwo. W sumie był to więc udany wieczór za niezbyt wygórowaną cenę. Świetny relaks po całym dniu obcowania z zabytkami i świętością stup, pagód, posągów oraz ruchliwym, gwarnym i umiarkowanie sympatycznym miastem.
 
Zdjęcia autora