CEJLON: KANDY. W OSTATNIEJ STOLICY PAŃSTWA SYNGALEZÓW

Z hotelowego tarasu roztacza się niezwykły, wspaniały widok. Przecieram zaspane oczy – jest właśnie przedświt: to rzeczywistość, czy stary japoński rysunek? Ale stąd do Japonii jest parę tysięcy kilometrów.

 

Jestem bowiem w Kandy, w sercu Sri Lanki, wyspy nadal bardziej znanej na świecie jako Cejlon, jak nazywała się ona do 1972 roku. Na pierwszym planie mam szarozielone jeszcze drzewa i krzewy.

 

Dalej – aż po horyzont, z białej jak mleko mgły, sterczą pokryte roślinnością góry. Zaś w dolinie, jeszcze niewidoczne, leży trzecie co wielkości w kraju, 150-tysięczne miasto. Uważane za najładniejsze na wyspie, ostatnia historyczna stolica państwa Syngalezów.

 

 

Którą było ponad 300 lat, od około roku 1500, do 1815 – gdy Brytyjczykom, trzecim w kolejności - po Portugalczykach i Holendrach kolonizatorom, udało się je podbić i przyłączyć do reszty cejlońskiej kolonii.  Tropikalne słońce – Sri Lanka leży tylko kilkaset kilometrów na północ od równika – szybko likwiduje mgłę. Wyłania się z niej miasto, i 4-kilometrowej długości jezioro Muhada Wewa.

 

Na jego północnym brzegu znajduje się główny cel naszego tu przyjazdu: Świątynia Zęba, najważniejsze sanktuarium buddyjskie na Rajskiej Wyspie, jak od wieków określany jest Cejlon. Religia buddyjska dotarła tu wcześnie. Legenda głosi nawet, że sam wielki Siddhartha Gautama (ok. 560-480 p.n.e.) indyjski książę z północnych Indii, myśliciel, który osiągnął najwyższe „oświecenie” - bodhi, stąd Budda, i stał się twórcą religii oraz filozofii życia, przebywał osobiście na wyspie jako wędrowny kaznodzieja.

 

Natomiast historycznym faktem jest stworzenie kolebki cejlońskiego buddyzmu w 247 r. p.n.e. w Mihintale, 13 km od pierwszej historycznej stolicy wyspy, Anuradhapury, przez Mahindę, syna indyjskiego cesarza Asioki. Święty Ząb, czczony jako Buddy, to też legenda. Zgodnie z nią pochodzi ze stosu, na którym spalono zwłoki wielkiego myśliciela, a na Cejlon przemyciła go w średniowieczu, ukryty we włosach, syngaleska księżniczka.

 

Tyle, że biorąc pod uwagę wielkość i kształt tego zęba, na pewno nie należał on do człowieka, tylko zwierzęcia. Nie ma to jednak wpływu na kult, zresztą ząb nie jest publicznie pokazywany. A celem pielgrzymek nie jest oglądanie go, lecz modły. Świątynia Zęba jest bardzo dobrze strzeżona przez policję. Była tu bowiem w przeszłości próba zamachu na nią ze strony Tamilskich Tygrysów.

 

Wszyscy więc, także zagraniczni turyści, wchodzący na teren zespołu świątynnego, podlegają dokładnej kontroli. Łącznie z rewizją osobistą w osobnych kolejkach dla kobiet i mężczyzn. Główna Świątynia – Dalada Maligava, to solidny murowany gmach ze spadzistymi dachami, zbudowany na pocz. XIX w. , częściowo na fundamentach z XVI w.

 

Prowadzi do niego od bramy długa aleja, na końcu której jest ponowna kontrola wchodzących. Wewnątrz, na kilku poziomach, są kaplice, w tym główna – z Sanktuarium, na otwarcie którego czekają właśnie wyznawcy. Przed nim składają na kamiennym stole ofiarne kwiaty. W kaplicach i innych pomieszczeniach dominują posągi Buddy, widzimy też wiele ozdób, m.in. całe, potężne kły słoni.

 

Ale nie wszędzie atmosfera jest wzniosła. W niektórych miejscach, nawet tuż koło głównego sanktuarium, przypomina ona nieco ... piknik. Siedzący na podłodze pątnicy modlą się żarliwie, ale także posilają. Jedna z kobiet, które przyszły z niemowlęciem, karmi je piersią. W innej kaplicy widzę, jak odkurzający złociste święte posągi Buddy mnich, wali je po prostu szmatą… po głowie

 

Świątynia, a właściwie cały zespół świątynny, obejmuje znaczną powierzchnię nad jeziorem. Znajdują się na niej także mniejsze świątynie i kaplice, klasztor z mnichami w szafranowych szatach, są stupy – kultowe wieże buddyjskie, hinduistyczna świątynia Maha-Vishnu-Devale, a nawet... kościół chrześcijański w stylu gotyckim.

 

To pamiątka z czasów kolonializmu, pasująca w tym miejscu tak, jak pasowałby np. meczet z wysokim minaretem na Jasnej Górze czy Wawelu. Ale w dziedzinie religii Lankijczycy są bardzo tolerancyjni. Jak mnie zapewniano, bez względu na wyznanie i boga, czy bogów, do których się modlą, wszyscy świętują także uroczystości sąsiadów – innowierców.

 

Buddystów, hinduistów, chrześcijan, a nawet, równie jak ci ostatni stosunkowo nielicznych mahometan, obchodząc np. wraz z nimi ramadan. Największym świętem, którego skala przekracza bramy zespołu Świątyni Zęba, jest Perahera – pochód m.in. z ubranymi w specjalne, ozdobne kapy, pokrywające także głowy – z otworami na oczy i trąby, słoniami. Nie jest to jednak tylko tutejsza specjalność.

 

Z Peraherą w Kandy konkuruje podobne święto w Kataragamie, procesje w Kolombo czy np. Udappuwa w Chilaw, 100 km n północ od stolicy. Gdzie „clou” programu jest chodzenie po rozżarzonych węglach. Jeżeli jednak chodzi o to ostatnie, aby je zobaczyć, nie trzeba wyjeżdżać z Kandy. W mieście odbywają się bowiem wieczorami występy folklorystyczne.

 

Prezentowane są na nich różne cejlońskie tańce, m.in. w sławnych maskach. Są występy instrumentalistów, połykaczy ognia, a spektakl kończy spacer artystów bosymi stopami właśnie po rozżarzonych węglach. Siedziałem w pierwszym rzędzie, czułem ten żar, ale młodzi mężczyźni chodzili po nim boso, jak gdyby był to miękki dywan.

 

Kandy jest ruchliwym, handlowym miastem. Bardzo orientalnym pod tym względem, z oryginalną cejlońską architekturą, wśród której tylko od czasu do czasu, zwłaszcza w centrum, spotyka się budowle pokolonialne, nawiązujące do architektury europejskiej. Sri Lanka jest jednym ze światowych centrów wydobycia szlachetnych kamieni.

 

Mimo ogromnej liczby sklepów, wśród nich wielu z biżuterią, antykami, pamiątkami, artykułami włókienniczymi, skórzanymi, czy przemysłowymi gospodarstwa domowego, nie czuje się tu gorączkowej krzątaniny typowej dla Wschodu. Kupcy zapraszają do wnętrza, ale powściągliwie. Życzliwie uśmiechają się, zachęcają do obejrzenia, kupienia, ale za rzecz naturalną uważają, że potencjalny klient tylko rzuca okiem i najczęściej wychodzi.

 

Ulice centrum zatłoczone są samochodami, obok nich jeździ sporo motocykli, rowerów, a także "tuk-tuków" – trzykołowych motorowych riksz, czy jak ktoś woli, taksówek. Ich potok płynie powoli, ostrożnie, bez trąbienia, przeklinania, omijając wszechobecnych również na jezdni ludzi i zwierzęta.

 

Oprócz domów mieszkalnych, lokali handlowych, gastronomicznych i biurowych przy głównych ulicach - na peryferia nie miałem czasu dotrzeć – wznoszą się, nierzadko kilkanaście-kilkadziesiąt metrów jedna od drugiej, świątynie hinduistyczne, buddyjskie i meczety. Tak jak wszędzie na tej wyspie, przybysza zaskakuje ogromna życzliwość, uśmiechy, a nawet radość wyrażana z przypadkowego z nim spotkania mieszkańców.

 

Z których większość – co warto pamiętać – żyje bardzo skromnie, jeżeli nie wręcz nędznie. Sri Lanka należy bowiem do najbiedniejszych krajów świata, a na przykład nauczyciele zarabiają poniżej średniej płacy. A jednak nie spotyka się tu właściwie żebraków czy ludzi obdartych. Przechodnie są ubrani czysto, nierzadko bardzo barwnie – zwłaszcza kobiety. Przeważnie czyste są też ulice i place, nie mówiąc już o zadbanych sklepach i placówkach usługowych.

 

Kandy leży w niewysokich górach – główne ich pasmo, z najwyższym szczytem wyspy Pidurutalagalą, 2524 m n.p.m., zaczyna się kilkanaście kilometrów dalej na południe. Zieleni, wspaniałej roślinności, jest jednak wszędzie wiele. Jedno z najciekawszych pod tym względem miejsc stanowi leżący kilka kilometrów od miasta, największy na Sri Lance, chociaż tylko o pow. 60 ha, ogród botaniczny Peradeniya.

 

Bogactwa i różnorodności flory mogą mu jednak pozazdrościć inne, większe. Rośnie tu bowiem kilka tysięcy gatunków roślin, z których wiele występuje wyłącznie na tej wyspie. Przed niektórymi drzewami człowiek staje osłupiały. Wysokie, z plątaniną niezliczonych gałęzi tworzą jak gdyby dach, pod którym schronić może się wiele dziesiątków ludzi, budzą szczególne zainteresowanie.

 

Podobnie jak np. kilkunastometrowej wysokości bambusy. Niezliczone krzewy, kwiaty - w tym kolekcja ponad 200 gatunków orchidei w specjalnym pawilonie, a między nimi alejki z ławeczkami, tworzą przepiękną całość, mogącą zachwycić nie tylko botaników. Jest to zarazem miejsce pulsujące życiem. Byłem w tym ogrodzie w sobotę wieczorem.

 

Spotykając licznych mieszkańców, którzy właśnie do niego wybrali się na spacer z dziećmi lub piknik organizowany na trawie – jest to dozwolone, roślinność odnawia się bowiem szybko. Wstęp jest płatny, o ile jednak cudzoziemca kosztuje on nieco ponad 2 U$, to obywatele kraju płacą tylko po kilka centów, a dzieci i młodzież kwotę nawet tu znikomą. Przy czym niemal wszyscy przychodząc do ogrodu ubierają się odświętnie.

 

Bardzo chętnie nawiązują rozmowy z obcymi, o ile znajdą wspólny język. Nawet najpopularniejszy tu, obok syngaleskiego angielski, nie jest jednak aż tak powszechnie znany jak moszna by sądzić. Pozują do zdjęć, fotografują się wspólnie z cudzoziemcami. Kandy jest doskonałym miejscem wypadowym również do pobliskich klasztorów: Gadaladeniya, Lankatilaka czy świątyni Embekke z XIV wieku, poświęconej bogu wojny Skanda. A także w dalsze okolice.

 

Zdjęcia autora