LAOS: LUANG PRABANG - MIASTO MNICHÓW I ŚWIĄTYŃ

Trzeba wstać o godzinie piątej, by zobaczyć procesję mnichów buddyjskich zbierających pożywienie. Nie żałujemy snu, bo Luang Prabang, dawna stolica Laosu, i jej okolice czekają na nasze odkrywanie.

 

Mały laotański samolot z kolorowym kwiatem wymalowanym na ogonie zgrabnie ląduje na niewielkim lotnisku.

 

Od razu podoba mi się to miejsce, bo na horyzoncie widoczne są góry pokryte gęstą, bujną zielenią, a niebo ma kolor soczystego błękitu. Podoba mi się także spokój panujący na drodze.

 

 

Przyleciałam do Laosu ze stolicy Wietnamu - Hanoi, niezwykle zatłoczonego, hałaśliwego, pełnego spalin miasta. Nic więc dziwnego, że prawie pusta droga z lotniska do hotelu nastraja mnie bardzo pozytywnie. Laos jest jednym z najbiedniejszych państw w tej części Azji, stąd głównymi pojazdami spotykanymi na drogach są rowery, skutery, riksze, a nie ziejące spalinami auta.

 

Mnisi w pomarańczowych szatach

 

Jestem w Luang Prabang, dawnej stolicy Laosu, mieście w wpisanym w 1995 roku na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego UNESCO. Nie ma tu żadnych wieżowców, jedynie niewysokie kamienice z okresu kolonialnego, tradycyjne laotańskie drewniane domy i mnóstwo buddyjskich świątyń. Obecnie w tym dwudziestokilkutysięcznym mieście funkcjonuje ponad 30 świątyń. W każdej z nich mieszkają mnisi, których można natychmiast zauważyć dzięki ich pomarańczowym szatom.

 

Jak opowiada przewodnik, w Laosie każdy mężczyzna wchodzący w dorosłość trafia do klasztoru, w którym przebywa od kilku miesięcy do kilku lat. Niektórym stan mnisi tak się podoba, że pozostają w nim do końca życia. Większości młodych mężczyzn wystarcza jednak kilkumiesięczna kontemplacja, praca na rzecz buddyjskich świątyń, modlitwa. Wielu z nich czas spędzony w klasztorze przeznacza także na naukę języka angielskiego, by po zrzuceniu mnisich szat rozpocząć pracę w turystycznym biznesie.

 

Wielką atrakcją turystyczną Luang Prabang stało się poranne obdarowywanie mnichów jadłem. O świcie mężczyźni w pomarańczowych szatach wychodzą z klasztorów i idą gęsiego przez główną ulicę niosąc ze sobą koszyczki lub płócienne torby. Do nich trafia ryż i inne jadło przygotowywane codziennie przez mieszkańców Luang Prabang. Kobiety klęczą wzdłuż chodników, zgodnie bowiem z tradycją nie mogą stać wyżej od mnichów.

 

Wspinaczka z pięknym widokiem

 

Po południu udajemy się na wzgórze Phu Si. Wspinamy się po 360 stopniach, co przy upale i ogromnej wilgotności powietrza staje się prawdziwym wyczynem. Po drodze natykamy się na wiele posągów Buddy – Budda Proszący o Deszcz, Błogosławiący, Kontemplujący, Nauczający. Można je odróżnić po sposobie siedzenia postaci i złożenia rąk. Z ogromną zadyszką trafiamy wreszcie na szczyt.

 

Teraz wiem, że warto było dreptać po schodach. Widok, jaki mamy z każdej strony, jest oszałamiający. Dopiero on uzmysławia nam, jak pięknie położone jest Luang Prabang. Miasto leży na półwyspie stworzonym przez łączące się tu rzeki: Mekong i Nam Khan, w dolinie otoczonej górami.

 

Z puszystego dywanu zieleni wyłaniają się spadziste dachy świątyń, stupy – budowle sakralne w kształcie dzwonów ze strzelistymi iglicami. Przewodnik wskazuje także w oddali jedyny żeński klasztor w Luang Prabang ze złotą kopułą. Zachód słońca obserwowany ze wzgórza należy do najpiękniejszych, jakie widziałam.

 

Szklanka piwa po zakupach

 

Po naturalnym spektaklu schodzimy ze wzgórza na ulicę, która w czasie naszej wędrówki została zamknięta dla ruchu kołowego i na wieczór przemieniona w ogromne targowisko. Można tu kupić tkane ręcznie gobeliny, jedwabne szale, płócienne szaty, torby, drewniane instrumenty, biżuterię. Ceny są bardzo przystępne, co powoduje, że niektóre koleżanki wychodzą z targowej uliczki obładowane pękatymi torbami.

 

 Po takich wrażeniach czas na kolację, podczas której kosztujemy laotańskich przysmaków – gęstej potrawki z warzyw z dodatkiem chilli i suszonej bawolej skóry, zupy o gorzko słodkim smaku z kurczakiem, ryb z miejscowych rzek z suszonymi wodorostami i mnóstwem aromatycznych przypraw.

 

Grzechem byłoby nie napić się słynnego na całym świecie lao beer. Piwo laotańskie cieszy się powodzeniem zupełnie słuszne, jest bowiem łagodne i doskonałe w smaku. Chętnie kupowanymi przez turystów pamiątkami są koszulki z piwnym logo.

 

Targowy szlak do pałacu

 

Rankiem wędrujemy przez targ spożywczy. To dopiero uczta dla oczu! Bajecznie kolorowe owoce i warzywa przyprawiają o zawrót głowy. Zapachy upieczonych na ruszcie ryb i kurczaków rozłożonych na bananowych liściach rozchodzą się wszędzie. W wielkich misach sprzedawcy oferują ryż i różne rodzaje makaronów, dalej surowe ryby i mięso. Przeciskamy się przez tłum zakupowiczów, by trafić do Pałacu Królewskiego, w którym obecnie znajduje się muzeum historyczne.

]

Pałac zbudowano na początku XX wieku dla króla Sisavangvonga. Po śmierci króla na tronie zasiadł jego syn Savang Vattana, którego komuniści podczas rewolucji w 1975 roku skierowali wraz z rodziną do obozu „reedukacyjnego”. Potem nikt już o królewskiej rodzinie nie słyszał. Najprawdopodobniej wszyscy jej członkowie zginęli w niewoli.

 

Obecnie w pałacu można oglądać nie tylko pokoje i ich wyposażenie, ale także różne przedmioty kultu religijnego, unikatowe posągi Buddy, ze złotym posągiem stojącego Buddy Pha Bang. Jest też sala bardziej współczesna, w której zgromadzono dary dla komunistycznego rządu od bratnich narodów, między innymi Polski. W gablocie znajduje się niewielka figurka Syrenki Warszawskiej oraz replika szczerbca.

 

Przed wejściem do Pałacu Królewskiego trzeba zdjąć buty. Należy też pamiętać o stroju zasłaniającym kolana i ramiona. Skromny ubiór oraz zdejmowanie obuwia obowiązują także w buddyjskich świątyniach. Wat Xieng Hong to najwspanialsza świątynia w mieście zbudowana w połowie XVI wieku z przepiękną mozaiką przedstawiającą drzewo życia.

 

W świątynnym kompleksie znajduje się także kaplica pogrzebowa z 12-metrowej wielkości karawanem wraz z urnami, w których są umieszczone prochy królewskiej rodziny. Stupa Lotosu to kamienna budowla znajdująca się przy innej świątyni – Wat Wisunalat. Tu zgromadzono zbiór drewnianych posągów Buddy modlącego się o Deszcz.

 

Tu rośnie też drzewo rodzące ogromne owoce – duriany. Owoce uważane są w tej części świata za ogromny przysmak. I faktycznie są bardzo dobre, mają jednak ogromny feler: zapach, który dla nas, Europejczyków, jest nie do zniesienia. Zresztą o tym, że woń owocu jest przykra, świadczą tabliczki umieszczane w wielu hotelach i na azjatyckich lotniskach zakazujące wnoszenia do obiektów durianów.

 

Rejs po Mekongu

 

Płyniemy długą wąską łodzią na rejs po Mekongu. Wzdłuż rzeki ulokowały się wioski z domami na palach. W porze deszczowej poziom rzeki podnosi się o 10-12 metrów, zrozumiała jest więc konstrukcja budowlana. W jeden z wiosek, Ban Xangtlai, znanej bardziej jako „Wioska Whisky” podpatrujemy, jak miejscowi pędzą ryżowy bimber zwany lao – lao. W innej mieszkańcy oferują słomiane kapelusze, tkane ręcznie tkaniny i biżuterię wykonaną z tego, co rodzi dżungla.

 

Naszym celem są jaskinie Pak Ou. Wysiadamy na brzegu i wspinamy się po schodach do naturalnej groty, w której zgromadzono kilka tysięcy posągów Buddy. Dlaczego aż tyle? W czasach głębokiego komunizmu tu przynoszono posągi, by uchronić je przed zniszczeniem. Teraz jaskinie są bardziej magazynem figur, które nie mieszczą się już w świątyniach Luang Prabang i innych miejscowości.

 

Orzeźwiająca kąpiel

 

Okolice dawnej stolicy Laosu mają wiele naturalnych skarbów. Jednym z nich są wodospady Kouang Si. Już sama wędrówka drogą w dżungli pełnej kwitnących drzew i krzewów jest ogromną przyjemnością. Gdy w pewnym momencie zza drzew ukazuje się strumień wody spadający z góry, przyjemność jest jeszcze większa.

 

Wodospady opadają kaskadowo do turkusowo – błękitnych jeziorek zachęcających do kąpieli. Tej kąpieli jednak mogą zażywać tylko osoby, które dobrze pływają. Okazuje się bowiem, że dno jest pełne niespodzianek – zapadlin, głębin i wystających skał. Temperatura wody jest dość niska, co może nieco dziwić zważywszy na fakt bardzo gorącego powietrza.

 

Zdjęcia autorki