Odkrywanie wyspy


Kolorowe małe drewniane domki migały za oknem samochodu. Zieleń zadziwiała swą bujnością, a kwitnące krzewy różnorodnością barw. Droga, pełna zakrętów, to wznosząca się, to spadająca w dolinę, nie była najlepsza, mimo to tryskałam humorem bo znów odwiedziłam Dominikanę. Wraz z kilkoma Kanadyjczykami, Amerykanami i Anglikami jechałam na podbój wyspy.

Republika Dominikańska zajmująca wraz z Haiti wyspę Hispaniola kojarzy się przede wszystkim z pięknymi białymi plażami, palmami, hotelami z programem "wszystko w cenie" i błogim leniuchowaniem. Tymczasem kraj ten ma dużo więcej do zaoferowania, o czym przekonałam się podczas kilku wypraw w głąb wyspy.

Z obu stron drogi mijamy zielone pola trzciny cukrowej. Rośliny tworzą nie kończące się lasy. Wytwarza się z nich cukier, choć produkcja z roku na rok staje się coraz mniej opłacalna. Liśćmi pokrywa się dachy chat. Z trzciny robi się także narodowy trunek - rum, który pija się tu, w zależności od zawartości alkoholu, albo sam, albo z dodatkiem coca coli czy innych napojów. Niekiedy z gąszczu wyłaniają się mężczyźni o ciemnej karnacji. Okazuje się, że najwięcej robotników wykonujących najcięższą pracę na plantacjach pochodzi z Haiti. Przybywają, najczęściej nielegalnie, z sąsiedniego kraju, by zarobić grosze, które pozwalają ich rodzinom pogrążonym w totalnej biedzie nie przymierać z głodu.

Mijamy małe wioski i miasteczka. Zabudowa wszędzie jest podobna: małe drewniane, kolorowe domki, które przypominają nieco nasze działkowe altany. Wokół nich mikroskopijne podwórka, po których spacerują kury i świnie. Niektóre z posesji, mimo biedy, wyglądają bardzo schludnie. Porastają je kolorowe krzewy bugenwilii, ogromne krotony, fikusy, szeflery, ale przede wszystkim bananowce i palmy. Inne chaty wyglądają tak, jakby za chwilę, przy byle podmuchu wiatru, słabo połączone deski miały się rozlecieć. Przez dziury pomiędzy deskami można dostrzec wnętrza, w których oprócz prymitywnych legowisk nie ma dosłownie nic. Chaty bardziej zadbane mają niewielkie werandy, których obowiązkowym wyposażeniem są fotele bujane. Wieczorami zasiadają tu całe rodziny ze szklaneczkami rumu, by nacieszyć się nieco chłodniejszym nocnym powietrzem.

Z Puerta Plata położonego na północy wyspy udajemy się do drugiego co do wielkości miasta kraju Santiago. Aby tam dotrzeć, pokonujemy jedno z czterech pasm górskich - Cordillera Septentrional. Jego najwyższy szczyt ma prawie 1250 m n.p.m. Drogi stają się wąskie i kręte, niektórym pasażerom busika robi się niedobrze. Trzeba na chwilę zatrzymać pojazd. Z wysokiego wzgórza roztacza się wspaniały widok na zieloną dolinę, którą płynie jedna z największych dominikańskich rzek Rio Yagua del Norte.

Docieramy do Santiago z ulgą przyjmując dobrą, szeroką, równą trasę. Bliżej centrum nie spotyka się już kolorowych drewnianych, charakterystycznych dla Dominikany domów. Ich miejsce zajmują ładne murowane wille różnej wielkości. Widać, że mieszkańcom Santiago nie powodzi się tak źle jak tym, którzy żyją na wsiach. Przed nami ogromna fabryka, w której produkuje się cygara, piwo "presidente" oraz rum. Przewodnik prowadzi nas do niezbyt dużej hali, gdzie przy stołach zasiadają wytwórcy cygar. Jest ich może 30 - kobiety i mężczyźni. Większość z nich w ustach trzyma grube cygara, w powietrzu więc unosi się ich woń. W fabryce wytwarza się cygara z tytoniu dominikańskiego i importowanego z Kuby. Przyglądamy się, jak zwinne palce pracowników zwijają liście, przycinają je ostrym, okrągłym nożem, sklejają końcówki i pakują po kilkadziesiąt sztuk. Najsprawniejsi potrafią dziennie wykonać nawet 140 sztuk! Informuje o tym tablica na ścianie hali, na której widnieją zdjęcia przodowników pracy. Jest też katedra z biurkiem i mikrofonem. Do tej pory, od czasu do czasu zasiada tam lektor czytający załodze codzienne czasopisma. Degustacją narodowego piwa "presidente" kończymy wizytę w fabryce.

Teren znów staje się górzysty, wjeżdżamy bowiem w pasmo gór Cordillera Central, którego szczyt Pico Duarte o wysokości 3175 m n.p.m. jest najwyższym w kraju. Zanim jednak zaatakujemy góry, wjeżdżamy do wioski, w której znajduje się chyba najsłynniejsze rancho Dominikany - Jarabacoa. Chwilę spacerujemy po wiosce, oglądamy domostwa, podpatrujemy życie mieszkańców. Dzieciaki jeżdżą na rowerach, biegają po podwórkach. Obserwuję mamę, która w wannie kąpie córeczkę, ku jej wielkiej radości. Inna kobieta ugania się za prosiętami, które rozbiegły się po ulicy. Rancho ma piękne położenie, nad rzeką porośniętą tropikalną roślinnością. Aż trudno uwierzyć, że rośliny, które u nas można uprawiać jedynie w doniczkach, to tutaj duże krzewy czy drzewa. Jest pięknie. Przewodnik przerywa upajanie się kwiatami i woła nas do dużego, otwartego pojazdu. Siadamy "na pace", przypinamy się pasami, bo droga będzie teraz wiodła przez miejsca, gdzie asfaltu nikt nie widział. Znów mijamy malownicze wioski, by dotrzeć do kolejnego miejsca widokowego. Tym razem panorama obejmuje nie tylko zielone doliny, ale przede wszystkim szczyty gór. Oglądamy je przez pryzmat drzewek pomarańczowych i bananowych. Samochód mknie szybko po strasznych wybojach. Mam wrażenie, że gdyby nie pasy, mogłabym wylecieć z pojazdu. Pozdrawiają nas mężczyźni na koniach i osłach, młodzieńcy na motorowerach, bose dzieciaki. Wszyscy serdecznie się do nas uśmiechają. Z ulgą przyjmujemy postój. Wysiadamy z samochodu, czeka nas półgodzinny spacer przez dżunglę. Na końcu ma być niespodzianka. W upale krok za krokiem pniemy się pod górę. Zadziwia nas roślinność. Przewodnik pokazuje drzewa i krzewy, których owoce są jadalne. Nie mogę spamiętać ich nazw, ale próbuję niektórych.Jedne są smaczne, inne z obrzydzeniem wypluwam. Robi się coraz bardziej gorąco, co chwilę piję wodę mineralną, co powoduje, że pot z czoła spływa jeszcze obficiej. Wreszcie słyszę okrzyki zachwytu wydobywające się z gardeł osób, które idą na początku grupy. Po chwili i ja zachwycam się cudnym widokiem. W niewielkiej odległości z ogromną siłą spada z góry wodospad. Biała piana tworzy na dole, w rzece potężną chmurę.

To jedno z najpiękniejszych miejsc na Dominikanie. Warto było brnąć po śliskiej ścieżce, by teraz cieszyć się cudem natury. Mam wielką ochotę zejść w dół, by strumień schłodził moje ciało. Wodospad na rzece Rio Yague del Norte, tej, którą widzieliśmy wcześniej w dolinie pomiędzy górskimi pasmami przyciąga nie tylko miłośników pięknych widoków. Od kilku lat na rzece o rwącym nurcie organizowane są raftingi. Śmiałkowie pokonują trudne etapy na pontonach. Ten sport nie należy jednak do moich ulubionych.

Wracamy na rancho Jarabacoa. Teresa, mieszkanka gospodarstwa, przyrządza dla nas placki z mączki z korzenia juki. To tradycyjna potrawa mieszkańców nie tylko wyspy Hispaniola, ale i Indian z całej Ameryki Południowej. Robi się je od wieków tak samo. Uciera się korzeń na grubej tarce, z miąższu odciska się sok, po czym dodaje się do niego, według upodobania przyprawy czy czosnek i piecze na rozgrzanym piecu. Są naprawdę smaczne. Potem czeka nas kolejna niespodzianka. Na podwórko wjeżdżają kilku, kilkunastoletni chłopcy na koniach. Sprytnie zeskakują z końskich grzbietów i wołają nas do siebie. Kto chce, może wyruszyć na półgodzinną przejażdżkę po terenach, gdzie nie docierają mechaniczne pojazdy. Jeśli ktoś nigdy nie jeździł konno, nie ma problemu, młodzi jeźdźcy siadają z tyłu i pilnują, by zwierzę podążało tam, gdzie chcemy. W ochronnych kaskach jedziemy wąskimi ścieżkami, to w górę, to w dół nasycając oczy cudownymi widokami. Mieszkańcy wioski wynajmują konie właścicielom rancha, poprawiając sobie bardzo skromne domowe budżety. Obiad po takiej przejażdżce smakuje wyśmienicie. Jemy typowe dominikańskie danie: ryz połączony z czerwoną fasolą i pieczonego kurczaka. Popijamy mocną kawą i już ruszamy w drogę powrotną.

To jednak nie koniec atrakcji. Czeka nas jeszcze wizyta w jednej z wielu manufaktur ceramicznych. W warsztacie oglądamy, jak garncarze z gliny wyczarowują wspaniałe wazony, donice, lalki, talerze i inne cudeńka. Po wypaleniu w piecu, kobiety nadają przedmiotom barwy. Najbardziej podobają mi się lalki różnej wielkości w pięknych glinianych sukniach i kapeluszach. Kupuję jedną z nich, by w chłodne zimowe wieczory, patrząc na nią przypominać sobie o dalekim kraju, jego mieszkańcach, krajobrazach i temperaturze powietrza nie wymagającej ubierania cieplych kurtek, szalików i czapek.


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com