CHILE: W PATAGONII ZAWSZE WIEJE WIATR

 

 

W Patagonii zawsze wieje wiatr. Mieszkańcy nie zwracają już na niego uwagi Ostatnie silne wiatry przypomniały mi Patagonię – krainę w Ameryce Południowej podzieloną między Chile i Argentynę. Tam porywisty wiatr wieje nieustannie, a mieszkańcy zupełnie już na niego nie zwracają uwagi. Jesteśmy w chilijskiej części Patagonii, której zwiedzanie rozpoczynamy od Wybrzeża Pingwinów. Tu po raz pierwszy poczułam, co oznacza patagoński wiatr. Szukamy pingwinów na porwanym wybrzeżu uginając się pod silnymi podmuchami chroniąc głowy czapkami i szalikami. Dokładnie przewiani jedziemy 300 km do Puerto Natales.

 

 

Widoczność jest doskonała, dlatego nie odrywam oczu od tego, co za szybą. A tam ogromna przestrzeń, którą co kilkadziesiąt kilometrów zakłócają pojedyncze gospodarstwa – estancje.

 

Mieszkają w nich gauczowie – pasterze wynajęci do doglądania bydła lub owiec przez majętnych właścicieli ziemskich.

 

Aż ciarki przechodzą mnie na myśl, że taki patagoński kowboj do sąsiada ma 30, 40 km. Kiedyś tę mało gościnną krainę zasiedlali Anglicy, Szkoci, Włosi, Niemcy, Serbowie, Chorwaci.

 

Na stałe zostawali tylko najtwardsi. Po trudach pracy z bydłem i owcami na ogromnych pustkowiach nawet najbardziej porywisty wiatr nie jest dla nich straszny.

 

GUANAKO NA TLE MALOWNICZYCH SKAŁ

 

Wiatr przegania chmury, dzięki czemu widok Torres del Paine – trzech skalnych wież o wysokości od 2200 do 2500 metrów nad poziomem morza, jest powalający.

 

Od nich wziął nazwę cały rezerwat utworzony w 1959 roku. W 1978 roku park znalazł się na liście rezerwatów biosfery UNESCO.

 

Park pełen jest zapierających dech widoków na ośnieżone szczyty gór, rwące rzeki, wodospady, turkusowe słone jeziora. Nie brakuje tu zwierząt. Do najczęściej spotykanych należą guanako z rodziny wielbłądowatych, podobne do lam.

 

Zwierzęta te już prawie wyginęły. Możemy je znów podziwiać na wolnych terenach dzięki odpowiedniej polityce i ochronie pracowników rezerwatu.

 

WICHURA ZRYWA CZAPKI Z GŁÓW

 

Wiatr w parku Torres del Paine był w naszej skali „huraganowy”, ale nie zimny. Na statku, który wiózł nas z Puerto Natales do lodowca Grey, przeszywał do kości.

 

Wyjście z kabiny na zewnątrz w niektórych momentach było niebezpieczne. Wichura zwiewała czapki z głów, uniemożliwiała robienie zdjęć.

 

A było co fotografować, bo na brzegu widniały góry pomalowane ręką natury na wszystkie kolory. W wielu miejscach do wody spływały ze szczytów wodospady, ze skalnych jaskiń wychylały się foki i lwy morskie.

 

Oczy nie nadążały za fantastycznymi widokami. Po kilkugodzinnym rejsie wychodzimy nieco chybotliwym krokiem na ląd, by malowniczą ścieżką nad jeziorem dotrzeć do czoła lodowca.

 

Nie wyobrażałam sobie, że jest ono aż tak wielkie. Wygląda jak zamarznięta rzeka w ogromnymi falami w kolorach biało – szaro – błękitnych. Co pewien czas ze ściany o wysokości 70 metrów odrywa się fragment lodowca i z ogromnym hukiem trafia do jeziora. Łódka podpływająca do błękitnej tafli wygląda jak łupinka orzecha.

 

ODPOCZYNEK PRZY CIEPŁYM RUSZCIE

 

Po pełnym emocji i wiatru rejsie jakże miło zasiąść przy ciepłym ruszcie w nadmorskiej estancji, na którym pieką się mięsa wszelkiego rodzaju – od kiełbas, kaszanek, wątróbek, po żeberka i steki. Można jeść do woli. Gdy miska z mięsiwem pustoszeje, kelnerka dodaje jadła wprost z pieca.

 

W Punta Arenas największym mieście chilijskiej części Patagonii wreszcie jest nieco spokojniej. Można juz zdjąć ciepłe kurtki i czapki. Udaje nam się zwiedzić uroczy rynek z pomnikiem Magellana i potrzymać za stopę pomnikowego Indianina. Ma to przynieść nam szczęście.

 

Zdjęcia autorki


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com