USA: FLORYDA – POCZEKALNIA DO NIEBA

Nie bez powodu wyspa nazywana jest Poczekalnią Boga. Tu rezydują głównie „niebieskokrwiści”, amerykańscy emeryci. Synonim luksusu, mekka dla golfistów, sławnych i bogatych. Słońce, pieniądze, rozrywka przyciągają gwiazdy show biznesu, sportu.

 

Do rezydencji Glorii Estephan można dotrzeć tylko helikopterem lub promem. Sylwester Stalone i Jennifer Lopez mają tu swoje drugie domy. Tabloidy donoszą, że polska celebrytka, Beta Kozidrak kupiła tu posiadłość.

 

 

„NO JOKE” I INNE OSTRZEŻENIA

 

Ale Floryda zaskakuje też innym obliczem. Można je dostrzec z dala od złocistych plaż, eleganckich hoteli i ekskluzywnych pubów. Tam, gdzie przeciętny turysta nie dociera, słońce świeci tak samo. Zmienia się natomiast pejzaż, a wraz z nim ludzie, ich obyczaje, kultura, status społeczny i materialny. Zaskakują też rozbieżne i nie do końca potwierdzone informacje zawarte w przewodnikach turystycznych, opinie, relacje turystów i byłych mieszkańców tej części globu.

 

- Zanudzisz się tam. To głównie plaże, a przy nich ciągnące się kilometrami drapacze chmur – uprzedza znajoma, które niejedne wakacje spędzała na Florydzie.

- W Little Havana, dzielnicy Miami musisz koniecznie zatańczyć salsę z Kubańczykami – radzi inna, która po wielu latach wróciła ze Stanów do Polski.

- „No joke” – taki napis zaskoczył znajomych Niemców po wylądowaniu na Miami International Airport. Taka informacja jest zresztą zawarta na oficjalnej stronie internetowej Ambasady Amerykańskiej w Niemczech.

- Dziennikarka? Jedzie pani w celu turystycznym? Nie radzę pracować na Florydzie, to grozi więzieniem – ostrzega sympatyczny pracownik Ambasady Amerykańskiej w Warszawie, który wręcza mi wizę.

- O tej porze roku Florydę nawiedzają tornada. Może być niebezpiecznie – ostrzega kolega. Tym bardziej podkręcam się pozytywnie. Tornado mi nie straszne, pod warunkiem, że zaoszczędzi życia.

 

Little Havana podsyca wyobraźnię i niedosyt po niedawnej podróży na Kubę. Everglades National Park uruchamia tęsknotę za Rozlewiskami Kerali, najpiękniejszym stanem Indii. Na lotnisku w Miami zachowam stoicką powagę, nawet się nie uśmiechnę.

 

Nie mówiąc już o niestosownym żarcie, na jaki pozwoliła sobie kanadyjska studentka, która przybyła do Miami, krótko po atakach na World Trade Center. Na pytanie celnika – co masz w plecaku – odpowiedziała ze śmiechem – bombę. Noc spędziła w więzieniu, a następnego dnia eskortowano ją do kraju. Od tego czasu pojawił się oficjalny zakaz żartowania.

 

MAŁA STOLICA W WIELKIM MIEŚCIE

 

Miami, zwane „Magicznym Miastem” powitało nas rzęsistym deszczem, burzą z piorunami i lepkim, parnym powietrzem. Po 13 godzinach lotu w klasie ekonomicznej nie było mi do śmiechu. Rozglądałam się uważnie wokół w poszukiwaniu napisu „No joke”. Nie dostrzegłam. Ale lotnisko jest gigantyczne. Za to sympatyczny pracownik w czarnym uniformie zapytał – Where are You from? Hov are You?, wskazując drogę do wypożyczalni samochodów.

 

Po ok. 15 min. jazdy autobusem, ustawiłam się w kolejce, by odebrać auto. Było zarezerwowane najmniejsze. Po sprawnym dopełnieniu formalności uśmiechnięta kobieta wręczyła mi kluczyki do Cryslera, całkiem pokaźnych gabarytów. Zabrany z Polski JPC bezbłędnie wskazał drogę do hotelu. Usytuowany tuż przy plaży, w Miami Beach, drapacz, sięgający chmur jest jednym z wielu budynków o zunifikowanej architekturze.

 

Za to wnętrze, pokój hotelowy, obsługa i śniadanie w formie bufetu {a nie kontynentalne} nastroiły radośnie. Zanim poznam uroki i kultowe miejsca postmodernistycznej metropolii, muszę zobaczyć Małą Hawanę, miniaturę „wyspy jak wulkan gorącej”, gdzie salsę tańczy się do świtu. Położona jest w zachodniej części Miami, ok. 25 km od hotelu. JPC zawodzi, pierwszy i ostatni raz.

 

Choć rozwiązania komunikacyjne i oznaczenia dróg są na Florydzie wyjątkowo czytelne, trudno trafić do kubańskiej dzielnicy. Mój elektroniczny pilot głupieje, ja też choć wiem, że jesteśmy tuż, tuż głównej ulicy. Jest wczesne popołudnie, siąpi drobny deszcz. Typowa, kubańska ulica nie tętni bynajmniej życiem, wręcz przeciwnie, wieje pustką.

 

Opustoszałe puby i restauracje, zero turystów, skromne, latynoskie sklepiki, samochody pamiętające czasy sprzed rewolucji kubańskiej i warsztaty samochodowe. Na skwerku w centrum dzielnicy starsi mężczyźni grają w domino. Jakby czas się tu zatrzymał. Nic nie zachęca do spędzenia nocy w rytmie gorącej, latynoskiej muzyki. Właściciel małej knajpki parzy kawę, szczęśliwy najwyraźniej, że ma gości.

 

Ale trudno się z nim porozumieć, jeśli nie zna się hiszpańskiego. Choć większość emigrantów, za sprawą długoletniego zamieszkania ma amerykańskie obywatelstwo, prawie nikt nie mówi po angielsku. Większość z nich nigdy nie była w centrum Miami. Szacuje się, że emigranci z Ameryki Łacińskiej stanowią ok. 65 proc. ludności Miami. Zaczęli tu masowo emigrować po przejęciu władzy przez Fidela Castro, głównie ze względu na niedużą odległość.

 

Do Hawany jest stąd ponad 300 km. Poza główną ulicą, Calle Ocho nie ma już absolutnie czego szukać. Może tylko guza. Jak wieść niesie działa tu gang kubański. Rozpadające się domy, wraki samochodów, to prawdziwa wizytówka dzisiejszej Kuby. Daleko stąd do architektonicznych perełek South Beach, najpiękniejszej i najbogatszej dzielnicy Miami.

 

DRAPACZE CHMUR, ART DECO, OBYCZAJOWY LUZ

 

Popularne niegdyś seriale „Policjanci z Miami” i „Człowiek z blizną” spopularyzowały miasto, ale pokazały skromny skrawek metropolii, pomijając jego prawdziwe, różnorodne oblicze. W centrum Miami, Downtown w imponujących wieżowcach z metalu i szkła ulokowały się międzynarodowe korporacje, kancelarie prawnicze, banki, ekskluzywne sklepy i restauracje.

 

Zupełnie inny klimat panuje w południowej części miasta, Miami Beach. Dzielnica South Beach przyciąga turystów z Europy. Tutaj naprawdę czuje się atmosferę światowego kurortu. Najdłuższa, najpiękniejsza plaża ciągnie się na długości ok. 60 km. Poza suchym sezonem, który trwa od listopada do maja, jest prawie pusta. Imponujące rezydencje i hotele w stylu art deco, pięciogwiazdkowe apartamentowce w większości są niezamieszkałe.

 

Na wielu widnieje napis „For sale”. Kryzys wyraźnie dotknął i tę metropolię. Hotelarze narzekają na brak gości i oferują korzystne upusty przy kilkudniowej rezerwacji. Wcześnie rano na plażach i ścieżkach rowerowych można spotkać spalone słońcem starsze kobiety o młodych twarzach. Uprawiają jogging, jeżdżą na łyżwo- rolkach.

 

Zmarszczki zlikwidował im chirurg plastyczny, ciała poddają morderczym treningom, by zachować młodzieńczą sylwetkę. Drastycznie kontrastują z nimi młodzi fani fast foodów o niebotycznych rozmiarach 4XL. Wielkość posiłków, które zjadają jest zdumiewająca. Śniadanie chorobliwie otyłego człowieka składa się z góry ziemniaków, frytek, ketchupu, naleśników z obrzydliwie słodkim sosem, ciastek, lodów.

 

W późnych godzinach wieczornych, na najbardziej reprezentacyjnej ulicy Ocean Dr zaczyna tętnić życie nocne. Wszelkiej maści ekscentrycy i turyści oblegają kultowy klub Mango’s. Najgorętszy lokal Miami, gdzie bywają światowi celebryci. Muzyka latynoska, karaibska, reggae brzmi do świtu. Tańczące na barze dziewczyny w skąpych strojach, koncerty gwiazd, geje i lesbijki, okazujący sobie publicznie uczucia, staruszki o twarzach jak maski ilustrują barwny przekrój high live.

 

Tylko tu można sobie pozwolić na rozluźnienie obyczajów. W Miami istnieje jedyna nudystyczna plaża w całych Stanach Zjednoczonych. Na kilku wydzielonych można opalać się topless, co w całej Ameryce jest nie do przyjęcia.

 

Gdy ktoś łamie to prawo, pojawia się policjant i przywołuje do porządku. Plaże Miami są niesłychanie czyste. O ich wygląd dba cały sztab ludzi. Prysznice i zadbane toalety gwarantują komfort plażowania.

 

AVE MIARIA – MISJA MILIONERÓW

 

Kilkaset kilometrów od Miami, niedaleko znanego kurortu Naples i najbiedniejszej osady czarnych emigrantów w całych Stanach Zjednoczonych, Immokalee zwraca moją uwagę drogowskaz z nazwą Ave Maria. Zbaczamy z trasy i bocznymi, wiejskimi drogami docieramy do celu. Zadziwiające, sterylne miasteczko o ciekawej architekturze, pachnie świeżością i sztucznością.

 

Jeszcze parę lat temu nie było tu nic, tylko nieurodzajny grunt. Milioner Tom Monaghan, założyciel sieci Domino Pizza, marzył o zbudowaniu największego w Stanach uniwersytetu katolickiego. Poparł go inny milioner, developer, poszukujący nowych gruntów pod budowę domów rodzinnych. Pracownicy Centrum Informacji przyjaźnie zapraszają do zwiedzania Ave Maria. Są dumni z kościoła, uniwersytetu i biblioteki. Pokazują film dokumentalny, obrazujący historię powstania miasta.

 

Budowę zakończono dwa lata temu. Od tego czasu życie toczy się według surowych, katolickich reguł, w atmosferze duchowego uniesienia. Centralnym punktem miasta jest neogotycki kościół, o imponującej architekturze i wielkości. Młodzież wracająca ze szkoły modli się w skupieniu. Nobliwie ubrani młodzi ludzie sprawiają wrażenie członków sekty.

 

Uniwersytet skupia 5 tys. studentów, głównie prawników, przyszłych liderów moralnego i spirytualnego rozwoju. Miasto jest niesłychanie sterylne, wciąż się rozbudowuje, ostatecznie przewidziano 8 tys. rezydencji.

 

Pornografia i aborcja są na liście cenzurowanej. Do Ave Maria ściągają osiedleńcy z różnych stanów Ameryki. Turyści wybierają jednak inne atrakcje. W Key West jest ich nadmiar.

 

 

HEMINGWAY, WHISKY I DRAG SHOW

 

W najbardziej wysuniętym na południe mieście Florydy nie można się nudzić. Przy głównej ulicy Key West – Duval Street, żywa muzyka rozbrzmiewa już w godzinach południowych. Przy dźwiękach country, rocka, salsy, turyści tańczą, integrują się. Panuje tu atmosfera nieustannego festynu. Nocą ulice zamieniają się w żywy teatr. W białej limuzynie mężczyźni przesadnie przebrani za kobiety zapraszają na swój show w nocnym pubie.

 

Rzucają przechodniom wizytówki, umocowane na długich, lśniących koralach. - Zakładam na szyję i pytam – jesteście tranwestytami? - Nie, jesteśmy Drag Queens, przyjdź wieczorem, będzie wesoło – zachęcają ze śmiechem, eksponując swoje sztuczne, kobiece wdzięki. O 21.00 kupujemy bilet wstępu i siadamy za barem. Obowiązkowo należy zamówić drinka. To jedno z nielicznych miejsc, gdzie nie ma zakazu palenia.

 

W powietrzu unosi się woń „trawy”. Jesteśmy bodaj jedynymi zwykłymi turystami. Zdecydowaną większość stanowią homoseksualiści. Show wywołuje salwy śmiechu, oklaski, okrzyki. Piosenki Marilyn Monroe, wykonane w przerysowanej groteskowo choreografii tworzą atmosferę ekscytującego napięcia. Wytrwali goście wychodzą nad ranem, kiedy show dobiega końca.

 

Wieczorem oblężenie przeżywa też pub Sloppy Joe. Nie można pominąć tego kultowego miejsca. Tutaj na szklaneczkę whisky wpadał Hemingway. Tu, po śmierci pisarza znaleziono rękopis jego powieści „Mieć i nie mieć”. W domu w którym napisał swoje sztandarowe powieści jest muzeum. W pubie panuje przyjazna, rodzinna atmosfera.

 

Wszyscy tańczą, pozdrawiają się, solista z Jamajki uwodzi głosem i urokiem osobistym. Nocne życie pulsuje tylko przy głównej ulicy. Pozostała część miasta tonie w błogiej, niczym nie zakłóconej ciszy. Drewniane, białe i niebieskie domki są jak żywcem wyjęte z westernu. Podobne można spotkać w wioskach.

 

POLSKIE PIEROGI I DZIKA PRZYRODA

 

W jednej z bocznych uliczek zwraca uwagę niewielki budynek z napisem „Polskie pierogi”, prowadzony przez Polkę. Ale pani Jadzia nie robi sama pierogów, sprowadza je z Chicago. Zapewnia, że są jak domowe. Przed kilku laty przyjechała tu z Nowego Jorku i poczuła, że w Key West odnalazła swój dom. - Mieszka tu sporo Polaków, ale jeszcze więcej Czechów. Oni są bardziej operatywni i cwani – mówi.

 

- Polki pracują głownie jako pomoce domowe, babysitters. Gnieżdżą się po kilka w jednym pokoju, żeby było taniej, zakupy robią w najtańszych sklepach. Te, które perfekcyjnie znają język, czasami znajdują pracę w banku czy hotelu. Ale ja nie narzekam na swój biznes, mam stałych klientów, nie tylko Polaków. Co innego mówi sympatyczna Amerykanka, Debhora, która prowadzi salon sprzedaży i wypożyczalnię Harleya Davidsona:

 

- Kiedy trzeba tu pracować, życie wcale nie jest tu takie proste i fajne, jakie widzisz na ulicach i w pubach. Wszyscy odczuwamy skutki kryzysu. Nocne życie Florydy jest interesujące, ale męczące. Dlatego przed powrotem do kraju warto zatrzymać się w Naples, czy Fort Lauderdale. Tam błogi spokój pustych plaż i turkus ciepłych wód oceanu pozwoli delektować się wyłącznie pięknem natury. Nie można pominąć Everglades National Park, osobliwej krainy, położonej na płytkich wodach jezior i rzek.

 

To najbardziej widowiskowy krajobraz Florydy. Tu można spotkać się z krokodylem, zobaczyć niezwykłe krowy morskie - manaty karaibskie. Wielkie i zabawne, ważą ok. 1,5 tony, ich krewnymi są słonie. Żyje tu 600 gatunków ryb, 300 gatunków ptaków. Żeby poznać uroki tej dzikiej przyrody warto wynająć łódź z kapitanem. Michael urodził się w Everglades, zna każdy zakątek rozlewisk, potrafi nazwać każdego egzotycznego ptaka. Jest też strażnikiem przyrody, naszym sternikiem i pilotem.

 

- Skąd jesteś? – zadaje rutynowe pytanie podczas powitania.

- Naprawdę? - dziwi się. - Nigdy nie spotkałem tu Polaka, większość europejskich turystów to Niemcy – mówi. Urok półtoragodzinnego rejsu zakłóca ulewny, rzęsisty deszcz. Olbrzymie ciemne plamy na wodzie to krowy morskie, pływające tuż pod powierzchnią. Kapitan zatrzymuje rozpędzoną łódź, by móc podziwiać niezwykle rzadkie gatunki ptaków, są wśród nich różowe flamingi.

 

Kiedy rzeka zwęża się do kilkudziesięciu centymetrów i oplata nas dzika roślinność, czujemy dotkliwe ukłucia na ciele. To niewidoczne gołym okiem moskity, które o tej porze roku atakują niemiłosiernie. - Nie należy się drapać – ostrzega Michael. – Samo przejdzie. Kończy się rejs i zza chmur wyłania się słońce, rozświetlając dziki pejzaż Everglades.

 

Zdjęcia autorki


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com