Afrykańskie pałace Gonderu

 

Trudno mi uwierzyć, że jestem w Afryce. Wędruję pomiędzy pałacami, które przypominają trochę portugalskie, trochę arabskie budowle. Do tej pory w Etiopii spotykałam prawie wyłącznie skromne, drewniane okrągłe chatki – tukule. Nie więc dziwnego, że kompleks pałacowy wprawił mnie w osłupienie.

 

Z bronią na muchy

 

Fot.: Marzena Kądziela
Pałace w Gonder
Słońce świeci mocno, ale na szczęście nie jest zbyt gorąco. Nic dziwnego, znajdujemy się w północnej części Etiopii, na wysokości ponad dwóch tysięcy m n.p.m. Po wędrówce na południu mam dość straszliwych upałów, oddycham więc z ulgą. Ulgi nie mają muchy. Latają chmarami i nie dają mi spokoju. Dobrze, że natrafiam na kramik, w którym spostrzegam piękne wiszące końskie ogony. Widziałam je już wcześniej u mężczyzn, którzy za pomocą długiego włosia oganiają się od męczących owadów. Chyba więc taki odstraszasz jest skuteczny. Tylko jakiego koloru ogon wybrać – rudy, siwy, czarny? Wybieram szaro-czarny i odchodzę uzbrojona w broń na muchy. Przy drodze dostrzegam ogromny plakat, na którym widoczne jest zderzenie autobusu z ciężarówką, a pod obrazkiem w języku amharskim ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem na drodze. Śmieję się, bo ruch na etiopskich drogach, pomijając stolicę i jej najbliższe okolice, jest naprawdę bardzo mały.

 

Luksus z tarasem

 

Fot.: Marzena Kądziela
Czy to Afryka?
Jesteśmy w Gonder, mieście, które blisko 250 lat pełniło funkcję stolicy Etiopii. Stolicą uczynił go cesarz Fasiledes, wielki budowniczy, znany także z tego, że przegonił w XVII wieku z Etiopii jezuickich misjonarzy. Nasz przewodnik Habtamu przerywa opowieść, bo samochód wjeżdża stromą drogą na szczyt góry. Wcześniej widziałam tam jakąś budowlę, ale nie sądziłam, że budowlą ta jest hotel Goha, w którym będziemy nocować. Wspaniale! Po trudach mieszkania w namiotach w buszu w towarzystwie bezczelnych pawianów hotel wydał mi się cudownym pałacem. Urządzony w afrykańskim stylu, z mnóstwem malowideł i rzeźb, z barem pachnącym kawą, był luksusem. Poziom luksusu jeszcze wzrósł, gdy okazało się, że przed budynkiem jest wielki taras, z którego widać całą panoramę Gonder. Blisko 150-tysięczne miasto mam jak na dłoni. A wokół niego góry. Jakże malowniczy obrazek.

 

Prawdziwe pałace

 

Podróżnicy twierdzą, że Gonder to po Lalibeli z wykutymi w ziemi kościołami, najciekawsze miejsce Etiopii. Zapewne coś w tym jest, bowiem kompleks pałacowy, do którego za chwile wejdziemy, wpisany został na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Parkujemy przy niewielkiej, ale dość ruchliwej uliczce i wkraczamy na teren zabytkowych budowli przez bramę. Rozłożyste drzewa, między innymi kwitnące na fioletowo jakarandy, sprawiają, że panuje tu miły chłód. Po chwili przed nami wyrastają pałace, jakich nie spodziewałam się zobaczyć w Etiopii. Do tej pory główny składnik tutejszej architektury stanowiły okrągłe, drewniane prymitywne chaty zwane tukulami. Tymczasem tu mam przed sobą prawdziwe pałace. Czyżby ktoś za pomocą czarodziejskiego guziczka przeniósł mnie do Portugalii czy Hiszpanii?

 

Po bogactwie ślad zaginął

 

Fot.: Marzena Kądziela
Etiopscy kapłani
Historycy nie ustalili, kim byli budowniczowie pałaców w stylu portugalsko – indyjsko – arabskim. Wiadomo, że pomysłodawcą był cesarz Fesiledes żyjący w XVII wieku. Kompleks zajmuje około 70 km kwadratowych. W murze znajduje się wiele bram, takich jak Brama Muzyków, Brama Tkaczy, Sędziów czy Wodzów. Główny zamek z ciosanego kamienia zakończony kopułami był ponoć ulubionym miejscem obserwacji terenu innego cesarza, Teodora II. Można pospacerować po wnętrzach, popatrzeć na wysokie, wąskie okna, wejść na taras, z którego widać inne budowle. Wnętrza te w XVII wieku były niezwykle bogate, kipiące od ozdób ze złota, kości słoniowej, hebanu, drogocennych kamieni, wspaniałych dywanów, na których siadano podczas uczt. Zapewne tak było, choć teraz nie ma tam nawet ławek, na których można by spocząć, by pokontemplować nad przeszłością.

 

Centrum niewolnictwa

 

Fot.: Marzena Kądziela
Łaźnie Fasiledesa
Wędrujemy po pałacowym kompleksie i oglądamy z zaciekawieniem inne budowle. Tu była wielka sala koncertowa, która obecnie pozbawiona jest dachu. Widać nawet boczne wejścia na nieistniejącym już piętrze, gdzie cesarz i jego małżonka przebierali się tuż przed spotkaniem z możnymi gośćmi. Tam biblioteka, które straciła i podłogę i sufit. Trzeba więc bardzo uważać, gdy wdrapiemy się na szczyt kończących się nad dwupiętrowa przepaścią schodów. Tu znów sala balowa, cesarskie łazienki, a nawet klatki dla lwów, które zapewne były postrachem cesarskich niewolników. Dowiaduję się, że właśnie w Gonder przez długi okres koncentrował się handel niewolnikami. Ludzie, którzy byli własnością innych, stanowili duży procent mieszkańców miasta jeszcze na początku XX wieku. Pałace, łaźnie, sale koncertowe, balowe, biblioteki wznosili także inni władcy Etiopii, między innymi Ijasu I Wielki, Jan I, Dawid III. Można się o tym dowiedzieć z tabliczek ustawionych przy poszczególnych budynkach. Przy jednej z nich spotkaliśmy jedynych, oprócz nas, turystów. Byli to dwaj etiopscy księżą i o dziwo, nie z ortodoksyjnego kościoła etiopskiego, ale z mniejszościowego rzymsko – katolickiego. Oczywiście natychmiast skojarzyli nasz kraj z Janem Pawłem II. Zaprosili nas też na poranną mszę świętą do jednego z kościołów w okolicach Gonder.

 

Barwne malowidła

 

Fot.: Marzena Kądziela
Debre Byrhan Sellasje
Z zaproszenia księży nie mogliśmy skorzystać. Odwiedziliśmy za to najbardziej znaną świątynię gonderską – Debre Byrhan Sellasje. Wększość tutejszych starych kościołów została zniszczona w trakcie najazdu Sudańczykow w XIX wieku. Ten, który zwiedzamy, pochodzi z końca XVII wieku. Na dziedziniec otoczony wysokim murem prowadzą schody. Stamtąd oglądam kobietę z małym dzieckiem, która całuje mur kościelny i modli się żarliwie. Z lewej strony widzę zapewne bardzo stary dzwon nawołujących wiernych na wspólną modlitwę. Potem wchodzę do wnętrza świątyni. Jest ona niewielka, ale bardzo ciekawa, głównie ze względu na stare, bardzo kolorowe malowidła. Zadziwia mnie wytrzymałość farb używanych do uwieczniania aniołów i świętych. Niestety, ksiądz pokazujący je nam, bardzo prosi, by nie robić zdjęć z lampą błyskową. Bez lampy fotografowanie jest niezwykle trudne ze względu na panujący we wnętrzu mrok. Napawam więc oczy aniołami z dużymi ciemnymi oczami i opuszczam sakralną budowlę.

 

Łaźnie bez wody

 

Łaźnie cesarza Fasiledesa znajdują się na uboczu miasta. Niestety, budynki „ozdobione” były rusztowaniami, co nie dodawało im uroku. Najpierw obeszliśmy kompleks otoczony murem. Ten mur stał się wspaniałym obiektem fotograficznym. Dlaczego? Ponieważ z obu jego stron ciasno obrastały go korzenie ogromnego drzewa – sykomory. Ludzie przy tych korzeniach wyglądają jak krasnoludki. Potem dopiero oglądamy wnętrze dziedzińca. Prawie cały jego obszar zajmuje basen. Nie ma w nim wody. Jak mówi przewodnik, woda pojawia się tu raz w roku, w styczniu, gdy wierni przybywają z całego kraju na rytualny odnawialny chrzest. Wtedy budynek stojący na krańcu basenu staje się tarasem, na którym stają duchowni odprawiający modły i udzielający chrztu dorosłym i dzieciom. Przewodnik ostrzega, że każdego roku pod koniec stycznia trudno znaleźć w Gonder miejsce noclegowe, a ulicami nie można przejechać e względu na pielgrzymkowy tłum. W XVII wieku łaźnie były zapewne także użytkowane tylko podczas religijnych ceremonii.

 

Zakupy u Felaszów

 

Fot.: Marzena Kądziela
Widok z hotelu Goha
Po uczcie dla ducha, chcemy udać się na zakupy. Habtamu radzi, by zrobić je w wiosce Felaszy, oddalonej o kilka kilometrów od Gonder. Chętnie na to przystajemy, bo wioski tego ludu to już prawdziwa rzadkość. Według tradycji Felaszowie przybyli z Jerozolimy wraz z Mentlikiem, synem królowej Saby i króla Salomona. Wędrowali za Mentlikiem głównie dlatego, że ten zabrał z pałacu ojca Arkę Przymierza – drewnianą skrzynię z kamiennymi tablicami, na których wyryte były boskie przykazania. Według innych opinii Felaszowie to po prostu więźniowie porwani z Jerozolimy. Tradycja etiopska podaje zaś, że to potomkowie żydowskich kapłanów pragnących nawrócić mieszkańców kraju na judaizm. Gdy do kraju przybył biskup Frumencjusz, przyjęli oni chrześcijaństwo. Być może potem ponownie przyjęli judaizm? Faktem jest, że w wiosce przed domostwami stoją tablice z wyrysowaną Gwiazdą Dawida. Nie dowiedziałam się jednak, czy to prawdziwa gwiazda czy jedynie chwyt reklamowy. Felaszowie nie znają Talmudu, swe prawo religijne opierają jedynie na Torze. Nie znają języka hebrajskiego, a w swej liturgii używają jeżyka gyyz, z którego wywodzi się współczesny język amharski. Gdy w Etiopii panowała ogromna susza i, co za tym idzie, głód, Izraelczycy postanowili pomoc swym ziomkom i drogą powietrzną sprowadzili ich do swego kraju. Jak mówi przewodnik, niewielu z nich zaaklimatyzowało się w Izraelu i od kilku lat zaczynają wracać do Etiopii. – To ludzie nieszczęśliwi – mówi Habtamu. – Tu, w Etiopii, traktowani byli jako obywatele trzeciej kategorii, tam w Izraelu, podobnie. Felaszowie nie mogąc posiadać ziemi, zajęli się rzemiosłem. Teraz wyrabiają gliniane figurki historycznych czy legendarnych postaci. Kupuję jedną z nich za równowartość kilku złotych. Patrzę teraz na Salomona w uściskach Saby z malutkim Menelikiem i wspominam jedną z najciekawszych podróży mojego życia. 

 

 Na niezapomniane wyprawy do Etiopii zaprasza TimelessEthiopia.