ALGIERIA: NIE TYLKO PIASEK, ROPA I GAZ (2) - DALEKIE POŁUDNIE

 

 

Lotnisko w Konstantynie nosi imię Mohameda Boudiafa (1919 -1992), jednego z założycieli Frontu Wyzwolenia Narodowego, prezydenta kraju (zginął w zamachu w Annabie po czterech miesiącach pełnienia funkcji). Lotnisko jest niewielkie, obłożenie naszego samolotu, lecącego 2 tysiące kilometrów na południe, do Tamanrasset – jest prawie kompletne. Po ponad trzygodzinnym locie z międzylądowaniem w Ouargla docieramy pod wieczór do stolicy tej południowej części Algierii, do samego serca Sahary, stolicy Tuaregów, „błękitnych ludzi”.

 

Tamanrasset, za czasów francuskich noszące nazwę Fort Laperrine (na cześć generała François- Marie Laperrine, 1860-1920), było w istocie miastem-obozem wojskowym. To stutysięczne dziś miasto położone jest wśród Gór Hoggar, na wysokości 1400 m n.p.m. Z lotniska do hotelu jedziemy kilkoma mikrobusami.

 

WŚRÓD „BŁĘKITNYCH LUDZI”

 

Okazuje się, że nasi tuarescy „taksówkarze” – to właściciele miejscowych biur podróży, wielu z nich całymi latami pracowało bądź studiowało w Europie, to jest faktyczna elita w algierskim biznesie turystycznym, o czym przekonujemy się wielokrotnie w ciągu tych kilku dni. Wilaya Tamanrasset to największy region Algierii, liczy ponad 555 tys. km² (Polska - 312 tys. km²).

 

Od południa graniczy z Republiką Mali oraz z Republiką Nigru. Algieria nie zamierza wcale przypatrywać się spokojnie aż niepokoje z Południa przeniosą się na jej terytorium. Utrzymuje więc na Południu sporo oddziałów wojskowych dbając, by granica nie była zbyt łatwo przepuszczalna, zwłaszcza dla nosicieli niepokojów.

 

Jest jeszcze inny powód dbania Algierii o szczelność granicy – otóż z Afryki subsaharyjskiej, tej Czarnej Afryki, próbują przedostać się do Algierii nielegalni imigranci w poszukiwaniu pracy i lepszego życia na Północy, a wielu z nich marzy, by dotrzeć do Europy, tego – w ich mniemaniu – raju. Hotel Tahat, w którym stanęliśmy, wybudowano w roku 1978.

 

Może czas, by go nieco odnowić? Czerwony kolor, charakterystyczny dla algierskich ksarów (ufortyfikowanych osad), zębate zwieńczenia budynku, przypominają flanki naszych murów obronnych. Nawiązują do architektury lokalnej, świetnie wpisują się w miejscowy krajobraz.

 

W GÓRACH HOGGAR

 

Następnego dnia wyruszamy w góry Hoggar do Asekrem, z zamiarem dotarcia do dawnej pustelni działającego tu przed wiekiem o. Charlesa Foulcauld, francuskiego misjonarza, zamordowanego w swej górskiej pustelni przez fanatyka w 1916 roku, beatyfikowanego w 2005 roku przez papieża Benedykta XVI.

 

Jest oczywiste, że nasi algiersko-tuarescy gospodarze nie mają powodów, by odczuwać jakąś szczególną więź religijną z tym błogosławionym Kościoła rzymsko-katolickiego. Skoro jednak goszczą dziennikarzy z kilku europejskich krajów, to chcą im pokazać te wszystkie elementy łączące świat Europy z Saharą.

 

Taką zaś rolę świetnie spełnia algierska, współczesna pamięć o katolickim misjonarzu, który mnóstwo życia poświecił nauczaniu i leczeniu miejscowej ludności przed ponad stu laty. A życie miał o. Foucauld niezwykle barwne: pochodząc z arystokratycznej rodziny poświecił się najpierw karierze wojskowej, pasjonowała go geografia, języki i podróże, wiarę tracił i odzyskiwał, w końcu porzucił stan oficerski i postanowił zostać misjonarzem.

 

Pełnił swą misję m.in. w Nazarecie, w Ziemi Świętej. W latach 1910-1911 wybudował pustelnię w Asekrem, w górach Hoggar. Znany i wspominany jest on tutaj nie tylko z tak potrzebnej działalności charytatywnej. Opracował także tuaresko-francuski słownik, przybliżając w ten sposób światu kulturę tego wielkiego, szlachetnego narodu.

 

ULEWA NA SAHARZE

 

Ubrawszy się odpowiednio do tej wyprawy i planowanego noclegu w górach, na wysokości ponad 2700 m., nie przewidzieliśmy jednego; zresztą nie przewidzieli tego także nasi tuarescy gospodarze: że tego akurat dnia spadnie na nasz fragment górzystej Sahary niewidziany tu w maju, od 16 lat, ulewny deszcz z wichurą, gradem i z taką ilością wody spadającej z ołowianego nieba, że po kilku minutach wyschnięte dotąd koryta rzeczek i strumyków zamieniły się w rwące potoki.

 

Nie dawało to stuprocentowej pewności, że następnego dnia uda się z gór wrócić do Tamanrasset, a przecież przy napiętym planie podróży nie mogliśmy ryzykować pozostania dłużej na pustyni. Zdecydowaliśmy się wracać. I wtedy okazało się, jak przewidujący są nasi tuarescy przyjaciele. Dno rzek było wycementowane i w ten sposób nawet półmetrowe zanurzenie naszych terenowych samochodów w koryto nagle pojawiających się rzek nie stanowiło przeszkody nie do pokonania.

 

Następnego dnia los chciał wynagrodzić nam stratę górskiej przygody i postanowił, abyśmy przez moment nawet nie zwątpili, że jesteśmy na Saharze. Od rana temperatura zaczęła gwałtownie rosnąć, osiągając po południu ok. 40 stopni. Jedziemy tym razem ok. 80 km na zachód od Tamanrasset, na Saharę pełną piasku i słońca. Zwiedzamy fragmenty pustyni, z pradawnymi rysunkami zwierząt na skałach.

 

GROBOWIEC TUARESKIEJ KRÓLOWEJ

 

Celem naszej podróży jest jednak wioska Abalessa, w pobliżu której w 1925 roku Byron Kuhn de Prorok, polsko-amerykański archeolog odkrył interesujący grobowiec. Krył on szkielet kobiety żyjącej w IV w. n.e. Z uwagi m.in. na cenne przedmioty znalezione wokół szkieletu wyciągnięto wniosek, że był to grób tuareskiej królowej Tin Hinan, przybyłej w te okolice z Tafilalet, dzisiaj leżącego w południowo-wschodniej części Maroka.

 

Berberyjski zapis jej imienia oznacza – „ ta z namiotów”, „ matka plemienia” lub po prostu „królowa”. Dzisiaj jej szkielet wystawiony jest w słynnym Muzeum Bardo w Algierze. Tin Hinan pozostaje we wdzięcznej pamięci Tuaregów, jako ta która uzyskała dla swego plemienia status państwowości.

 

Kilka kilometrów od grobowca i niewielkiego muzeum poświeconego wyłącznie królowej znajduje się właściwa wioska, z obowiązkowym rynkiem, a także z interesującym muzeum przyrodniczym, poświeconym faunie i florze Sahary. W Abalessie odbywają się także tuareskie festiwale folklorystyczne.

 

RÓŻNE OBLICZA SŁYNNEJ PUSTYNI

 

Wkrótce trzeba będzie pożegnać się z Saharą, a także porzucić dotychczasowe wyobrażenie o tej pustyni. Przecież sami przekonaliśmy się, że Sahara to nie tylko suchy, spalony słońcem nie do przebrnięcia ocean piasku.

 

To także kamienisty, wręcz księżycowy płaskowyż z ołowianymi pozostałościami wulkanicznej lawy, to rozległe połacie tufu, to także łańcuchy wysokich gór i pojedynczych szczytów, jak ten zwany Kciukiem w okolicach Tam (skrócona nazwa Tamanrasset), to także wyschnięte od dawna koryta rzek, które nagle zamieniają się w potężne i groźnie rwące potoki.

 

To również liczne oazy z bujną zieloną roślinnością oraz miejsce w którym żyją na wolności gazele, szakale, węże i kozy, które – jak wiadomo – uwielbiają wspinać się na pochyłe cierniste drzewa. Sahara – to także, a może przede wszystkim, kraina Błękitnych Ludzi – niezwykle przyjaznych, uczynnych, życzliwych dla przyjezdnych, pracowitych, pełnych godności Tuaregów.

 

Zdjęcia: Lesław Kaliński


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com