Bezkrwawe safari

 

Image
Plaża w pobliżu Mombasy
Jadę pociągiem z Dar-es-Salaam do Moshi,  miejscowości położonej u stóp Kilimandżaro. To jeszcze Tanzania. Wokół krajobrazy dokładnie takie jakie oglądaliśmy na filmie "Pożegnanie z Afryką". Zachody słońca nad sawanną i samotne skały, na których grzbietach czasem spotkać można wygrzewające się w słońcu lwie rodziny. Czerwona ziemia tonie w morzu traw. Gdzieniegdzie rozłożyste baobaby i parasolowate akacje użyczają cienia padającym z upału zwierzętom. Sawanna rządzi się swoimi prawami. Sawanna żyje swoim życiem.

 

 

Podczas tej wyprawy po Afryce wschodniej zrezygnowałam ze zdobywania Kilimandżaro. Jest to trudna i bardzo droga eskapada. Za permit upoważniający sforsowanie "Kili" (tak pieszczotliwie alpiniści nazywają te najwyższą górę,  wulkan Afryki) płaci się słono, bo około 350 dolarów. Tym razem tę przyjemność zostawiłam bogatszym od siebie. Postanowiłam natomiast zwiedzić najsłynniejsze parki narodowe: Serengeti, największy na świecie rezerwat zwierząt (obszar nieco większy od naszego kraju): wielki, fragmentarycznie wypełniony wodą krater, Ngorongoro, do którego schodzą pić wodę liczne stada zwierząt, a także jezioro Manyara, słynne z żerujących nad nim olbrzymich kolonii flamingów i pelikanów.


Przejazd przez rezerwaty zajął mi kilka dni. Podróż odbyłam wynajętym jeepem, przystosowanym do jazdy, w tych trudnych warunkach. Kierowcą tego specjalnego wehikułu był etatowy strażnik z rezerwatu uzbrojony w szybkostrzelną broń, korkowy hełm i jasno świecące latarki. Prawdziwe safari. Oczywiście tym razem bezkrwawe. Choć zdarzają się, zwłaszcza na tych terenach, i inne.

Image
Żyrafa jaka jest ...

Kiedyś w Tanzanii pracownicy służb weterynaryjnych poćwiartowali i rozebrali zabitego hipopotama: z 1456 kg żywej masy uzyskano: 520 kg czystego mięsa, 33 kg tłuszczu, 27 kg wątroby, 9 kg ozora, 280 kg kości. I pomyśleć, że hipopotamy odżywiają się najgorszą trawą, jaką gardzą nawet słonie. Ich czternastokomorowe żołądki potrafią spożytkować rośliny niestrawne dla innych zwierząt. I tu nasuwa się refleksja. Gdyby mieszkańcy Afryki potrafili lepiej gospodarzyć bogactwami własnego lądu, hodowaliby na wielką skalę hipopotamy na mięso, którego dotkliwy przecież brak odczuwa cały kontynent. A propos. Jadłam mięso z hipopotama, podano mi je w egzotycznej restauracji "CARNIVOR" w Nairobi (stolica Kenii). W smaku przypomina najlepszą wołowinę.

A teraz o innym bohaterze sawanny. Słoń afrykański ma: 25 metrów jelita cienkiego, 40 uderzeń serca na minutę, 12-kilogramowe serce, 3,5 centymetrowej grubości skórę, ponad 4000 mięśni  w trąbie, 80-kilogramowe ucho, waży 7 ton, od czubka trąby po koniuszek ogona mierzy 8 metrów. Dziennie spożywa 300 kg pożywienia i wypija 200 litrów wody, a i tak stale burczy mu w brzuchu. Największym atutem  urodowym słonia, z powodu którego jest dziesiątkowany i za moment stanie się gatunkiem na wymarciu, jest pięćdziesięciokilogramowy kieł.

Według oficjalnych danych np. w Kenii żyje już tylko 17 tys. słoni. Przed 10 laty było ich 65 tysięcy. Na całym kontynencie jest ich ok. 700 tys. Po tanzańskich i kenijskich parkach narodowych grasują bandy uzbrojonych w ciężką broń kłusowników. W ostatnich czasach kłusowników jest coraz więcej. Nęcą ich stale rosnące ceny kości słoniowej na rynkach światowych (kilogram kosztuje ponad 200 dolarów). większym jeszcze niebezpieczeństwie niż słonie znajdują się nosorożce. Poluje się na nie z powodu innego wybryku natury - nosa. Ponoć proszek z tych zrogowaciałych wyrostków na czole,  świetnie wzmaga potencję u mężczyzn. Kilogram tego wyszukanego medykamentu osiąga zawrotną wręcz cenę- 2 tys. dolarów.

Image
Masajowie
Wszystko to sprawia, że podróżowanie po parkach narodowych Afryki Wschodniej staje się coraz mniej bezpieczne. Coraz częściej zdarzają się wypadki zastrzelenia turystów, którzy przypadkiem znaleźli się w zasięgu strefy łowów kłusowników.

Innym niebezpieczeństwem, które czyha na uczestników safari są rozjuszone stada bawołów. Z pozoru te łagodne, powolne czarne olbrzymy jako jedyne wśród swoich roślinożernych pociotków mogą poszczycić się tyloma ofiarami  wśród ludzi i lwów, zresztą swoich jedynych wrogów.

Tanzania w pobliżu Kilimandżaro graniczy z Kenią. Kenijskie pejzaże również przypominają sceny żywcem wyjęte z filmu duńskiej pisarki - Kerenn Blixen. Wiele się jednak zmieniło w Kenii od czasów, w których ta główna bohaterka "Pożegnania z Afryką" posiadała swoją kawową farmę na stokach Wielkiego Rowu. Bardzo ważnym źródłem wpływów dewizowych tego kraju jest turystyka, której podstawą są liczne parki narodowe i wspaniałe, czyste plaże na Oceanem Indyjskim.

Wielu turystów upodobało sobie Kenię i przyjeżdża tu na dłużej. Choć przepisy imigracyjne wcale nie są łagodne. Takiej ilości dzikich zwierząt jak w kenijskich parkach narodowych (wyłączają Serengeti) nie spotyka się już nigdzie na świecie. Tutaj też podziwiać można, choć w ostatnich czasach coraz bardziej tracący na autentyczności folklor Masajów - tego najbardziej urodziwego plemienia afrykańskiego, które, jaka szkoda, że przyodziewa paradne stroje tylko już na widok turystów. A jest to kaondo - kawałek tkaniny imitującej sari. Ubiór ten z serii unisex, bo noszą go mężczyźni i kobiety odznacza się lekkością, charakteryzuje się krzykliwą  kolorystyką. Kaondo przyozdabia duża ilość biżuterii wykonana z różnorodnych koralików, rodem z czeskiego "Jablonexu". Biżuteria ta, to duże naszyjniki, zausznice, kołnierze, ozdoby na biodra, ręce i nogi. Uzupełnieniem paradnego stroju są buty, wyjątkowego przewiewne, podeszwy wycięte ze zdezelowanych opon, przytrzymywane parcianym sznurkiem. Tu też już dotarła cywilizacja.