EGIPT: Z BIEGIEM NILU

Wróciłem z kolejnej podróży pod piramidy i nad Nil, jako jeden z kilkuset tysięcy Polaków, którzy odwiedzą Egipt w br. W latach 2008 i 2009 wyjechało tam bowiem, według egipskiej statystyki ruchu granicznego, po ponad 600 tys. naszych turystów.

 

A rok bieżący nie zapowiada się gorzej. Kraj ten pozostanie więc najpopularniejszym w Polsce celem podróży urlopowych w Afryce. Przy czym jesteśmy w nim liczącymi się gośćmi, zajmując piąte miejsce pod względem liczby przyjazdów ze wszystkich krajów świata.

 

Dla większości latających tam – bo to praktycznie jedyny środek transportu – naszych rodaków, Egipt jest przede wszystkim miejscem dobrego, i z rozsądnymi cenami, wypoczynku.

 

 

Z gwarantowaną słoneczną pogodą, ciepłym Morzem Czerwonym oraz co najmniej przyzwoitym standardem zakwaterowania, wyżywienia i obsługi. W tych dziedzinach bowiem gospodarze osiągnęli i utrzymują standard nieporównywalnie wyższy, niż jeszcze kilkanaście lat temu, na progu masowej turystyki samolotami czarterowymi.

 

Część wypoczywających wykorzystuje pobyt, aby w jego trakcie zobaczyć także, w ramach wycieczek fakultatywnych, coś ze sławnych skarbów przeszłości – epoki faraonów. Przede wszystkim antyczne Teby – dziś Luksor, Karnak i Zachodni Brzeg oraz Kair, a w nim piramidy i Sfinksa w Gizie plus przynajmniej Muzeum Egipskie ze skarbami z grobowca Tutenchamona.

 

Znacznie mniej liczni, zainteresowani przeszłością i współczesnością tego kraju, jego zabytkami oraz kulturą, ludźmi, obyczajami itp. decydują się na udział w wycieczkach poznawczych, zazwyczaj łączonych z krótkim wypoczynkiem nad morzem. A już tylko naprawdę nieliczni na samodzielne, indywidualne zwiedzanie go. Na co Egipt, przynajmniej na szerszą skalę, nie jest jeszcze przygotowany, stawiając na masową turystykę zorganizowaną.

 

Wycieczki poznawcze po kraju faraonów proponuje w Polsce co najmniej kilka liczących się biur podroży. Uczestniczyłem w najbogatszej pod względem programowym, spośród trzech możliwych, znajdujących się w ofercie biura podróży Exim Tours – programie „Tutanchamon”. Drogami, koleją i statkiem po Nilu przebyliśmy w ciągu 2 tygodni, od zabytku do zabytku i innego ciekawego miejsca, około 3 tys. km.

 

Od Nubii na południu – po Aleksandrię nad Morzem Śródziemnym. Z krótkimi pobytami na początku i końcu nad Morzem Czerwonym w okolicach Hurgady. Powtórzyłem więc, tylko w odwrotnym kierunku, trasę mojej pierwszej, trzytygodniowej podróży tam przed 15 laty, jeszcze samolotami rejsowymi. Po której było kilka kolejnych, ale już nie tak długich.

 

Tym razem jednak mając także możliwość obserwowania jak odbiera ten kraj, jego zabytki oraz egzotyczne dla nas nie tylko miejsca, ale i obyczaje, najmłodsze pokolenie turystów. Towarzyszyła mi bowiem wnuczka – gimnazjalistka, do lat interesująca się Egiptem. Do tego stopnia, że jeszcze w szkole podstawowej przygotowała i przeprowadziła jego prezentację na podstawie otrzymanych ode mnie wydawnictw, publikacji, zdjęć oraz informacji z Internetu.

 

Podróż ta, od dawna obiecywana, możliwa okazała się tylko, ze względu na wakacje, w najmniej sprzyjającej zwiedzaniu, zwłaszcza południa tego kraju, z temperaturami przekraczającymi w słońcu 50 stopni C i dosłownie parzącym pustynnym wiatrem, porze roku. Co zresztą okazało się nie mieć większego znaczenia. Zaś obserwacje reakcji młodzieży – w naszej 8 osobowej polskiej grupie były trzy gimnazjalistki i jedna licealistka o bardzo zbliżonym wieku – bardzo ciekawe.

 

Podczas zwiedzania zabytków moja Ania, z aparatem lub kamerą filmową w ręku, nie tylko słuchała co mówi oraz na co zwraca uwagę przewodnik, ale i utrwalała w cyfrówkach to, co zainteresowało ją ponadto. Ptaki, które o poranku obsiadły głowy Kolosów Memnona. Gołębie zagnieżdżone w Świątyni Luksorskiej i zapaskudzające oraz niszczące antyczne kolumny. Napotykane przy różnych okazjach ciekawe rośliny, kwiaty, owady, a zwłaszcza ukochane zwierzęta.

 

Bezpańskie, wygłodzone, rzucające się na każdy kęs pożywienia koty charakterystycznej egipskiej rasy, w świątyni boga Horusa w Edfu. Psy różnych ras oraz dziesiątki innych zwierząt – z lwami włącznie, ptaki, gady i płazy, trzymane w mini – Zoo w przydrożnym zajeździe przy Autostradzie Pustynnej ( Desert Way ) z Kairu do Aleksandrii. Czy oko konia, które obsiadły muchy – prawdziwa plaga egipska. Powodowało to, niedostrzegane przez młodą, zajętą nimi miłośniczkę zwierząt, zderzenia kultur i obyczajów.

 

Długo będę pamiętać zdumione i chyba trochę zniesmaczone wyrazy twarzy obecnej tam arabskiej młodzieży patrzącej jak te pogardzane, „nieczyste” dla muzułmanów psy, garną się do białej dziewczyny, jak starają się sięgnąć łapami wysokości ogrodzenia aby móc nadstawić łby, grzbiety i szyje do pogłaskania. I jak, o zgrozo !, radośnie reagują na pieszczoty. I są fotografowane!

 

Podobnie jak utrwalane na kartach pamięci aparatów ciekawe sceny kobiet wypiekających chlebki w tradycyjnych piecach, strażnicy świątyń i piramid, typy ludzkie, scenki uliczne itp. Czy, obok tradycyjnego, odmienne, również utrwalane obiektywem, spojrzenie na sławne zabytki. Chociażby na piramidę Cheopsa przez pryzmat palców ręki odwróconych w geście zwycięstwa „V” i „nakrywających” odległy najsławniejszy zabytek.

 

Niektóre z tych zdjęć, z setek wykonanych, ilustrują tę moją relację z podróży. Tych zderzeń kultur i obyczajów było więcej. Ja przyzwyczaiłem się już do nich przez lata. Nagle dostrzegłem, że dla nowicjuszy w Egipcie mogą być drażniące, a nawet szokujące. Np. nieustanne, na każdym kroku, zadawane pytania: jak się nazywasz, z jakiego kraju pochodzisz?

 

W pierwszym momencie padały oczywiście grzeczne, jak przystało na panienkę z dobrego domu, odpowiedzi: Ania, from Poland. Gdy ten, który ją usłyszał, powtarzał O! Ania! początkowo może to nawet trochę dowartościowywało pytaną: interesują się mną! Ale szybko stało się nieznośne. Zamiast więc prawdziwego imienia, odpowiadała wymyślonym na egipską potrzebę: Szczebrzeszynka. Wówczas pytającym opadały szczęki, dławili się próbując to imię powtórzyć i dawali spokój.

 

Inną zmorą, znaną turystom, było nachalne, na każdym kroku, proponowanie przejażdżki dorożką, taksówką, łodzią nilową, czy zaprowadzenia na najlepsze miejsce na bazarze. Wystarczyło wyjść z hotelu czy zejść ze statku, aby znaleźć się w tłumie dorożkarzy, taksówkarzy i naganiaczy. Nie pomagało powiedzieć jednemu: No!, czy nawet po arabsku Szukran! - dziękuję , bo już za sekundę proponował to samo drugi, piąty dziesiąty.

 

I też, metodą prób i błędów, pomocne okazało się dojście do jedynego możliwego rozwiązania: całkowitego „olewania” pytań, nie reagowania na nie, traktowanie zadających je jak powietrze. Mało eleganckie, ale względnie skuteczne. Szokiem w pierwszej chwili były zakupy pamiątek i prezentów na sukach – bazarach.

 

Egipski sposób targowania się, dla dziewczynki z kraju praktycznie sztywnych cen, mimo wcześniejszego przygotowania jej do tego, był czymś niezwykłym. Ale okazała się bardzo pojętną uczennicą, która szybko zrozumiała, że księżycowej wysokości cena wyjściowa, to tylko początek spektaklu, jakim w tym kraju są zakupy. Że trzeba ją wyśmiać, wzruszyć ramionami i iść dalej.

 

I nigdy nie proponować żadnej własnej ceny, gdy nie zamierza się czegoś kupić, bo zrezygnowanie z zakupu, gdy zostanie ona zaakceptowana przez sprzedawcę, jest obraźliwe. Natomiast o ile przedmiot podoba się, nie należy tego okazywać, lecz wybrzydzać na jakość, wydumane wady i rozpoczynać targowanie się dopiero wówczas, gdy sprzedawca z własnej inicjatywy już co najmniej trzykrotnie spuści z tonu.

 

Wymieniając cenę 2 –3 krotnie niższą od tej „ostatecznej”. I w dalszym targowaniu się tylko nieznacznie ją podnosząc, nie wyżej niż do 20 czy 15% pierwotnej, w zależności od tego, o za ile zawyżoną ją uznaliśmy. A jeżeli nie spotka się to z akceptacją, po prostu pozostawiać przedmiot i wychodzić. Tylko w jednym takim przypadku sprzedawca nie wybiegł za nami mówiąc O.K. Identyczne T-shirty kupiliśmy zresztą kilkadziesiąt metrów dalej za „naszą” cenę.

 

Innym szokiem kulturowym okazała się dla młodych podróżniczek, zwłaszcza blondynek, chęć fotografowania się z nimi Egipcjan. W Aleksandrii stały się chwilową, lokalną sensacją. W jednym z najważniejszych zabytków miasta, Cytadeli Kait Baya, w wypełniającym ją tłumie zwiedzających byliśmy chyba jedynymi Europejczykami.

 

Po chwili znalazło się sporo fotografujących nasze dziewczęta lub proszących o wspólne zdjęcia. W ogrodach i na moście prowadzącym na plażę willi ostatniego króla Egiptu – Faruka, był to już szał. Na widok młodziutkich blondynek z odsłoniętymi włosami i w szortach tubylcy zrywali się do biegu w ich kierunku. Z telefonami komórkowymi, rzadziej aparatami fotograficznymi, aby je uwiecznić.

 

Jakaś kilkuosobowa rodzina z może 3 – miesięcznym niemowlakiem położyła go Ani na ręce aby zrobić mu zdjęcie „na szczęście”. A później kolejne: wspólne z mamą i tatą malucha, chyba także babcia i całą rodziną, nawet z dziadkiem polskiej podróżniczki. Zainteresowanie fotografowaniem trwało przez całą, kilkusetmetrową drogę do samochodu.

 

Gdybym, tak jak Egipcjanie, zażartowała w pewnym momencie Ania, wyciągała przy każdym zdjęciu rękę i mówiła „bakszisz”, to pewno zwróciły by się nam koszty podróży, a przynajmniej wystarczyło na ładną pamiątkę. Ale po chwili miała dosyć tej „popularności”.

 

To co dotychczas napisałem, to tylko migawki i ciekawostki z tej, także dzięki nim, bardzo interesującej podróży. Najważniejszy był jednak jej udany program obejmujący, wraz z proponowanymi imprezami fakultatywnymi, praktycznie wszystko, co w Egipcie ( poza Synajem ) jest ważne. „Zaliczyliśmy” zabytki, muzea i miejsca najważniejsze, rezygnując z większości dodatkowych.

 

Przy panujących upałach obciążenie organizmów mogłoby okazać się jednak zbyt wielkie. Poza tym trzeba było przecież zostawić coś na przyszłość, aby Ania miała po co ponownie przyjeżdżać nad Nil. A ja w większości tych zabytków i miejsc byłem już co najmniej po 3-4 razy, w niektórych o parę więcej.

 

Z Warszawy przylecieliśmy czarterem do Hugrady. Po dwu dniach wypoczynku adaptacyjnego nad morzem rozpoczął się program zwiedzania, już z osobami z innych miast, mieszkającymi w innym hotelu. Najpierw ponad 8 godzinny przejazd mikrobusem, po raz pierwszy bez policyjnej eskorty, bo te w br. zniesiono, ale z licznymi kontrolami po drodze, przez Qenę i Luksor do Asuanu.

 

To najdalej na południu położone duże ( ponad 250 tys. mieszkańców ) egipskie miasto na pograniczu historycznej Nubii, sławne jest przede wszystkim z Niedokończonego Obelisku, małej i Wielkiej Tamy Asuańskiej oraz Muzeum Nubijskiego.

 

Godna uwagi jest tam również wyspa Elefantyna z ruinami starożytnego miasta, stary, zbudowany w 1899 roku Old Cataract Hotel rozsławiony przez Agathę Christie w kryminale „Śmierć na Nilu”, no i stary suk. Co prawda ostatnio trochę „zeuropeizowany” w porównaniu ze stanem jaki pamiętam z kilku wcześniejszych na nim pobytów, ale wystarczy trochę zboczyć z głównego ciągu aby znaleźć dawną egzotykę.

 

W pobliżu, na wodnym obszarze zalewu między tamami, znajduje się świątynia bogini Izydy na wyspie Filé. Też przeniesiona na nowe miejsce w związku z zalewającymi ją okresowo wodami Nilu. A 270 km na południe od Asuanu i w pobliżu granicy z Sudanem, na Pustyni Nubijskiej, sławny zespół świątynny Abu Simbel.

 

Wybudowany na polecenie Ramzesa II w latach 1279 – 1213 p.n.e. aby pokazywać potęgę jego kraju ludziom przybywającym z południa. Przeniesiony w latach 60-tych XX wieku na nowe, wyższe o ponad 60 m miejsce, w trakcie najsławniejszej w dziejach tego typu operacji, którą kierował najsławniejszy polski egiptolog, prof. Kazimierz Michałowski.

 

Po zobaczeniu tego co najważniejsze w Asuanie, zaokrętowaliśmy się na 5 gwiazdkowy statek „Nile Crocodile” i rozpoczęliśmy rejs z nurtem rzeki do Luksoru. Pływałem tą trasą już kilkakrotnie zarówno w dół, jak i w górę rzeki. Ostatnio zaszły na niej spore zmiany. Po pierwsze statki płyną również nocą, a nie, jak uprzednio, cumują przed zapadnięciem zmroku w pobliżu świątyń będących w programie zwiedzania.

 

Ma to zarówno dobre, jak i złe strony. Przyspiesza podróż, uniemożliwia jednak zwiedzanie tych miejsc na własną rękę oraz oglądania ich, zwłaszcza Edfu, w nocnym oświetleniu. Położone nad Nilem świątynie: podwójna – bogów: Sobka Krokodyla i Haroerisa w Kom Ombo oraz boga Horusa – Sokoła w Edfu, należą do najważniejszych w tej części kraju.

 

Szkoda jednak, że od paru lat z programów rejsów skreślono postój w Esnie na zachodnim brzegu Nilu, w której jest bardzo ciekawa świątynia boga Chnuma, z piękną salą hypostylową oraz interesującymi reliefami astronomicznymi i astrologicznymi. Znajduje się ona w centrum miasta, obecnie 9 m poniżej jego poziomu, co świadczy, jak wiele śmieci i innych nawarstwień nagromadziło się wokół niej w trakcie wieków.

 

Są też w Esnie co najmniej dwa interesujące meczety i duża świątynia chrześcijańska oraz kolejna w budowie. Ostatnio byłem tam, gdyż wówczas statki zatrzymywały się w niej na zwiedzanie, w 2005 roku. Około 2 km na północ od centrum miasta jest śluza – nareszcie już podwójna, gdyż jedna stanowiła „wąskie gardło” na Nilu. W 2007 roku czekanie w kolejce i przepłynięcie śluzy zajęło nam prawie 8 godzin!

 

Jest to spora atrakcja turystyczna, statek pokonuje w niej bowiem kilkumetrową różnicę poziomu rzeki przed i za śluzą. Rezygnacja z nocnych postojów oraz przyspieszenie przepraw przez śluzę, na które w lecie, gdy ruch statków z powodu upałów na południu jest niewielki, spowodowało skrócenie czasu podróży statkiem z Asuanu do Luksoru, z postojami na zwiedzanie, z dawnych 3-2 dni, tylko do jednej doby.

 

Na czym podróż straciła sporo uroku. Chociaż na statkach nadal odbywają się Wieczory Egipskie – z przebranymi w lokalne stroje turystami, pokazy tańca brzucha i żywiołowego tańca derwiszy. Wspomniany niewielki ruch statków w szczycie letniego sezonu – na trasie rzadko mijaliśmy inne duże jednostki, a zacumowanych w przystaniach bez pasażerów widzieliśmy grube dziesiątki – powoduje, że wykorzystywane są one jako hotele.

 

W Luksorze nocowaliśmy na „naszym” 3 noce, z niego robiąc wycieczki i wypady do miasta, chociaż warunki w hotelu byłyby oczywiście bardziej komfortowe. W dawnych antycznych Tebach – dziś półmilionowym Luksorze, program był „klasyczny”: największy w Egipcie zespół świątynny w Karnaku. Ale już, nie bardzo wiadomo dlaczego, nie Świątynia Luksorska.

 

Na Zachodnim Brzegu oczywiście Kolosy Memnona, Dolina Królów z wejściem, w ramach biletu, do 3 grobowców – ale nie Tutenchamona. Niezbyt ciekawego, za to z najdroższymi ( tak samo jak gabinet mumii w Muzeum Kairskim ) osobnymi biletami: 100 LE tj. niemal 70 zł, z 50% zniżką dla posiadaczy międzynarodowych legitymacji studenckich. I świątynia królowej Hatszepsut, w rekonstrukcji której największe zasługi mają polscy archeolodzy.

 

Ponadto, bo to forma promocji miejscowej wytwórczości, wizyty w wytwórni perfum, fabryce papirusu z pokazem jego produkcji oraz manufakturze alabastru – z tej ostatniej udało nam się wykręcić, a w pozostałych nikt nie zrobił zakupów. Oferta fakultatywna, dodatkowo płatna, obejmowała wycieczkę do Abydos i Dendery – ponad 150 km na północ. A na miejscu do Ramzeseum, na Wyspę Bananową oraz imprezę Światło i Dźwięk.

 

Ani zaproponowałem jednak własny, indywidualny program. Znalazła się w niej Świątynia Luksorska, jedyna trochę zaniedbana, zapaskudzona przez gołębie, jaką widziałem w Egipcie. Widać jednak konserwatorów przy pracy, coś zaczyna się zmieniać. Na wprost głównego wejścia, na terenie dawnej, w czasach faraonów, Alei Procesyjnej, trwają zaawansowane prace wykopaliskowo – rekonstrukcyjne przy wydobywaniu resztek baraniogłowych sfinksów.

 

Lub wykonywaniu na wzór oryginalnych – nowych z betonu, wzdłuż przyszłego deptaku. Aleja ta łączyła odległe o 3 km świątynie w Karnaku i Luksorze. Byliśmy również Muzeum Luksorskim. Ciekawym, z udaną prezentacją najcenniejszych eksponatów, ale drogim: bilet kosztuje 80 LE tj. niemal 50 zł. Znacznie drożej niż Muzeum Egipskie w Kairze ( 60 LE ), chociaż jest nieporównywalnie od niego uboższe.

 

Egipcjanie, niestety, przegięli pałę z cenami wstępu do muzeów i na tereny wykopaliskowe, które w ostatnich latach wzrosły około 3 – krotnie. Oczywiście tylko dla cudzoziemców, bo – o czym oni nie wiedzą, gdyż informacje na ten temat przy kasach są tylko po arabsku, miejscowi płacą zaledwie po 2 LE, ulgowo po 1 LE tj. tyle, co za skorzystanie z toalety.

 

Równocześnie poza muzeami na otwartej przestrzeni – z wyjątkiem Doliny Królów gdzie on również obowiązuje, wprowadzono zakaz nie tylko fotografowania, ale nawet wnoszenia aparatów fotograficznych i filmowych, które trzeba zostawiać w depozycie przy wejściu. Mimo iż wiadomo, że kamieniom lub złotu oraz innym metalom, a z nich wykonano niemal wszystkie eksponaty, nie zaszkodzi nawet lampa błyskowa.

 

Budzi to coraz większe niezadowolenie zagranicznych turystów i może odbić się na zainteresowaniu egipską turystyką poznawczą. I zwiedzaniu przynajmniej mniej ważnych obiektów. Dodam, że nie przewidziano nie tylko wstępów bezpłatnych, ale nawet zniżek dla dziennikarzy – jedyną, 50%, otrzymałem w świątyni luksorskiej. Powinniśmy więc chyba, skoro aby moc to robić, musimy za to płacić, przestać pisać – a w ten sposób je promować – o tym, co oferują zwiedzającym egipskie muzea.

 

W naszym prywatnym luksorskim programie nie mogło oczywiście zabraknąć suków – bazarów. Zarówno dosyć eleganckiego, z pamiątkami i upominkami dla zagranicznych turystów, jak i jego przedłużenia z artykułami spożywczymi oraz przemysłowymi dla miejscowych. Brudnego, zaniedbanego – podobnie jak dzielnica, w której się on znajduje i pomimo upału błotnistego. Ale z kapitalnymi typami ludzkimi i scenami.

 

Musiałem to Ani pokazać, aby zdała sobie sprawę z przepaści, jaka dzieli wymuskane, 5 gwiazdkowe ośrodki wypoczynkowe nad morzem, w których po jeden zeschnięty liść schyla się nierzadko dwu sprzątaczy i warunki, w jakich żyje znaczna część egipskiego społeczeństwa. Któremu jakoś te koszmarne brudy nie przeszkadzają.

 

Z Luksoru dalszą drogę na północ odbyliśmy w wagonie sypialnym. Praktycznie tylko dla cudzoziemców, z miejscami bardzo drogimi: równowartości 200 zł – poza ceną biletu kolejowego – od osoby. W Kairze spotkało nas miłe zaskoczenie. Jedyny w programie hotel 4* "Oasis" okazał się chyba najlepszym na całej trasie.

 

Położony w Gizie przy ruchliwej drodze prowadzącej do aleksandryjskiej autostrady, ale bardzo cichy, z obszernymi bungalowami wśród palm, krzewów i kwiatów, świetnym wyżywieniem, basenem oraz pobliskimi piramidami i Sfinksem. Które, oczywiście, były głównym, obok Muzeum Egipskiego, punktem programu w ponad 20 milionowej egipskiej stolicy.

 

Z Kairu był jeszcze tylko jednodniowy wypad do Aleksandrii aby zobaczyć w niej Cytadelę, teatr grecko – rzymski i przyległe łaźnie, katakumby oraz ogrody i plażę przy willi króla Faruka. Bo ta rozległa willa, w której niegdyś było muzeum oraz kawiarnia z doskonałymi lodami, które bardzo mi smakowały, zamieniona została na jedną z siedzib prezydenta Muhammada Husni Mubaraka.

 

No i kilkunastokilometrową nadmorską promenadę – Corniche. A na naszą prośbę dodatkowo, chociaż tylko z zewnątrz, Nową Bibliotekę Aleksandryjską i zespół trzech meczetów. Po powrocie do stolicy zrezygnowaliśmy jednak, gdyż najmłodszą uczestniczkę dopadły poważne problemy żołądkowe, a wszyscy byliśmy już zmęczeni, z fakultatywnego rozszerzenia programu kairskiego o Sakkarę, dzielnice: koptyjską i muzułmańską oraz suk Khan El Khalilii.

 

I wróciliśmy do Hurgady, aby przez 2 dni odpoczywać przed powrotną podróżą do Warszawy, w której dopadły nas ...egipskie upały.

 

Zdjęcia: Anna M. Rudzińska

Kolejno od góry: Nil w Asuanie, Kolosy Memnona na Zachodnim Brzegu, Kobiety pieką chleb, Rozzłoszczony struś, Oko konia, Inne spojrzenie na piramidy w Gizie. Żółw, Płaskorzeźba w świątyni w Karnaku. Gołąb w Świątyni Luksorskiej, Edfu - posąg boga Horusa - Sokoła, Świątynia królowej Hatszepsut, Karnak - kolumny Wielkiej Sali Hypostylowej, Karnak - aleja baraniogłowych sfinksów, Świątynia Luksorska, Taniec derwiszy, Muzeum Luksorskie, Pokaz produkcji papirusu, Giza - Sfinks, Aleksandria - teatr grecko - rzymski, Cytadela w Aleksandrii.